Masturdating

O egzystencjalnych przemyśleniach z rowerowych podróży, o konstytucyjnym zapisie obecności Polski w UE i NATO, o znakomitej książce „Banksy. Stanowisz akceptowalny poziom zagrożenia gdyby było inaczej wiedziałbyś o tym” i o fenomenie streetartu, o bananowych protestach wokół dzieła Natalii LL, o uroku Topu Wszechczasów (odmiana polska) i o tym, dlaczego tak piękny jest masturdating

Lato wybuchło z całych sił

O pierwszym weekendzie typowo letnich imprez, o ustawie Emerytura Plus, o projekcie 500 zł na krowę, o ujmującej płycie „Sleepwalking” Jonathana Bree, o cięzkim acz ważnym filmie „Początek” Magdaleny Łazarkiewicz i o dwóch wydarzeniach muzycznych – utworze „Deutschland” Rammsteina (wraz z refleksją o mrokach przeszłości) i o zaskakująco udanym singlu „Doskozzza” Stachursky’ego

Znikające płyty

O płytach King Crimson na pewnym portalu pornograficznym, o filmie „Kafarnaum” wraz z moralną pogadanką o wartości życia, o płycie „Betonu nie spalą” zespołu 8 Lat w Tybecie, o znaczeniu Dnia Kobiet współcześnie, o zarobkach w NBP i towarzyszących im żenujących komentarzach i o (nieuchronnym?) odejściu Stefana Horngachera.

Wspomniany komentarz to ten pod odcinkiem http://duzypokoj17.pl/podcast/mieso/

Wolę być cebulakiem niż Polakiem

O podziale na fanów Stonesów i Beatlesów, o obchodach chrztu Polski i niefortunnej ich dacie, o braku Oscara dla „Zimnej wojny” za zdjęcia wraz z refleksją ogólną, o koncercie zespołu Skalpel Big Band, o gorzkich żalach na nowej płycie O.S.T.R., o kapciach w kształcie czołgu i o trudnych relacjach trener-piłkarz (case Kepa Arrizabalaga vs Maurizio Sarri).

Nowy rok, nowa ja

Oficjalnie rozpoczynamy kolejny sezon chwaląc się jinglem Kuby Więcka! Później mówimy o tragedii w Gdańsku, o jednym z wcieleń Nicka Cave’a (czyli zespole Grinderman), o dość nowej odsłonie klasycznej już gryTomb Raider plus rozważania o grach w kontekście sztuki, o pomyśle wynagradzania za wychowywanie dzieci, o sytuacji Krzysia Piątka i Wisły Kraków oraz o akcji #10yearschallenge.

Koalicja

O możliwych koalicjach politycznych, o roli kalendarza w życiu człowieka, o nowych potencjalnych bohaterach banknotów, o uroku „kręcenia gałami” i ogólnie o technologiach, o wizerunku miłości w rocku i bluesie, o roli czerwonych butów w życiu człowieka, o tym po co komu tak naprawdę kaplice i czy ksiądz ma prawo do agitacji politycznej.

Jak słuchać?: http://duzypokoj17.pl/jak-sluchac/

Moralność

Podsumowanie konkursu, o etyce sportu i zwłaszcza o haniebności wykorzystywania zwierząt, o osi budowania współczesnej antropologii, hejt na zupę, o rzekomych różnicach między wieczorami kawalerskimi i panieńskimi, o o programie „Rolnik Szuka Żony”, o filozoficznych aspektach kibicowania ŁKSowi, o etyce kupowania używanych rzeczy.

Jak słuchać?: http://duzypokoj17.pl/jak-sluchac/

„Reedukacja Cameron Post” – recenzja

Mam ogromną słabość do tzw. filmów coming-of-age, a jednym z nich jest właśnie obraz Desiree Akhavan. Portretują ludzi w jednym z najważniejszych okresów życia, w którym wszystko jest nowe i fascynujące. Te emocje służą sztuce filmowej, służą też urokowi Cameron Post, która…

Jest nastolatką, chodzi do liceum, ma chłopaka, ale tak naprawdę zakochana jest w koleżance – Coley. Podczas balu na zakończenie roku szkolnego dochodzi do zbliżenia Coley i Cameron. Niestety dziewczyny zostają nakryte. W konsekwencji główna bohaterka zostaje wysłana do ośrodka „Boża obietnica” – chrześcijańskiej instytucji mającej u osadzonych zwalczać grzech „pociągu do tej samej płci”. Dalsza część filmu to perypetie Cameron i jej przyjaciół w ośrodku oraz retrospekcje z historii związku dziewczyn.

Temat jest poruszający. Szykanowanie ze względu na przyrodzone cechy zakrawa o okrucieństwo, szczególnie, że mówimy o ludziach młodych, wchodzących w dorosłość, odkrywających swoją seksualność, wrażliwych na wpływy otoczenia, więc podobne działania mogą trwale obniżyć poczucie własnej wartości i spowodować realne skutki w ich psychice. Ale w „Reedukacji…” ten temat jest złagodzony. W środowisku w którym przebywają bohaterowie homoseksualizm jest uznawany za coś zupełnie nie do pomyślenia, co wynika głównie z konserwatywno-chrześcijańskich przekonań społeczności, w związku z czym tytułowa reedukacja nie jest tak szokująca jak dla widzów. Poza tym akcje w samym ośrodku są wyśmiewane przez bohaterów, co tworzy ironiczną, może wręcz pastiszową atmosferę.

Oczywiście istotny jest rozwój głównej bohaterki. Cameron przechodzi różne etapy akceptacji samej siebie, nawet przez moment zdaje się wierzyć, że popełnia grzech i powinna to w sobie zwalczać, na szczęście ostatecznie dochodząc do poprawnych wniosków, co jest zwieńczone symbolicznym wejściem w dorosłość. Sam proces jest dobrze pokazany, może momentami sytuacje są trochę przerysowane, co jednak pasuje do konwencji filmu.

A konwencja jest wyraźna i silna. Gatunkowo jest to trochę kino high-schoolowe, z młodymi, często jednowymiarowymi postaciami, z charakterystycznym światem w którym przyszło im funkcjonować. Zresztą historia została osadzona w latach 90-tych, co jest udanym retro-opakowaniem, przy okazji wzmagając szkolne wrażenie, mimo, że samej szkoły w filmie nie ma. Na szczęście historia jest znacznie lepsza niż zwykle w tego typu produkcjach.

Film jest absolutnie uroczy, głównie za sprawą samej Cameron i wcielającej się w nią aktorki – Chloë Grace Moretz. Jej niepewność, ale również prostota, logika w zachowaniu i wypowiadanych słowach, przy tym nieprzeciętna uroda, sprawiają, że obserwowanie jej na ekranie to czysta przyjemność. Dokładając do tego wszechobecne w filmie pragnienie wolności, pewne zagubienie i poszukiwanie, typowe dla filmów o dorastaniu, dostajemy bardzo estetyczny, ale jednocześnie wiążący emocjonalnie obraz.

„Reedukacja Cameron Post” to obraz o niezwykłym uroku, dzięki tytułowej postaci, ale też udanej stylizacji na lata 90-te i osadzeniu w estetyce filmów o amerykańskiej szkole średniej. Podkreślić należy również wybór ważnego tematu, który jednak nie przytłacza. Bardzo dobry film.

Film widziany na Festiwalu Transatlantyk w Łodzi transatlantyk.org

Przekleństwa i wibratory

3Krótko o wszystkim i o niczym (czyli o karze dla Sławka Peszki, trudnościach zmiany baterii i ważne sprostowanie), o skandalu wokół piosenki Big Cyc, o przekleństwach Jurka Owsiaka, o designerskich wibratorach, o śpiewach polskiej kolonii w Neapolu, o zamieszaniu wokół Moniki Miller, o nowym kierunku na UŁ (e-historia) i króciutkie pożegnanie i podsumowanie II sezonu

Jak słuchać?: http://duzypokoj17.pl/jak-sluchac/

Zapraszamy także na naszego Instagrama: https://www.instagram.com/duzy_pokoj/

Lista utworów:

Franz Ferdinand – „Slow Don’t Kill Me Slow”
Goo Goo Dolls – „Iris”
Warhaus – „Mad World”
The Killers – „Mr. Brightside”
Oasis –  „Don’t Look Back In Anger”
The White Stripes – „I Fought Piranhas/Wasting My Time”
Jerry Garcia – „Going, going, gone”

 

100 dni wybitności

O koncertach Bushman’s Revenge i Trondheim Jazz Orchestra (w ramach Letniej Akademii Jazzu 2018), o godnym potępienia nowym prawie uchwalonym przez izraelski parlament, o haniebnym zachowaniu Sławka Peszki, o potrzebie autentyczności w sztuce, o specyfice festiwali filmowych, o pojęciu wybitności w kontekście alpinizmu, o propozycji 100 dni abstynencji dla ojczyzny i o względności szybkości

Jak słuchać?: http://duzypokoj17.pl/jak-sluchac/

Zapraszamy także na naszego Instagrama: https://www.instagram.com/duzy_pokoj/

Lista utworów:

Bushman’s Revenge – „We Travel The Spaceways”
The White Stripes – „One More Cup od Coffee”
Tune – „Cocaine”
Leonard Cohen – „Bird on the Wire”
Taco Hemingway – „Awizo”
Bob Dylan – „To Ramona”
The Von Bondies – „It Came from Japan”
Elvis Costello – „Little Palaces”

„Bez daty, bez podpisu” – recenzja

Moja dotychczasowa eksploracja kina irańskiego była dość powierzchowna. Jednak regularnie zdobywane przez irańskich reżyserów nagrody (również autor recenzowanego filmu Vahid Jalivand został już nagrodzony w Wenecji) i moje prywatne doświadczenie pozwalały wierzyć, że „Bez daty, bez podpisu” to dzieło warte uwagi. Czy rzeczywiście?

Na ekranie obserwujemy historię Doktora Narimana, sądowego patologa, który wracając wieczorem do domu potrąca motocykl, na którym przez ojca wieziony jest 8-letni Amir. Nariman załatwia sprawę polubownie – daje rodzinie pieniądze i poleca udać się do najbliższego szpitala. Następnego dnia znajduje Amira w kostnicy. Po sekcji zwłok chłopca stwierdzono zatrucie jadem kiełbasianym, spowodowane przyniesionym przez ojca zepsutym mięsem. Jednak Doktor ma wątpliwości, czy to nie on jest sprawcą śmierci.

W filmie Jalilvanda uderza przede wszystkim ogromny dramat rodziny Amira, w szczególności ojca, który bezpośrednio poczuwa się do odpowiedzialności za wydarzenia. Warto w tym miejscu również docenić doskonały występ aktora wcielającego się w tę rolę – Navida Mohammadzadeha – to zrobiło już Jury festiwalu w Wenecji. Smutek i desperacja Moosy są wręcz namacalne, co budzi u widza autentyczne współczucie.

Po drugiej stronie sytuacji znajdują się moralne rozterki doktora, w którym kiełkuje poczucie winy – jednak jak się wydaje nie z powodu samej śmierci chłopca, a raczej spowodowane niedopełnieniem przepisów, nie zachowaniem się odpowiednio, również mając wzgląd na wykonywaną przez siebie profesję. To niezwykłe, ale nie nierealne zjawisko – irracjonalne poczucie winy, rodzaj przeniesienia, mimo braku logicznych przesłanek. Nariman jakby chciał ponieść karę i mocno do tego dążył. Poczucie sprawiedliwości ceni wyżej niż swój komfort i poziom życia – a stawka jest przecież duża.

Świetnie w „Bez daty, bez podpisu” działa pewien dualizm, antagonizm dwóch bohaterów. Mają różne charaktery – Moosa jest porywczy, Nariman stonowany, kalkulujący, pochodzą z różnych środowisk, są w różnej sytuacji i w inny sposób dążą do jej rozwiązania. To co ich łączy to pragnienie zadośćuczynienia, poniesienia kary, co pozwoliłoby im choć w części odzyskać spokój.

To nie jest lekki film, łatwo przejąć się losami bohaterów. Emocje są silne, potęgowane przez bardzo gęstą atmosferę, powolne tempo, następstwo wydarzeń, przywodzące na myśl grecką tragedię. To intymna historia, zamieszanych jest w nią zaledwie paru bohaterów, a całość skupiona jest na jednej sytuacji i jej konsekwencjach. Swoje dokłada też osadzenie geograficzne – wszędzie obecny irański piasek, wypalenie krajobrazu powodują uczucie surowości, nieprzyjazności co idzie w parze z dramatyczną narracją.

Estetycznie – niewiele się w filmie dzieje. Statyczna kamera, długie kadry, nic specjalnego – ot europejska klasyka. Interesujące są natomiast ujęcia kręcone w samochodzie Narimana, których jest bardzo dużo – między innymi od takiego się zaczyna i na takim kończy się film. W pamięć zapada szczególnie scena rozgrywająca się we wstecznym lusterku, co daje ciekawy efekt skupienia wzroku na bardzo małym wycinku ekranu.

„Bez daty, bez podpisu” to dowód na to, że w kinie ogromnie ważna jest po prostu historia. Nie potrzeba technicznych fajerwerków, popisów aktorskich, dopracowania każdego kadru – z dobrą historią jesteś królem… no może księciem. Koronacja następuje, gdy pozostałe składniki masz na przyzwoitym poziomie, tak jak Vahid Jalilvand.

Film widziany na Festiwalu Transatlantyk w Łodzi transatlantyk.org

Transatlantyk 2018 – najlepsze filmy

Najciekawsze filmy (naszym zdaniem) festiwalu Transatlantyk 2018: „Profil” Timura Bekmambetowa, „Na szczyt” Serge’a Hazanaviciusa, „Objazdowa opera mydlana” Raula Ruiza i Valerii Sarmiento, „Reedukacja Cameron Post” Desiree Akhavan, „Bez daty, bez podpisu” Vahida Jalilvanda i „Niepoczytalna” Stevena Soderbergha

Jak słuchać?: http://duzypokoj17.pl/jak-sluchac/

Zapraszamy także na naszego Instagrama: https://www.instagram.com/duzy_pokoj/

„Niepoczytalna” – recenzja

Dobrze widzicie: to jest tekst o amerykańskim filmie. Do tego autorstwa Stevena Soderbergha – człowieka o opinii wymiatacza kina akcji. Na szczęście „Niepoczytalna” nie jest standardowym produktem z Hollywood – nakręcona telefonem, zarówno wizualnie jak i narracyjnie mieszająca świat rzeczywisty z ułudą. Ciekawy to stworek doprawdy.

Sawyer Valentini dopiero co przeprowadziła się do nowego miejsca, znalazła pracę. Przed zmienieniem otoczenia miała pewne problemy ze zdrowiem psychicznym, wyszukuje więc pobliski szpital psychiatryczny i udaje się tam szukając porady. Na miejscu zostaje oszukana i wbrew woli zamknięta w zakładzie na 7 dni. Jak się następnie okazuje sytuację wykorzystuje prześladujący ją mężczyzna, który pod przykrywką dostaje w szpitalu pracę, albo tak tylko Sawyer się wydaje…

I to właśnie na tych niejasnościach opiera się film Soderbergha. Czy Sawyer wymyśliła sobie objawy, czy u psychologa mówi prawdę, w końcu czy to co widzimy na ekranie to świat rzeczywisty, czy produkt jej wyobraźni. Te dylematy są zresztą udanie utrzymywane nie zamieniając się w pytania retoryczne w pierwszej części filmu. Później wątpliwości jest mniej, ale w sumie to też wychodzi na dobre, bo zmiana następuje tuż przed tym (lub tuż po tym – w zależności od indywidualnej percepcji), gdy koncepcja staje się powtarzalna i męcząca.

Film zresztą zgrabnie dozuje napięcie, początkowo prezentując zdarzenia w atmosferze żartu, niewinnej pomyłki, która sama się wyjaśni, by potem wyraźnie sugerując, że bohaterka rzeczywiście ma poważne problemy psychiczne,  wysunąć na pierwszy plan realne zagrożenie, jednocześnie przyspieszając akcję i zagęszczając, zaostrzając narrację. Co prawda to końcowe tempo i częste zwroty akcji mają już bardzo hollywoodzki sznyt… ale w sumie na zdrowie, zezwalam, da się znieść.

Docenić należy również samą postać Sawyer Valentini i występ Claire Foy. Bezkompromisowa, zdecydowanie stawiająca na swoim. Zaradna, mająca problemy, ale ukrywająca je przed światem. Bohaterka wzbudza sympatię, jest zabawna, ale też „pozwala” widzowi na współczucie do siebie. W pamięci zapada szczególnie monolog w izolatce, przede wszystkim przez sposób jego wypowiadania, ale też „grę ciałem” (a przemycę sobie piłkarski termin), czyli to w jaki sposób bohaterka przechodzi z osaczenia do ataku, momentalnie przez ten kontrast sprawiająca wrażenie silnej i zdecydowanej, wręcz fizycznie silnej mimo niskiego przecież wzrostu.

Co do spraw technicznych – to chyba najgłośniejsza cecha filmu – „Niepoczytalna” została nakręcona telefonem. Dokładnie był to iPhone 7 Plus, nagranie zostało zarejestrowane w rozdzielczości 4k oraz zamiast domyślnej aplikacji aparatu użyto takiej pozwalającej na większą ingerencję w parametry nagrywanego obrazu. Nie jest to pomysł nowy, podobnie zrobiono w filmie „Mandarynka”, gdzie użyto wcześniejszego modelu telefonu tej samej marki. Ale jak to wyszło w filmie Soderbergha (który zresztą jest również autorem zdjęć)? Postęp w technologii jest widoczny na pierwszy rzut oka, bo tak jak „Mandarynka” wyglądała nieźle, to jednak praktycznie całość filmu była kręcona w pełnym kalifornijskim słońcu, natomiast „Niepoczytalna” wygląda co najmniej tak samo dobrze mimo zdecydowanie mniej sprzyjających kinematografii warunków – ciasnych pomieszczeń, światła sztucznego lub księżycowego. Widać co prawda, że nie jest to kamera doskonała, ale dość sprytnie imituje to jakby retro filtr, co dodaje obrazowi uroku i pasuje do historii.

Poza samą jakością obrazu, trzeba też zauważyć, że sposób kręcenia również służy narracji – częste są ekstremalne zbliżenia na twarz, obraz często jest rozedrgany. Warto zwrócić uwagę również na kolorystykę, często się zmieniającą, nienaturalną oraz na filtr optyczny tworzący efekt zakrzywienia linii prostych. Sprzyja to atmosferze szaleństwa, zagrożenia, jakby koszmaru sennego, co jest kluczowe dla odbioru filmu.

I taka właśnie jest „Niepoczytalna” – dobrze tworząca atmosferę, z ciekawą bohaterką, dynamiczną narracją, ciekawą, zaskakującą historią. Amerykański film akcji, ale taki który wszystko robi dobrze, używa nietypowych środków formalnych, a któremu bardzo służy pewna formalna skromność – dobre wykorzystanie narzuconych sobie ograniczeń technicznych. Podsumowując – duży plus.

Film widziany na Festiwalu Transatlantyk w Łodzi transatlantyk.org

Wielkie Dionizje

O otwierającym Letnią Akademię Jazzu koncercie Moniki Borzym i Nikoli Kołodziejczyka, o seksizmie w transmisjach telewizyjnych, o nowym selekcjonerze piłkarskiej kadry Polski, o proteście policjantów, o propozycji „pozostawienia historii historykom”, o hańbie dziurawych prezerwatyw i o o samym słowie „festiwal”

Jak słuchać?: http://duzypokoj17.pl/jak-sluchac/

Zapraszamy także na naszego Instagrama: https://www.instagram.com/duzy_pokoj/

Lista utworów:

Radiohead – „Weird Fishes”
Medusa Box – „The Fall”
Michael Kiwanuka – „Motherless Child”
Dawid Podsiadło – „Forest”
Arctic Monkeys – „505”
Nick Cave & Bad Seeds – „Stagger Lee”
Coma – „Dionizos”

Molestowanie proceduralne*

O nadchodzącym festiwalu Transatlantyk, o najprzyjemniejszych wspomnieniach muzycznych z Openera, o organizacji i infrastrukturze tegoż samego, o dziwnej prośbie Wałęsy do Jaggera, o kontrowersjach wokół dwóch piłkarzy, o nawiązywaniu kontaktu przez artystów z publicznością i o naczelnych ideach koncertu jako takiego, o zwolnieniu Nawałki, o zagrożeniu jakie stwarza dla RP pyton tygrysi i o tym, czym w ogóle może być „molestowanie proceduralne”.

*tytuł odcinka jest cytatem, zaczerpniętym z jednej z wypowiedzi Jacka Saryusza – Wolskiego

Jak słuchać?: http://duzypokoj17.pl/jak-sluchac/

Zapraszamy także na naszego Instagrama: https://www.instagram.com/duzy_pokoj/

Lista utworów:

L.Stadt – „Pozwól zasnąć/Idzie sen”
Baasch – „Kind of Coma”
Król – „z tobą/DO DOMU”
Kasia Lins – „Wiersz Ostatni”
Vince Staples – „Yeah Right”
Trupa Trupa – „To me”
Coals – „Hauntology”
Bruno Mars – „Locked out of Heaven”

Ze smokami na ty

Zapowiedź Letniej Akademii Jazzu (Łódż, Wytwórnia, od 12 lipca), o krępujących okolicznościach przechodzenia na ty, o pierwszych meczach 1/8 finału Mundialu, o korespondencji na linii Herbert – Szymborska i etyczności jej publikowania, o potrzebnym przymusie edukacji ogólnej, o sterowaniu zachowaniem publiczności przez frontmanów (w tym także krótka refleksja o smokach) i o bardzo trudnych zmaganiach z rzeczywistością.

Jak słuchać?: http://duzypokoj17.pl/jak-sluchac/

Lista utworów:

Slayer – „Jesus Saves”
Jazz Band Młynarski – Masecki – „Czy Ty wiesz, Mała Miss?”
Marc Ribot – „For Malena”
Salem’s Pot – „So Gone, So Dead”
Superorganism – „Reflections On The Screen”
Balthazar – „Bunker”
Jimi Hendrix – „Castles Made of Sand”
Reignwolf – „Are You Satisfied?”

Szukanie winnych

O dyskomforcie życia bez telefonu, o matce Francuskiej Nowej Fali – Agnes Vardzie, o paradoksalnym wykorzystaniu pieśni „Windą do nieba”, o poszukiwaniu winnych w reprezentacji Adama Nawałki, ogólnie o pierwszych wrażeniach z mistrzostw, o Ripleyu Johnsonie i jego spacerockowym Wooden Shjips, o łączeniu się w pary na podstawie smaku lodów i o różnych twarzach pocałunków.

Jak słuchać?: http://duzypokoj17.pl/jak-sluchac/

Lista utworów:

Arctic Monkeys – „Four Out Of Five”
David Bowie – „Joe the Lion”
2 plus 1 – „Windą do nieba”
The Peach Kings – „Dirty Secret”
O.S.T.R. – „Jazzurekcje”
Wooden Shjips – „In the Fall”
Black Keys – „Ten Cent Pistol”
The Kills – „Heart of the Dog”

Pociąg do Łodzi

O obrzydliwości konkursów piękności, o obrazoburczym „Udław się” Chucka Palahniuka, o traktowaniu rozmowy jako gry, o specyfice etycznej konkretnych środków lokomocji, o estetycznym zjawisku kolonializmu, o wakacyjnych urokach Łodzi i o tym, co może znaczyć tajemnicze określenie „komfort termiczny”.

Jak słuchać?: http://duzypokoj17.pl/jak-sluchac/

W ramach Festiwalu Piosenki Turystycznej prezentujemy:

Albert Hammond – „It Never Rains In Southern California”
Paul Simon – „Graceland”
John Denver – „Take Me Home, Country Roads”
Rod Stewart – „Sailing”
Joe Dassin – „L’Ete Indien”
Cat Stevens (znany też jako Yusuf) – „Father and Son”
Bob Dylan – „Boots of Spanish Leather”
Traveling Wilburys – „End Of The Line”

 

Królowa Robert

O nowym stylu pisania postów, o zaskakująco wysokiej pozycji kultury brytyjskiej, ze szczególnym uwzględnieniem pozycji królowej, szeroko o sporcie (w tym o romantycznej wizji występów Jana Bednarka), o prestiżu i znaczeniu literackiego Nobla, o sposobie czytania skrótów, o rolnictwie biodynamicznym i roli religii i o tym, dlaczego nie należy grillować kiełbasek nad gorącą lawą.

Jak słuchać?:http://duzypokoj17.pl/jak-sluchac/

Lista utworów:

Perfect – „Obracam w palcach złoty pieniądz”
The Rolling Stones – „Gimme Shelter”
Dave van Ronk – „He was a friend of mine”
Mark Lanegan – „Save me”
Coma – „Lśnienie”
Simon & Garfunkel – „The Boxer”
Bob Dylan – „My Back Pages”
Piotr Bukartyk – „Prozak”

Travel in Slovakia

O urokach Słowacji i pokracznych sposobach ich reklamowania, o książce „O czym mówimy, kiedy mówimy o miłości” Raymonda Carvera, o bliżej nieokreślonym tworze jakim jest „turboliberalizm”, o sporcie (a jest o czym: początkowa faza Roland Garros, przygotowania do mundialu), o gejowskim romansie z piłką nożną w tle – „Mario”, o katastroficznym ciągu wiadomości i o ujmującym zjawisku procesji bożociałowej

Czytaj dalej Travel in Slovakia

Nigdy nie będzie takiego lata

0

24.06.2018

Bądź mną

wracaj z żoną późnym wieczorem z dwutygodniowego urlopu w Bieszczadach

byłeś odcięty od cywilizacji

nie miałeś internetu, telewizora

urlop był świetny, więc nie były potrzebne

ciężka droga, bo ciągle pada deszcz

pewnie bez powodzi się nie obędzie

Borelo Ravela i inne hity, które sobie zgrałeś umilają Ci jazdę

wjedź na stację kupić piwo, jakoś mało ludzi

dojedź do domu, wypij piwo i spać, bo zmęczony.

Czytaj dalej Nigdy nie będzie takiego lata

Łajzy półbogowie

O pojawieniu się Petera Gabriela na streamingach i o naszych dalszych życzeniach, o Złotej Palmie w Cannes dla Pawlikowskiego, o dziwnych przypadkach języka polityki, o wyciągniętych z lochów nagraniach Jeffa Becka, o wrażeniu odbioru koncertu z oddali, o kulcie niemieckiego proszku do prania, o historii punka i książce „Please kill me”, o ekscesach prezenterów pogody i tradycyjnie o sporcie.

Jak słuchać?:http://duzypokoj17.pl/jak-sluchac/

Lista utworów:

Peter Gabriel- „I don’t remember”
Kortez- „Niby nic”
White Stripes- „Sugar never tasted so good”
Jeff Beck- „I ain’t superstitious/You shock me”
LemON- „Sowa”
Marillion- „He knows you know”
New York Dolls- „Personality crisis”
Phoebe Bridgers- „Smoke signals”

Młodzi w normie

O nietypowej manifestacji Kristen Stewart na Festiwalu w Cannes i o tytulaturze kina artystycznego, o najnowszym dziele Arctic Monkeys, o negatywnych konsekwencjach nadmiaru wolności, o różnicach w postrzeganiu świata przez psa i kota, o tęsknocie za młodością, o socjologicznym oddziaływaniu ulew, o feralnym zdjęciu Mesuta Ozila i Ilkaya Gundogana, o kulturowym relatywizmie i bardzo bardzo szeroko o sporcie

Jak słuchać?:http://duzypokoj17.pl/jak-sluchac/

Lista utworów:
David Bowie- „Five Years”
Arctic Monkeys- „Tranquility Base Hotel & Casino”
Pjus- „Coffee Paste”
Old & In The Way- „Wild horses”
Radiohead- „Karma police”
Rezerwat- „Parasolki”
The Beatles- „You never give me your money”
Patti Smith- „Free money”
Arctic Monkeys- „Batphone”

Ulubieni synoptycy

O Konkursie/Koncercie Piosenki Eurowizji, o przyczynach krzywdząco złej prasy Karola Marksa, o toczącym się Giro i już zakończonych mistrzostwach świata w snookera, o tym, że Polska nie jest zacofanym krajem i dlaczego nie, o kulturowym fetyszu książki, o książce „Jak zawsze” Zygmunta Miłoszewskiego, o specyficznych relacjach społecznych większości do mniejszości, o estetyce i subkulturze metalowej i o dziwnych pogodowo przypadkach Wrocławia.

Jak słuchać?:http://duzypokoj17.pl/jak-sluchac/

 

Lista utworów:
Budka Suflera- Jest taki samotny dom
Velvet Underground- Venus in furs
Neil Young- Pocahontas
Karolina Czarnecka- Ronja
Bob Dylan- I pity the poor immigrant
Suzia- Wróć ze mną do domu
Skunk Anansie- Charlie Big Potato
Corruption- Asterism Ursa Major

Grill już przygasa

O zbliżających się Juwenaliach, o pogoni za frekwencją w wyborach, o fenomenie utworów typu „Małgośka” i odwołanym koncercie Marduka, o sporcie, czyli rozpoczynającym się Giro, kończących mistrzostwach świata w snookera i o fenomenie gry na wyjeździe, o sporach miedzy politykami ze szczególnym uwzględnieniem pewnego wiceministra, o Nowej Figuracji w malarstwie, o uroku pociągów i grze Mini Metro, o płycie „No mercy in this land” Bena Harpera i Charlie Musselwhite’a i o domniemanej wyższości duszy nad ciałem.

Czytaj dalej Grill już przygasa

Przy piwie i grillu

O wydarzeniach w lidze włoskiej, mistrzostwach świata w snookera, fetyszu twarzy w relacjach romantycznych, o twórczości Petera Gabriela i innych ofiarach Spotify, o kontrowersyjnym powrocie A Perfect Circle, o nowym piwie Imperatora, socjologicznym spojrzeniu na fenomen Majówkowego Grilla, wpływie pogody na życie i odwrotnie, o filmie „120 uderzeń serca” Robina Campillo i co tak naprawdę znaczy, że muzyka jest matematyczna.

Jak słuchać: http://duzypokoj17.pl/jak-sluchac/

Czytaj dalej Przy piwie i grillu

Sezon drugi

Oficjalnie rozpoczynamy drugi sezon podcastu. Rozszerzamy tematykę, zmieniamy formułę.

Wszystkie odcinki opublikowane po tym wpisie są częścią drugiego sezonu, do odwołania

Lee Chang-Dong

Lee Chang-Dong, czy w zasadzie w układzie europejskim Chang-Dong Lee to reżyser koreański, w ostatnich czasach goszczący na festiwalach, autor zaledwie pięciu filmów. Pomimo tak niewielkiego dorobku, zachwyca widzów, w tym mnie.

Lee, urodzony w Daegu wychował się w rodzinie o zdeklarowanych lewicowych poglądach – jego ojciec był działaczem partii robotniczej, choć sam nigdy nie pracował. Wykształciło to w Lee głęboką niechęć do ojca i szczególne uwielbienie matki, co ma odbicie w wizji kobiet jaką ukazuje w swoich filmach. Nie jest jednym z tych artystów, którzy bronią się przed wypowiadaniem na tematy polityczne, można to zauważyć zarówno w jego drugim dziele – „Miętowym cukierku”, świadczy o tym także fakt, że przez krótki czas pełnił funkcję Ministra Kultury Korei. Lee nie ma wykształcenia stricte filmowego, choć praktycznie od zawsze zajmuje się opowiadaniem historii – był pisarzem. Krąży anegdota, iż ostatecznie zarzucił to zajęcie, gdyż zniszczeniu uległ komputer, na którym przechowywał już gotową powieść. Szlify zdobywał na planie u innego koreańskiego twórcy – Parka Kwang-Su, dla którego napisał dwa scenariusze. Ostatecznie do tworzenia filmów miała go przekonać podróż z wyżej wspomnianym reżyserem na festiwal filmowy w Europie, gdzie uświadomił sobie prostotę przekazu, którą można osiągnąć poprzez kino, imponowała mu również łatwość z jaką filmy są publikowane, a z czym miał problemy przy swoich powieściach.

A jakie jest kino Lee? Można powiedzieć, że przeszło (krótką) ewolucję, w 3 ostatnich filmach osiągając stabilny, bardzo wysoki poziom. Ale pierwsze dwa filmy – „Zielona rybka” i „Miętowy cukierek” również nie mają się czego wstydzić.

„Zielona rybka” to próba przeniesienia filmu gangsterskiego na grunt koreański. Lee pod lupę wziął koreańską mafię – Kkangpae. Film jest w stylu „nowoczesnego noir”, pełny schematów znanych z filmów zachodnich – główny bohater do mafii trafia kompletnie przypadkiem, szef jest groźnym lecz przyciągająco interesującym typem, z piękną dziewczyną, która oczywiście zakochuje się w głównym bohaterze. Współpracuje z organizacją przestępczą, bo chce ocalić rodzinny biznes. W każdym razie fabularnie nic specjalnego, ale Lee sprytnie wplata w historię tematy społeczne i trudności moralne z jakimi muszą się zmagać bohaterowie, pokazuje mechanizm przywiązywania się do organizacji, akceptowania i przyswajania jej zachowań jakkolwiek błędne i niewłaściwe by nie były. Można powiedzieć, że Lee swoim debiutem testował na ile publiczność i krytycy zaakceptują trudny temat i w jakim stopniu może odejść od kina rozrywkowego. Najwyraźniej uznał, że ma spory zapas.

„Miętowy cukierek” to historia innego kalibru. Reżyser chciał pokazać najnowszą historię Korei z perspektywy jednego człowieka, który akurat znajdował się w kluczowych momentach w centrum wydarzeń – gdy strzelano do studentów to główny bohater został powołany do wojska, gdy policja podejmowała nielegalne działania to główny bohater pracował w policji. Wszystko podszyte jest głębokimi emocjami, szczególnie podkreślanymi przez skomplikowaną relację bohaterów. Film jest zrealizowany w ciekawy sposób – w pierwszych scenach oglądamy próbę samobójczą, a reszta obrazu to retrospekcja sukcesywnie cofająca się w czasie do kluczowych wydarzeń. Zachowana jest odwrotna kolejność chronologiczna – godna zainteresowania metodyczność. Warto zauważyć również śmiałość z jaką reżyser rozlicza się z wciąż wtedy świeżymi wydarzeniami w kraju, podkreślając, że tragiczne zdarzenia nie były powodowane tylko ludzkim złem, ale były efektami stresu i pochopnych decyzji, a system władzy pochłaniał również młodych, naiwnych ludzi, którzy w sferze rządowej pracowali przypadkiem.

„Oazą” Lee Chang-Dong zdobył uznanie światowej publiczności – zrobił furorę na festiwalu w Wenecji. Z początkiem filmu główny bohater – Hong Jong-Du wychodzi z więzienia i od razu pakuje się w kłopoty, po kilku minutach orientujemy się, że jest niepełnosprawny intelektualnie. Wszystko co robi jest pochopne, jakby nie był w stanie przewidzieć żadnych konsekwencji. Do więzienia trafił na skutek spowodowania wypadku ze skutkiem śmiertelnym i jedną z pierwszych rzeczy, którą postanawia zrobić po odzyskaniu wolności jest odwiedzenie dzieci ofiary – mężczyzny w średnim wieku i jego siostry. Han Gong-Ju choruje na porażenie mózgowe – nie potrafi się samodzielnie poruszać, potrafi wypowiedzieć jedynie kilka słów, a i wtedy jest ledwo zrozumiała. Gdy Hong Jong-du nachodzi ją w jej mieszkaniu, nie ma złych zamiarów, zostawia jej nawet telefon do siebie, jednak gdy zbliża się do dziewczyny nie może się opanować i próbuje ją zgwałcić. Gong-Ju z przerażenia mdleje, a chłopak panikuje i ucieka. Dziewczyna jednak po paru dniach do niego dzwoni.

„Oaza” przez ten przerysowany przykład bardzo dobrze ukazuje emocje i relacje łączące ludzi. Mówi o potrzebie bycia kochanym i akceptowanym przez drugiego człowieka, potrzebie, która nie zanika wraz z niepełnosprawnością. Gong-ju chce się zadawać z Jong-du, bo jako jedyny okazał jej zainteresowanie – jej brat potrzebuje jej tylko po to, aby otrzymać zasiłek, a gdy akurat nie ma wizyty opieki społecznej to zamyka ją w mieszkaniu samą, płacąc sąsiadom za opiekę. Oni nie przykładają do obowiązków dużej wagi, praktycznie wpadając do kobiety tylko na kilka minut dziennie, bez konsekwencji bo przecież jest praktycznie niemową. Również Jong-du jest ofiarą – nie potrafi kontrolować swoich odruchów, co oczywiście nie stanowi o braku winy w przypadku popełniania przestępstw, jak się jednak okazuje rodzina wykorzystuje jego naiwność i obarcza go winami za czyny których się nie dopuścił.

Trzeci film Lee to w końcu piękna historia miłosna, ukazująca zarówno rodzące się uczucie, to jak się rozwijało, ale również tragiczny finał. I mimo, że jest to historia ze wszech miar dziwaczna – dwoje niepełnosprawnych ludzi, niezdolnych do życia w społeczeństwie, nie będących w stanie ze sobą rozmawiać, to pozostaje rozczulająca i budzi pozytywne emocje. Reżyser przy tym pokazuje,że wystarczy odrobina zainteresowania okazana innej osobie, której tego zainteresowania brakuje, by wywołać w niej bardzo silne przywiązanie. Próba gwałtu, która, trochę paradoksalnie, połączyła bohaterów była przy tym wydarzeniem jakby oczyszczającym. W sprawcy wywołała poczucie winy i chęć opieki nad ofiarą, a w ofierze była pewnego rodzaju gratyfikacją, uznaniem jej człowieczeństwa poprzez postawienie jej w roli obiektu seksualnego.

„Oaza” to również krytyka koreańskiego społeczeństwa i bezduszności systemu opieki społecznej, czy sądownictwa. Opiece społecznej zarzuca opieszałość w wykonywaniu obowiązków i co gorsze brak możliwości zapewnienia bezpośredniej opieki, przerzucając odpowiedzialność na rodziny, co nie zawsze daje pożądany efekt. Systemowi karnemu zarzuca przekupność, która w Korei jest w zasadzie akceptowana – nawet najcięższe zbrodnie mogą być zapomniane o ile ma się wystarczającą ilość pieniędzy i uda się doprowadzić do ugody. Ten sam wątek poruszany jest zresztą w „Poezji”

„Oaza” to film z rodzaju tych, o których bardzo trudno zapomnieć. Głównie za sprawą doskonałej historii, w której zadbano o najdrobniejsze szczegóły i która wywołuje ogromne emocje. Stało się to zresztą jakby znakiem firmowym Lee i można powiedzieć że film był momentem przełomowym dla artysty. Wydaje się, że zakończył fazę eksperymentów i odnalazł własny, unikalny styl, którego trzymał się w kolejnych dziełach.

Czwartym filmem Lee Chang-Donga jest „Sekretne światło”. Lee Shin-Ae po śmierci męża postanawia przeprowadzić się wraz z synem z Seulu do małego miasteczka Miryang (co oznacza właśnie sekretne światło). Jako była pianistka zarabia w roli nauczycielki gry na pianinie. Po miasteczku szybko rozchodzą się (nieprawdziwe) plotki o rzekomym majątku Shin-Ae, w skutek czego dochodzi do porwania jej syna. Jako że kobieta faktycznie nie ma pieniędzy, jej syn zostaje zabity. Oczywiście Shin-Ae wpada w uzasadnioną rozpacz, a pocieszenie odnajduje w chrześcijaństwie. Gorliwie się modląc, w końcu zdobywa się na wybaczenie zabójcy syna, co więcej postanawia poinformować o tym sprawcę. Podczas rozmowy okazuje się że zabójca również się nawrócił i prosił Boga o wybaczenie. W efekcie kobieta czuje się zdradzona przez Boga i religię, która mimo najwyższego poświęcenia które podjęła nie zapewniła jej ulgi czy pocieszenia.

„Sekretne światło” nie jest filmem antyreligijnym, ale sprawnie analizuje mechanizm przyjmowania religii i wykorzystywania jej do własnych celów. Shin-Ae skuszona obietnicą ukojenia, stawia wymagania wobec chrześcijaństwa, których ono nie potrafi spełnić. Wybaczając zabójcy chciała poczuć się lepsza, na wyższym poziomie moralnym. Interpretacja nie jest zresztą do końca zła – w końcu religia powinna pełnić również takie funkcje. Widać jednak, że zmiany jakich dokonała w sobie Shin-Ae są pozorne i płytkie – przecież gdyby naprawdę wybaczyła to nie miałaby problemu z brakiem poczucia winy zabójcy. Bohaterka nie jest za to piętnowana, choć pewnie przez chrześcijańskich fundamentalistów powinna być, w końcu w bestialski sposób, bez żadnego powodu zabito jej syna, czy naprawdę więc powinna dążyć do przebaczenia, a jeśli tak, to czy można ją winić, że nie zdołała tego uczynić.

Przy tym filmie warto również zwrócić uwagę na ukazanie przemocy u Lee. Jest jej dużo, ale nie jest w ogóle prezentowana na ekranie. Tragiczne wydarzenia pojawiają się w rozmowach bohaterów, widzimy działania do nich prowadzące, widzimy pośrednie skutki, ale nie widzimy samego aktu przemocy. To nawet wzmaga okrucieństwo tych zdarzeń, właśnie zwracając uwagę na reakcje bliskich. W końcu to nie sam akt zabójstwa jest zły (zabija się przecież również zwierzęta) ale fakt zakończenia życia ofiary i spustoszenie jakie takie działanie wywołuje w jej otoczeniu. To kwestia raczej filozoficzna – czy fizyczny przejaw działania odpowiada samemu działaniu? Lee udowadnia, że jest możliwe rozdzielenie tych dwóch składników, bez straty na sile przekazu.

Ten sam mechanizm zresztą reżyser zastosował w „Poezji”, która dla mnie jest najbliższym doskonałości dziełem Lee (a jest naprawdę blisko). Główną bohaterką jest Yang Mi-ja, starsza kobieta na co dzień opiekująca się wnukiem i dorabiająca sobie opieką nad chorym mężczyzną. Z wnukiem nie ma zbyt dobrego kontaktu, mimo ciągłych prób poprawy relacji z jej strony chłopak tylko ogląda telewizję i siedzi w swoim pokoju. Pewnego dnia dzwoni do niej ojciec jednego z kolegów wnuka z prośbą o spotkanie. Na miejscu okazuje się że grupa rodziców chce osiągnąć ugodę z matką dziewczynki, która popełniła samobójstwo po zbiorowym gwałcie dokonanym przez chłopców. Mi-Ja, co zrozumiałe, jest w szoku. Musi zmierzyć się z wieloma problemami – musi zdobyć pieniądze, które pozwolą na osiągnięcie ugody, ale przede wszystkim obwinia się o złe wychowanie nastolatka, co pogłębia wciąż ją pouczająca matka chłopca. Największym problemem pozostaje jednak zrozumienie i choćby częściowa akceptacja zdarzenia z którym przyszło jej się mierzyć. Kobieta, z potrzeby serca, zaczyna uczęszczać na zajęcia poezji.

„Poezja” to film bardzo uduchowiony. Jest oparty na motywie konfrontacji sfery sacrum i profanum, poezji i w tym wypadku wyjątkowo przygnębiającej i niewłaściwej rzeczywistości. A w środku tego wszystkiego jest umieszczona niewinna, po prostu dobra staruszka. W beztroski sposób przez matkę chłopca zostaje na nią zrzucona odpowiedzialność, z którą kobieta nie może sobie poradzić. Próbuje z całych sił zebrać pieniądze, choć nie powinna tego robić. Nie informuje o tym córki, częściowo z powodu urażonej dumy, częściowo z powodu głębokiego wstrząsu, który z pewnością ją dotknął.

Piąty obraz Lee to również piękny film pokazujący widzowi niezwykłą siłę sztuki na przykładzie poezji i to w jaki sposób nawet najbardziej żałosne życie może poprawić uwrażliwienie na piękno zwykłych rzeczy. Pokazuje również dużo ważniejszą funkcję poezji, która w tym kontekście okazuje się kluczowa – sztuka pozwala zastanowić się na jakich zasadach działa świat, co w tym świecie jest ważne. Ten aspekt jest podkreślany przez wrzucenie Mi-Ja do otoczenia, które sprawia, że to w czym uczestniczy nie wydaje się realne, mimo że co i rusz o tym przypomina.

Film opowiada również o problemach wychowawczych, jakich zwykle doświadcza się z dziećmi w wieku dojrzewania. Potęguje to różnica pokoleń i kompletne niezrozumienie chłopca, który nie chce dzielić się z problemami ze starszą kobietą. „Poezja” operuje również na płaszczyźnie czysto moralnej. W końcu co myśleć o rodzicach chcących przekupić matkę dziewczynki, która popełniła samobójstwo na skutek tak nieludzkiego czynu. Z drugiej strony to naturalne że chcą bronić swoich dzieci.

Ostatnie dzieło Lee to obraz łączący sprzeczności, ale w bardzo gładki, udany sposób. Film ogląda się z przyjemnością, doceniając kunszt z jakim została napisana ta historia. Zresztą doceniło to również jury festiwalu w Cannes przyznając Lee Złotą Palmę za scenariusz.

I chyba to właśnie scenariusze są tym co podnosi filmy Koreańczyka na tak wysoki poziom. Samo streszczenie filmów dostarcza emocji i pozostawia czytelnika, jak sądzę, w głębokiej konsternacji. Trudno się zresztą dziwić, w końcu Lee przed spróbowaniem sił w sztuce filmowej był wziętym pisarzem. Ale to w kinie te historie ożywają, dopełnione przez bardzo dobre wizualia i dobrą pracę aktorów (która również została doceniona – Moon So-Ri za rolę w „Oazie” dostała nagrodę na festiwalu w Wenecji). Lee dostarcza również mnóstwo symbolizmu poprzez ekran, co byłoby trudno osiągalne słowem pisanym.

Niestety, od premiery „Poezji” minęło już 6 lat i nie ma wieści na temat dalszych planów reżysera. Pozostaje mieć nadzieję że to nie koniec.

Szczerze polecam zapoznanie się z twórczością Lee, to gwarancja niepowtarzalnych wrażeń i silnych emocji. A najlepiej chyba zacząć od „Poezji”, filmu najczystszego w przekazie i zwyczajnie pięknego w swojej wymowie. Ostatnia scena filmu to już prawdziwa uczta pozostawiająca widza w głębokiej melancholii i zadumie na długie godziny po napisach końcowych.

Część biograficzna zainspirowana tekstem Jacka Ziemka zamieszczonym w katalogu 16. Letniej Akademii Filmowej. Zdjęcie reżysera pobrane ze strony asiapacificscreenacademy.com.

 

Fratellis, Miles i Dylan

Ambientowy soundtrack Urbańskiego z serialu „Ultraviolet”, urocze country z płyty „In Heaven” Dicka Stusso, trochę zbyt schematyczna płyta trochę przereklamowanego zespołu- „In your sweet time” The Fratellis, bardzo oldschoolowe Swells, muzyczne zwieńczenie jazz- rocka- „Live- Evil” Milesa Davisa, zaczepne i buńczuczne „Monarchie und Alltag” Fehlfarben oraz jedna z najpiękniejszych opowieści o rozstaniu- „Blood on the Tracks” Boba Dylana.

Czytaj dalej Fratellis, Miles i Dylan

#57 Śmierć na żywo, Ciała i perełki z MUBI

W sekcji W KINIE o hiszpańskim, kontrowersyjnym filmie „Ciała”, który można obejrzeć podczas Tygodnia kina hiszpańskiego. W sekcji NA KANAPIE o tureckim dramacie „Watchtower”, o francuskim thrillerze psychologicznym „Sweet evil” i kinie kontemplacyjnym z Wenezueli „La soledad” (wszystkie BARDZO DOBRE, obiecuję). W sekcji KLASYK o świetnym filmie Bertranda Tavernier „Śmierć na żywo” (zresztą z paroma znanymi nazwiskami w obsadzie, a i tak wyszło dobrze :D)

#56 Franz Ferdinand, The Strokes i The Kinks

W odcinku fragmenty płyt,  o których opowiadamy: „Always ascending”- tryumfalny powrót Franza Ferdinanda, tajemniczy francuski kwartet krautrockowy Vox Low, „See the beauty in your drab hometown”- intrygujące dzieło rodzinnego zespołu Savoy, „Tales from the Whale’s belly”- indiefolkowy wzorzec Henry David’s GUN, opowieść o szczęściu O.S.T.R. (czyli płyta „W drodze po szczęście”), już klasyczne arcydzieło The Strokes- „Is this it” i komiczno- kabaretowo-hardrockowe The Kinks- koncertówka „One for the road”

Czytaj dalej #56 Franz Ferdinand, The Strokes i The Kinks

#55 Rozmowa z Kubą Więckiem

Kuba Więcek to chyba najzdolniejszy polski jazzman młodego pokolenia. Pobierał nauki u najlepszych ale nie popadł w schematyczność myślenia. Wytrawny improwizator poszukujący nowej formuły jazzu. Świetny saksofonista i jeszcze lepszy kompozytor. Jego debiutancki album „Another Raindrop” to poza walorami estetycznymi, także wyzwanie intelektualne dla słuchaczy. Miłośnik gotowania i znakomity rozmówca.

Czytaj dalej #55 Rozmowa z Kubą Więckiem

#54 W ułamku sekundy, Szron i Love

W sekcji W KINIE: „Szron”- przereklamowany dramat o wojnie na Ukrainie i „W ułamku sekundy”- trzymająca w napięciu produkcja Fatiha Akina o rozpaczy, próbie zemsty z rozprawą sądową w tle. W sekcji NA KANAPIE: skłaniający do refleksji o wolności i skrępowaniu cywilizacją argentyński film „Decent woman” i filozoficzno-dokumentalny „Rage” o muzycznej scenie acid techno. W sekcji KLASYK: skandalizujący, lekko (a może i dość mocno) pornograficzny, lecz przepiękny film o poczuciu straty i sentymentalnej miłości- „Love” Gaspara Noe.

Czytaj dalej #54 W ułamku sekundy, Szron i Love

#52 Bass Astral x Igo, Songhoy Blues i Pianohooligan

W sekcji NOWOŚCI: „Wrong creatures”- opus magnum Black Rebel Motorcycle Club, bogaty w inspiracje współczesny stoner rocku na przykładzie najnowszych płyt Somali Yacht Club i Black Space Riders, „Orell” liderów polskiej tanecznej elektroniki Bass Astral x Igo, łamiące granice jazzu Immortal Onion i ich płyta „Ocelot of salvation”, transgatunkowa płyta „Resistance” malijskiego Songhoy Blues, mocno oldschoolowe „Up all night” Alberta Castiglii. W sekcji KLASYK: „Saucerful of secrets” czyli najciekawsze dzieło wczesnych Pink Floydów i legendarne koncerty Hendrixa z Fillmore East. W sekcji JAZZ: „24 preludes and improvisations” czyli zachwycające zmagania z tradycją Pianohooligana

Jak słuchać?:http://duzypokoj17.pl/jak-sluchac/

#51 Księżyc Jowisza, Zwiagincew i Człowiek pogryzł psa

W sekcji W KINIE: o trudnej miłości w rzeźni w dramacie „Dusza i ciało” Ildiko Enyedi, o sensacyjno- filozoficznym „Księżycu Jowisza” Kornela Mundruczo. W sekcji KLASYK: o „Elenie” i „Wygnaniu”- dwóch dziełach Andrieja Zwiagincewa wraz z ogólną charakterystyką jego twórczości, trochę a propos Niemiłości, która obecnie w kinach. W sekcji NA KANAPIE: krótko o My French Film Festiwal i o dwóch filmach tam prezentowanych- ujmującym i głębokim „Przed końcem lata” Maryam Goormaghtigh i o zasłużenie kultowym „Człowiek pogryzł psa” trójki belgijskich autorów. W tej sekcji opowiadamy również o youtubowej serii „Czarne lusterko” inspirowanej serialem „Czarne lustro”.

Czytaj dalej #51 Księżyc Jowisza, Zwiagincew i Człowiek pogryzł psa

#49 Black Label Society, Lao Che i Maciej Obara

O Henry David’s GUN- jednym z ciekawszych polskich zespołów indiefolkowych, o znakomitej płycie „Unloved” Macieja Obary, o Band of Heysek- pogodnych rocknrollowcach z Czech, o najnowszej i jak na razie najlepszej płycie w dorobku Black Label Society i refleksja ogólna o Lao Che, zainspirowana singlem „Nie Raj”

Czytaj dalej #49 Black Label Society, Lao Che i Maciej Obara

#48 Kwiat granatu, Andaluzja i Serce miłości

Krótkie wspomnienie „Powidoków” Andrzeja Wajdy w sekcji Gorzkie Żale, rozpoetyzowany „Kwiat granatu” Siergieja Paradżanowa, znakomita „Andaluzja” Alain Gomisa i miłość dwojga artystów w filmie „Serce Miłości” Łukasza Rondudy.

Czytaj dalej #48 Kwiat granatu, Andaluzja i Serce miłości

#47 U2, Eluvium, Gang Śródmieście

O najnowszej płycie nieokrzesanej Diablo Swing Orchestra, o skłaniającej do refleksji epce „Drone Shuffles” Eluvium, o powrocie U2 na właściwe tory za sprawą „Songs of Experience”, o zjawisku nie tylko muzycznym jakim jest Gang Śródmieście, o świetnych jazzowych coverach Depeche Mode granych przez JazzBlaster

Czytaj dalej #47 U2, Eluvium, Gang Śródmieście

„The Visitor” Neila Younga- Powrót Króla

W roku 2015 Neil Young nagrał chyba najgorszą rzecz w swojej karierze. Płyta The Monsanto Years, bo o tym „dziele” mowa, brawurowo zdetronizowała na pozycji „najgorsza z najgorszych” tak mocne kandydatki jak chociażby Everybody’s Rockin’ (1983) czy Landing on Water (1986). Cóż, od zawsze miałem świadomość, że moja miłość do Neila Younga to uczucie trudne, pełne wzlotów i upadków. Gdy muzyk ten zapowiedział, że płytę The Visitor chce znów nagrać z panami z zespołu Promise of the Real (tak tak, to ci, którzy pomagali mu nagrać wiekopomne The Monsanto Years), rozważałem nawet tak drastyczne kroki jak zakończenie mojego związku z kanadyjskim bardem. Jak powszechnie jednak wiadomo miłość bywa ślepa (przepraszam, w zasadzie głucha), postanowiłem dać więc Neilowi jeszcze jedną szansę. Jak się później okazało, była to naprawdę doskonała decyzja…

Płytę The Visitor otwiera świetne Already Great. Soczysty riff przypomina czemu Neila Younga nazywa się „ojcem chrzestnym garażowego grania”, a muzycy Pearl Jam wymieniają go jako jedną ze swoich głównych inspiracji. Utwór ten przypomina trochę płytę Mirror Ball (1995), nagraną właśnie z pomocą kwintetu z Seattle, na której przesterowane gitary również odgrywały główną rolę. Rockowe chórki, jakby żywcem stworzone przez zespół Crazy Horse, dodają całemu utworowi dziadowskiego sznytu, tak uroczego i typowego dla Neila Younga. Właśnie chyba ta surowość, szorstka wrażliwość i chropowaty romantyzm przenikają każdy utwór na tej płycie. Rewelacyjnie wypada króciutki blues Diggin’ a Hole ze świetnym wokalnym call and response między Youngiem a resztą składu. Ciekawostką jest, że muzyk tak chętnie czerpiący z amerykańskiej tradycji, tak rzadko w swojej karierze sięgał właśnie po bluesa. Bardzo ciężkim, wręcz hardrockowym, numerem jest również Stand Tall. Potęga przesterowanego ryku akordów gitary Younga po raz kolejny daje o sobie znać. Miłośnicy bardziej stonowanej i lirycznej wersji artysty tez jednak znajdą coś dla siebie- śliczne balladki Almost Always czy Change of Heart. Dwoma najciekawszymi kompozycjami na płycie są chyba jednak Carnival i Forever. Obie bardzo długie (łącznie blisko 20 minut muzyki) i obie robiące ogromne wrażenie. Carnival tworzy niesamowity nastrój. Pełen refleksji, tęsknoty nie wiadomo za czym, utraconych szans. Prosty gitarowy motyw, powracający śmiech, specyficzny sposób śpiewania (troszeczkę jak Les Claypool z zespołu Primus) tworzą z tej pieśni rozdzierający lament za tym, co bezpowrotnie utracone. Kończące płytę Forever przypomina mi trochę sposób w jaki inny z wielkich bardów- Bob Dylan, miał w zwyczaju żegnać się na swoich płytach ze słuchaczami. Blisko jedenastominutowa folkowa ballada (u Dylana wystarczy przypomnieć chociażby Sad Eyed Lady of the Lowlands z płyty Blonde on Blonde czy wspaniałe Desolation Row z Highway 61 Revisited) zaśpiewane łamiącym się głosem Younga to coś dla miłośników jego twórczości. 100% zawartości Neila Younga w Neilu Youngu…

The Visitor to płyta godna Mistrza. Dotykająca wielu muzycznych gatunków i wielu ważkich tematów. Tym razem z pełnej pomysłów głowy artysty „wyskoczyło” dzieło przepełnione emocjami, zachowujące tożsamość stylu Younga. Kamień z serca, jeszcze możemy spodziewać się po tym pełnym pasji Kanadyjczyku ciekawych muzycznie przedsięwzięć.

#45 Twój Vincent, Lanthimos i Tune

Tradycyjna sekcja Flesz, refleksja ogólna o nowych formach odbioru sztuki, łamiący konwencje spektakl „Robert Robur” Krzysztofa Garbaczewskiego, estetycznie zachwycający „Twój Vincent”, niepokojące „Zabicie świętego jelenia” Giorgosa Lanthimosa, najnowsza płyta łódzkiego rockowego objawienia Tune. Na koniec ogłoszenie i zaproszenie do naszego najnowszego przedsięwzięcia.

„Foxtrot” – Taniec wojenny

Ile razy już słyszałem zdziwione (wszyscy to wiedzą, ale każdy powie wiele razy) i pełne kpin głosy na temat przynależności Izraela do Europy, przy okazji wydarzeń sportowych czy Eurowizji (kwestia Australii zresztą jest poruszana jeszcze częściej, a kpina to praktycznie jedyne stanowisko). Dołożę cegiełkę do tego klasyfikacyjno-geograficznego chaosu i powiem, że kino izraelskie to kino europejskie, co udowadnia między innymi „Foxtrot” Samuela Maoza, opowiadający o…

Właściwie o reakcji Dafny i Michaela Feldmanów na przyniesioną przez anonimowego żołnierza wieść o śmierci ich syna- Jonathana. Jest później coś co można nazwać zwrotem akcji, szczegółów nie chcę jednak zdradzać, dominuje jednak właśnie spektrum żalu, smutku, gniewu i zrezygnowania wyrażane przez załamanych rodziców.

I to ta moc emocji, portretowanych z kronikarską dokładnością, ale też pewną chłodną obojętnością powoduje, że film ma bardzo silny wpływ na widza. Istotnym czynnikiem jest też względna powszechność straty i związanych z nią uczuć w życiu człowieka – powoduje to instynktowne utożsamienie się z rodziną, a przynajmniej wywołuje współczucie.

Głównym miejscem akcji jest dom Feldmanów i wydaje się, że nic w nim nie jest przypadkowe, bo wszystko służy wzmożeniu atmosfery w nim panującej, już i tak ciężkiej przez samą powagę sytuacji. Jest gorąco (jak to w tamtej części świata), ale nie odczuwamy tego bezpośrednio, bohaterowie starają się tą temperaturę kontrować zacieniając otoczenie, co współgra z panującymi emocjami. Uderzająca jest również cisza, jak się wydaje naturalna w takiej sytuacji, ale przydająca się narracyjnie, powodująca kontrast przy wybuchach gniewu Michaela.

„Foxtrot” absolutnie urzekł mnie dbałością o symetrię poszczególnych kadrów – każdy z nich to dzieło sztuki, przywodzące na myśl abstrakcję geometryczną. Linie tworzone przez meble, stoły, ściany są najczęściej proste, często powtarza się jakiś ustalony wzór. Przyjemnie się na to patrzy, z każdą sceną dostrzegając więcej tego typu szczegółów. Godne podziwu, a przy tym nienachalnie przemycone.

Ciekawy jest również aspekt militaryzacji izraelskiego społeczeństwa. Wszyscy wiedzą co oznacza przyjście żołnierzy do domu, orientują się w stopniach wojskowych, każdy ma jakieś wspomnienia z armią związane. Reżyser  trochę stara się pokazać, że służba wojskowa młodych ludzi jest nie do końca w porządku, szczególnie w drugiej części filmu… o której do tej pory nie mówiłem i nie zdradzę szczegółów, bo może to zepsuć odbiór. Powiem tylko, że wydaje się trochę niepotrzebna, ale ostatecznie powoduje, że zakończenie ma mocniejszy wydźwięk.

„Foxtrot” to dobry film, potrafiący zachwycić wizualnie, ale mający również silne osadzenie społeczne w intrygującym społeczeństwie. Emocjonalne, ale wyważone formalnie kino. Polecam.

#44 Pablopavo, Phoebe Bridgers, Niemiłość i Baahubali

Filmowa sekcja Flesz a w niej o artekinofestival.com, dance-punkowcy z Death From Above, indiefolkowa pieśniarka Phoebe Bridgers, wycieczka po Warszawie z płytą „Ladinola” Pablopavo, retro bigband Jazz Band Młynarski-Masecki, świetny wstrząsający emocjonalnie dramat „Niemiłość „Andrieja Zwiagincewa i indyjski superheros jakich mało – Baahubali.

Czytaj dalej #44 Pablopavo, Phoebe Bridgers, Niemiłość i Baahubali

Krzyk, pasja i tanie gitary

XXI wiek to złoty czas dla producentów. To oni wychodzą z cienia i stają się głównymi gwiazdami. Mark Ronson, Pharell Williams czy David Guetta to tylko najgłośniejsze nazwiska. Nowoczesne technologie pozwalają na „wykręcenie” w zasadzie każdego rodzaju brzmienia w domowym zaciszu. Nie ma sensu z tym walczyć, co zdają się próbować czynić wszelkiej maści puryści muzyczni, narażając się tym samym na śmieszność. Nie dostrzegają oni bowiem skali możliwości jakie to nowe zjawisko niesie ze sobą. W muzyce generowanej komputerowo to artystyczna wizja i koncepcja odgrywają kluczową rolę, spychając ewentualne niedostatki techniczne (np. warsztatowe) na dużo dalszy plan. To muzyczna rewolucja, z której płodów trzeba czerpać garściami. Nie mam zamiaru jednak, wbrew pozorom, tekstem tym wystawiać lauru pochwalnego producentom muzycznym i twórcom oprogramowań komputerowych. Wręcz przeciwnie, warto również zauważyć drugi biegun podejścia do materii muzycznej. Estetykę lo-fi.

Muzyczne lo-fi (bo nie ma przeciwwskazań do poruszania się na gruncie tego „sposobu myślenia” również w innych formach sztuki) to w zasadzie sposób nagrywania muzyki. Fascynacja amatorskim, garażowym brzmieniem, świadome odrzucanie technologii w celu uzyskania surowszego, bardziej agresywnego i naturalnego brzmienia. Powody mogą być różne. Cięcia budżetowe, brak dostępu do sprzętu lepszej jakości czy po prostu artystyczna wizja. W muzyce jednak sam „kontekst odkrycia” nie ma absolutnie żadnego znaczenia. Liczy się tu i teraz, tylko efekt finalny, który muzycy byli w stanie z siebie wyrzucić.

„Najpiękniejszym”  przykładem takiego rozumienia muzyki z lat 60tych jest chyba zespół The Monks i ich płyta Black Monk Time (1966). Grupka przeciętnie utalentowanych muzycznie Amerykanów tworzy archetyp garażowego grania. Prymitywne kompozycje, skrzeczące gitary i wykrzyczane wokale. Posłuchajcie I Hate You, a przekonacie się czemu brudne hity Nirvany, Soundgarden czy Pearl Jam to przy piosenkach The Monks wypolerowane kompozycje. To samo można powiedzieć o trzy lata później wydanej koncertówce Kick Out the Jams zespołu MC5. Skandal goni skandal. Obsceniczne zachowanie, prowokacyjne teksty, zwierzęce brzmienie. Tym większy szacunek dla dueciku The Presidents of the United States of America, że z największego hitu MC5- Kick Out the Jams potrafili wydobyć jeszcze takie pokłady świeżości. Zespół ten zaskakuje nie tylko swoją specyficzną nazwą, lecz też nietypowym instrumentarium. Przez długie lata był to punkowy zespół co się zowie bez…gitary. Żywy dowód dla niedowiarków: bas, perkusja i wokal mogą stworzyć rockowe trio pełną gębą.

Współcześnie estetyka lo-fi ma się nadal całkiem dobrze. Sprawcami jej zaskakująco dobrej kondycji są wczesne dokonania Black Keys i White Stripes. Pierwsze dwie płyty Black Keys (The Big Come Up i Thickfreakness) to spektakularny renesans muzyki bluesowej. Powolne, potężne, przesterowane riffy okazały się być świetną kanwą do bluesowych podróży. Miłość do transowej prostoty nagrań Juniora Kimbrough tworzy z tych pozornie ogranych schematów wyjątkowo oryginalne dzieła. Warto tu przypomnieć również postać R.L. Burnside’a- weterana hill country bluesa. W 1996 roku nagrał on płytę A Asspocket of Whiskey, na której towarzyszyli mu młodzi i gniewni członkowie zespołu Jon Spencer Blues Explosion. Wczesne dokonania Black Keys i Burnside’a z lat 90tych podążają tą samą ścieżką. Panowie Auerbach i Carney skręcają w pewnym momencie w stronę rocka, podczas gdy Burnside pozostaje trochę bardziej wierny tradycji. Podobnie jak Black Keys swoją „muzyczną misję zbawienia świata” pojmuje chyba Jack White. Robi to jednak w troszeczkę mniej atrakcyjny i bardziej oczywisty sposób…

Nie dajmy się jednak zwieść stereotypom! Lo-fi to nie tylko garażowy rock i surowy blues. To także swoiście rozumiana muzyka taneczna zespołu Death from Above 1979 (o którym więcej w najnowszym odcinku) łącząca dyskotekowy groove z potęgą gitar. Lo-fi trafia również pod jazzowe strzechy. Świetnie pokazuje to płyta Chopin nokturny (2017) Marcina Maseckiego. To Chopin zdekonstruowany, znieważony, pogwałcony i, co najgorsze/najlepsze, zagrany na podrzędnym pianinku. Rzęzi, skrzypi, warczy, a przede wszystkim, czaruje swoim nieokreślonym urokiem.

Powrót do lo-fi to trampolina oryginalności i kreatywności. Nie od dziś przecież wiadomo, że jedną z najlepszych inspiracji jest jakiś rodzaj ograniczenia, czy to technologicznego, czy politycznie narzuconego (przykładowo teksty protest songów z czasów PRL-u). Co jakiś czas nachodzi mnie myśl, że jesteśmy już u krańca eksplorowania estetyki lo-fi. Stres mój trwa jednak tak długo, dopóki nie pojawi się kolejna płyta, która udowodni jak bardzo się myliłem…

„Made in Hong Kong” – Dekadentyzm i miasto

Kinematografia Hong Kongu była bardzo jasnym punktem ostatniego Festiwalu Pięć Smaków, co mogliście już wywnioskować z mojego podcastowego podsumowania (link). Potwierdza to również „Made in Hong Kong” Fruit Chana, którego wersja odrestaurowana miała swoją premierę na festiwalu… a w tym przypadku było przy tym trochę pracy – film został nakręcony na zebranych z różnych planów filmowych kawałkach taśmy, a nie na jednej czy kilku rolkach jak to się dzieje zwykle. Awangardowe podejście miało więc w końcu wpływ na przemysł filmowy – przynajmniej na jego przedstawicieli obsługujących skaner. Taśma taśmą, ale co właściwie się na niej znalazło?

Moon, uroczy młodzieniec, zajmuje się ściąganiem długów. Przechadza się po mieście i wywiera presję na ludziach dłużnych jego szefowi. Jedną z takich osób jest matka Ping – dziewczyny, w której Moon się zakochuje. Bohater ma kumpla Sylvestra, który, choć niepełnosprawny umysłowo, pomaga mu w interesach. Pewnego dnia znajdują list samobójczy młodej uczennicy, okazuje się, że Ping potrzebuje przeszczepu nerki, a na dodatek sam Moon wplątuje się w porachunki mafijne.

Fabuła pozornie dość skomplikowana, ale film ma właściwie prostą konstrukcję. W centrum wydarzeń jest zawsze główny bohater a wydarzenia zachowują chronologię. To jakby reportaż z życia młodocianego mieszkańca Hong Kongu przez kilka-, kilkanaście następujących po sobie dni. Na szczęście autor zadbał o odpowiednie atrakcje, przez co ani Moon, ani widz nie mogą się nudzić… zresztą chłopak przyznaje to osobiście – jest tu również narratorem.

Wydarzenia filmu, wraz z samą postacią tworzą bardzo silne wrażenie wędrówki, poszukiwania. Moon szuka dla siebie miejsca w świecie w którym funkcjonuje, szuka wolności, ale też miłości. To klasyczna opowieść o byciu młodym i młodzieńczym buncie, ale z większą niż klasycznie dawką refleksji i melancholii. Poza tym, co może najważniejsze, Moon szuka szczęścia – co on, skądinąd całkiem słusznie, pojmuje jako… spełnienie i życie w zgodzie ze swoją moralnością, czy może po prostu poczuciem słuszności czegoś. Oczywiście przy tym nie analizując przyczyn swoich przekonań. Tym samym dostajemy bardzo konkretne wskazanie istoty wartości w życiu, co samo w sobie jest rzadko spotykane.

„Made in Hong Kong” to również film o charakterze mocno dekadenckim. Moon zdaje sobie sprawę (może ze zmienną intensywnością), że jego czyny w ogólności nie dążą do żadnego celu. To czy on sam postąpi słusznie, nie zmieni niczego w jego świecie. Nie pełni żadnej funkcji społecznie potrzebnej, opuszcza go matka, jego dziewczyna – Ping nie może znaleźć ratunku, nawiedza go w wizjach samobójczyni – też opuszczona i samotna. Moon ma poczucie, że może robić to co chce, wybiera jednak walkę o swoje szczęście, z wewnętrznej potrzeby zrobienia czegoś znaczącego, choćby tylko z jego perspektywy. Związane z tym emocje dominują w tej sferze film wraz z poczuciem zrezygnowania głównego bohatera, gdy walka zdaje się być przegrywana. To właśnie te emocje zostają w widzu najdłużej.

Długo zostaje też jednak przed oczami świetna warstwa wizualna filmu – Hong Kong to miasto znane ze swojej industrialnej, uderzającej często w geometryczną abstrakcję urody. W dziele Fruit Chana również to specyficzne piękno można dostrzec – dominują klatki schodowe, korytarze, dachy. Na długo z pewnością zapamiętam również ujęcia z cmentarza na wzgórzach, który poza walorami estetycznymi pełni też ważną rolę fabularnie.

„Made in Hong Kong” to film bardzo dobry. Młodzieńczy, niewinny, wolnościowy duch przypomina wręcz wczesne filmy nowofalowe, ale twórca idzie dalej – przełamując to bardzo pesymistyczną, ostateczną refleksją, co wyróżnia obraz. Powiedziałbym, że uszlachetnia, ale właściwie jest chyba odwrotnie – odebrana zostaje pewna idealność, film zyskuje bardziej realny charakter. Na duży plus również doskonałe zdjęcia, które z pewnością dużo łatwiej docenić dziś, po technicznym odnowieniu. Warto zobaczyć.

Cały ten jazz…

Nawet w tak nieuchwytnej muzyce jaką jest jazz, nie jesteśmy w stanie uciec od pewnego rodzaju uogólnień i rozróżnień. Wydaje mi się, że nadal najciekawszą propozycją (choć bardzo obficie krytykowaną) jest podział na jazz amerykański i europejski. Można wyróżnić jeszcze jazz skandynawski ale ten, w gruncie rzeczy, to tylko pochodna i rodzaj, jak się nietrudno domyślić, jazzu europejskiego.

Amerykanie od zawsze swingują. Wychodzą od ragtime’ów, umówmy się, mocno prymitywnych, by w latach 30tych/40tych stworzyć „rozbujane”, taneczne bigbandy. Glenn Miller, Benny Goodman, Gene Krupa- to właśnie potężne brzmienie ich zespołów nadaje ton ówczesnym modom. Do bigbandów mam sentyment, doceniam ich luzacki urok, jednak dość szybko ich powtarzalność i przewidywalność staje się męcząca. Zauważyła też to amerykańska brać jazzowa, głównie na wschodnim wybrzeżu USA. Legendarny Charlie Parker, Dizzy Gillespie czy w końcu Thelonious Monk. To właśnie ten pianista był pierwszą jazzową rewolucją. Jego charakterystyczny styl frazowania, bogata rytmika i melodyka sprawiają, że jego dźwięki zawieszone są pomiędzy standardem a improwizacją, a co więcej, nawet między genialnym wyczuciem harmonii a wypadaniem z tonacji. „Van Gogh fortepianu”- ta sama wrażliwość i zniekształcenie rzeczywistości… Naturalną koleją rzeczy po bebopie był hardbop. Agresywniejszy, bardziej bluesowy, żywiołowy. Jazz jako prawdziwa muzyka szatana, jak mawiają jej zagorzali przeciwnicy. Art Blakey, Sonny Rollins, Horace Silver, a nad nimi wszystkimi górujący genialny Charles Mingus. Mingus w pigułce? Posłuchajcie jego Moanin’ z Blues & Roots z 1959 roku. Wolność, swoboda, improwizacja bezwzględnie podporządkowana strukturze utworu. Bandleader najwyższej próby.

Niejako na marginesie całego szału na jazz rozwijał się cool. Podręczniki powiedzą, że początkiem tej odmiany jazzu jest  Birth of Cool (1957) Milesa Davisa nagrany „przy pomocy” Gila Evansa. Bardzo dobra płyta (cóż za skład: Lee Konitz, Gerry Mulligan, John Lewis, Max Roach- to tylko niektórzy z „wyjściowej jedenastki”), jednak to nie ona wyznaczyła jazzowe trendy, które pobrzmiewają do dzisiaj. Dave Brubeck i Lennie Tristano- to te dwa nazwiska zelektryzowały jazzową świadomość i pokazały czym tak naprawdę jest cool jazz. Spokojniejsze tempa, wyrachowane i przemyślane partie solowe bogate w inspiracje muzyką klasyczną. Przejście z emocjonalnej jazzowej miłości w intelektualną fascynację stało się faktem…

I to właśnie ten trochę niedoceniany cool jazz stał się trampoliną do rozwoju jazzu w Europie. Recepcja ta jednak nie była szybka i bezbolesna. Lata 60te, 70te a nawet 80te to okres jazzowej posuchy w Europie, rzadko kiedy wzbogacany tak pięknymi rodzynkami jak Krzysztof Komeda, Volker Kriegel czy Peter Broetzmann (jakże uroczy pseudonim tego saksofonisty- Rzeźnik z Wuppertalu). Tak naprawdę jednak na erupcję niepohamowanej jazzowej namiętności trzeba było czekać na lata 90te w Skandynawii. Trio genialnego Esbjorna Svenssona, szokujące Ether trębacza Nilsa Pettera Molvaera, czy pierwsze, jeszcze mocno niedoskonałe, próby norweskiego pianisty Bugge Wesseltofta to tylko nieliczne przykłady wielkości skandynawskiego potencjału. Otwarta forma w często uproszczonej kompozycji, bogate użycie elektroniki, odważne sięganie po coraz to nowsze inspiracje (chociażby ikona deep house Henrik Schwarz i jego nagrania ze wspomnianym już Bugge Wesseltoftem).

To właśnie w Europie bębni serce jazzu. To tutaj nowoczesność łączy się z przeszłością patrząc w przyszłość (polski Skalpel i ich odheroizowanie klasyki jazzu). Swing umarł. Jazz amerykański jest w stagnacji, popadł w marazm kopiowania dawnych mistrzów. Pojawienie się Milesa i Coltrane’a to błogosławieństwo, które zamordowało kreatywność w podejściu do jazzu w tamtym rejonie świata. Wieczne „powielactwo” i przesadny szacunek do tradycji  nie przynoszą twórczych efektów, czego świadomi są europejscy muzycy. Ktoś powie, że to już nie jazz (takie „zarzuty” wobec Tubis Trio, Joepa Bevinga czy polskiego Helatone). Może i to prawda, tylko pytanie co z tego. Jeśli nawet to nie jazz, to na pewno muzyka na miarę naszych czasów.

#42 Podsumowanie 5 smaków

Podsumowanie Festiwalu Filmowego Pięć Smaków w postaci omówienia najciekawszych filmów, a dokładniej:

„Obłąkany świat”, reż. Wong Chun, Hong Kong 2016 – historia reasymilacji Tunga po wyjściu ze szpitala psychiatrycznego i budowania relacji z ojcem, z którym wcześniej prawie nie miał kontaktu.

„Po nitce do kłębka”, reż Naoko Ogigami, Japonia 2017 – mała dziewczynka o imieniu Tomo trafia pod opiekę wujka i jego nowej partnerki Rinko, która jest transseksualna. Ciekawa opowieść o relacjach Tomo z Rinko i Rinko ze społeczeństwem.

„Ciemna jest noc”, reż. Adolfo Alix Jr., Fillipiny 2017 – nowowybrany prezydent Duterte wprowadza nową politykę walki z narkotykami – pozwala policji bezkarnie strzelać do dilerów. W tym świecie próbuje odnaleźć się małżeństwo, które zajmuje się handlem na małą skalę by związać koniec z końcem. Na dodatek ktoś porywa ich syna.

„Letni śnieg”, reż. Ann Hui, Hong Kong 1995 – bohaterka tegorocznej retrospektywy reżyserskiej w pełnej krasie. Na May spada obowiązek opieki nad teściem chorym na Alzheimera. Odważny portret starości i jej problemów z silną kobietą w centrum wydarzeń.

„Noce Bangkoku”, reż. Katsuya Tomita, Japonia 2016 – epopeja o funkcjonowaniu tajskiego seksbiznesu, a dokładniej o całej ulicy nocnych klubów przystosowanych specjalnie pod potrzeby klienta japońskiego, choćby z całą obsługą mówiącą po japońsku. Z perspektywy Luck i jej dawnego kochanka Ozawy obserwujemy tytułowe noce Bangkoku, ale też dnie na tajskiej prowincji. Ciekawe nie tylko ze względów krajoznawczych.

„Wilgotni kochankowie”, reż. Tatsumi Kumashiro, Japonia 1973 – film erotyczny prezentowany w sekcji Roman Porno, opowieść o wolności, buncie, melancholii, robiąca bardzo duże wrażenie wizualne i dość niepokojąca.

„Żona dla Rip van Winkle”, reż. Shunji Iwai, Japonia 2016 – szalona historia w szalonym świecie dziwacznych usług z perspektywy introwertycznej Nanami. Historia przejmująca, interesująca i świetnie skonstruowana.

Jak słuchać?: http://duzypokoj17.pl/jak-sluchac/

#41 Festiwal Sputnik 2017, nowy Kortez i Triggerfinger

Flesz. W sekcji muzycznej o nowej płycie „Mój dom” Korteza, indiefolkowym Henry David’s Gun, rockowym trio Triggerfinger i „Good stuff” Wakeniusa i Rantali. W sekcji filmowej wybór najlepszych filmów Festiwalu Filmów Rosyjskich Sputnik nad Polską 2017: o dramacie losu górnika „Cała nasza nadzieja”, mocnej stylistycznie historii gopnika Czesnoka w „Jak Witia Czesnok wiózł Liochę Sztyra do domu opieki”, rozpadzie związku dwojga lekarzy w „Arytmii” i o kryzysie tożsamości w żydowskiej społeczności w Nałczyku w „Bliskości”.

Czytaj dalej #41 Festiwal Sputnik 2017, nowy Kortez i Triggerfinger

#40 Borg/McEnroe, radziecki podbój kosmosu i Lunatic Soul

Tradycyjna sekcja Flesz, nowa płyta Van Morrisona, ukraiński songwriter Sasha Boole, punkowe Velvet Volume, progresywne cudo Lunatic Soul, historia tenisowej rywalizacji w filmie „Borg vs. McEnroe”, dwa rosyjskie filmy o radzieckim podboju kosmosu „Czas pionierów” i „Salut 7”.

Czytaj dalej #40 Borg/McEnroe, radziecki podbój kosmosu i Lunatic Soul

„Borg vs. McEnroe” – Tenisowa rywalizacja

Filmy fabularne o sporcie, to zwykle przedsięwzięcia toporne, głupie, proste i nudne. Do głowy przychodzą mi raczej rzeczy piłkarskie, więc pomyślałem, że może jeśli chodzi o tenis będzie lepiej, w końcu z pewnością niejeden z radością przekonałby mnie o wyższości „białego sportu” nad prostackim kopaniem. Zanim jednak zostanę przekonany, pozwolę sobie ocenić materię filmową, którą w tym przypadku jest film o przydługim polskim tytule „Borg vs. McEnroe: Między odwagą a szaleństwem” w reżyserii Janusa Metza.

Björn Borg to legenda tenisa, a film pozwala nam go poznać, gdy był na samym szczycie. Jest rok 1980, zbliża się Wimbledon, Björn wygrał cztery poprzednie edycje tego prestiżowego turnieju i gdyby zwyciężył jeszcze raz, stałby się najbardziej utytułowanym zawodnikiem w historii. Łatwo nie będzie – Szwed jest bez formy, a na drodze stoi jeszcze inny wielki talent John McEnroe, który przy okazji, powierzchownie, jest jego charakterologicznym przeciwieństwem.

I właśnie… „Borg vs. McEnroe” w dużej mierze opiera się na antagonizmach dwóch głównych bohaterów. Jeden opanowany, drugi impulsywny, jeden z biednej rodziny, drugi przeciwnie, jeden wygrał już wszystko, drugi jeszcze nic. To momentami sprawia wrażenia bycia zbyt prostym, schematycznym. Tak jakby sami twórcy ulegli marketingowo- wizerunkowym kampaniom sprzed 40 lat, gdy dwaj tenisiści byli prezentowani jako kompletne przeciwieństwa. Może przesadzam zresztą – w końcu w drugiej części filmu widz jest usilnie przekonywany o tym, że Szwed i Amerykanin mają ze sobą jednak coś wspólnego… wbrew pozorom. Tylko, że dla mnie pozory zbyt nierealne i mające zbyt wątłe podstawy, by dało się w nie uwierzyć.

A co mają wspólnego? Mentalność zwycięzcy. Dzieło Janusa Metza mocno sugeruje, że obaj panowie właśnie dzięki tej cesze są tak dobrymi zawodnikami. Chcą wygrywać za wszelką cenę, co prowadzi ich do ciągłej pracy nad samym sobą. Z filmu można wysnuć wniosek, że istnieje uniwersalny wzór na zwycięzcę, czego przykładem jest zarówno Borg jak i McEnroe. To rzecz ciekawa, nie wiem na ile to przystaje do teorii psychologicznych, które pewnie istnieją, w końcu każdy słyszał o psychologii sportu, która swoją drogą w naturalny sposób jest najlepszym materiałem do filmowania, bo po prostu jedyną niewiadomą w historii sportowców. Całą resztę można zobaczyć w telewizji.

A jeśli chodzi o tenis. Dla tego filmu sceny tenisa, są jak dla romansu sceny seksu. Trochę w tym chaosu i pewnej ezoteryki, romantycznej wizji. To zrozumiałe, w końcu pokazywanie tenisa w formie podstawowej, bez skrótów i pewnej dynamizacji zastosowanych przez twórców, byłoby mało atrakcyjne. A tak mamy dość ciekawe zbitki scen odbijania piłki i reakcji zawodników plus pojawiającą się na ekranie informację o aktualnym wyniku meczu, dość nieliniowo i zaskakująco. Przyjemne i lekkostrawne, a przypomnę, że samo umieszczenie wspomnianych scen było nie do uniknięcia, więc należałoby pochwalić nawet samo to, że nie ma się ich dość.

A i jeszcze… muszę się do czegoś przyznać. Nie wiedziałem jak film się skończy, same nazwiska były mi ledwo znane. Oczywiście pozytywnie wpłynęło to na odbiór fabuły filmu, która jest niezła i dość zaskakująca. Na warsztat wzięto dobry temat, ale i pewne ubarwienia prawdziwych wydarzeń jak i dość szeroka charakterystyka bohaterów (zdecydowanie zresztą szersza w przypadku Borga, nic dziwnego, w końcu film autorów szwedzkich) powodują, że jest tu obecne pewne napięcie. To nie thriller naturalnie, ale chce się śledzić tę historię i jest się ciekawym zakończenia.

„Borg vs. McEnroe” to film skromny i skupiony na postaciach, co naturalnie jest plusem. Dołożyć do tego ciekawą fabułę, kontekst historyczny, trochę psychologii, dobrą realizację i otrzymujemy smaczne danie, nie tylko dla pasjonatów tenisa.

„Kobieta z lodu” – Mors też kobieta

Czeskie kino kojarzy się z komediami. Nie bez powodu – przecież klasyki czeskiej nowej fali to poniekąd był komedie, a w każdym razie było w nich dużo humoru, który często przykrywał treści całkiem poważne i uniwersalne. Podobna konstrukcja wydaje się być również cechą charakterystyczną współczesnej czeskiej kinematografii… a w każdym razie ten komediowy lukier jest ciągle obecny. „Kobieta z lodu” Bohdana Slamy z wierzchu też jest słodka, a w środku?

Fabularnie sprawa wygląda tak: Hana jest starszą panią, jej mąż nie żyje, ona mieszka sama w domu, do którego na uroczyste obiady co jakiś czas przyjeżdżają jej dwaj synowie wraz z rodzinami. Pewnego dnia w ramach opieki nad wnukiem – Ivankiem, podczas spaceru nad rzeką Hana wyławia morsa o imieniu Brona, spokojnie mors w tym kontekście oznacza pasjonata zimnych kąpieli. Z tego spotkania wywiązuje się romans, co skłania Hanę do przewartościowania swojego życia.

Romans starszych ludzi to rzecz rzadko filmowana i w naturalny sposób trochę rozczulająca i urocza. W „Kobiecie z lodu” choć parę razy dostrzeżemy kilka zwrotów w kierunku realizmu i przyziemnej strony takiego przedsięwzięcia, to jednak dominuje narracja zabawna, nakierowana na rozśmieszenie widza i wprowadzenia go w nastrój właśnie pewnego rozczulenia, wręcz może protekcjonalizmu dla nieporadności bohaterów w kontaktach międzyludzkich. Właściwie wychodzi to dobrze, jednak momentami nie sposób pozbyć się uczucia, że to trochę za proste, zbyt naiwne. Da się z tego śmiać, ale żarty są takie sobie, trochę sztuczne i oparte właśnie na wyżej wspomnianym schemacie.

Drugim wątkiem ważnym w obrazie Slamy jest konflikt pokoleń, szczególnie uwydatniany na rodzinnych obiadach organizowanych przez Hanę. Każde spotkanie wywołuje coraz dziwniejsze sytuacje, które z pewnością również mają spełniać funkcję komediową, ale tym razem jest trochę lepiej. Sytuacje są zbudowane w ciekawy, zaskakujący sposób, jest to śmieszne bez poczucia pójścia na łatwiznę. Szkoda, że to raczej mniejsza część obecnych w filmie żartów. Mam przy tym jednak problem z postaciami synów – Ivana i Petra – są trochę za bardzo nierealistyczni, obaj zbyt obsesyjni i psychopatyczni. Służy to jednak budowaniu komedii sytuacyjnej, więc można to wybaczyć.

Jest jeszcze kura Brony, która wprowadza do ciężkiego humoru trochę pozytywnego zamieszania. Znów to może niezbyt wysokich lotów, ale ostatecznie w sumie ożywcze i przyjemne. Zwierzątka zawsze się sprawdzają na wideo – tym razem to nie słodki kot a śmieszna kura.

Wizualnie wszystko jest ok. Dominują szare barwy charakterystyczne dla pory roku w której rozgrywa się akcja. Króluje realizm nawet skłaniający się w stronę naturalizmu, co akurat zaliczam na plus. Warto zauważyć że to nie do końca współgra z akcją filmu, ale w sumie tworzy to ciekawą mieszankę i stając się tą przysłowiową łyżką dziegciu, która tym razem działa na plus – sprawia że całość staje się mniej jednowymiarowa.

Podsumowując… niestety „Kobieta z lodu” to średniak, ale właściwie dość śmieszny, z całą pewnością spełniający więc funkcję rozrywkową. Nie należy się jednak spodziewać niczego pouczającego, uniwersalnego, do czego mogły nas przyzwyczaić osiągnięcia nowofalowe – to prosta komedia, nie siląca się na ukrycie czegoś ciekawszego, a właściwie może i trochę się siląca, lecz z marnym skutkiem.

„Gabriel i góra” – Cień wielkiej góry

Góry wysokie… wspaniały utwór tytułowy z pierwszego albumu Budki Suflera dość dobrze obrazuje pewien romantyzm związany ze zdobywaniem górskich szczytów. Choć Adam Sikorski pisząc „Cień wielkiej góry” przed oczami miał zapewne Tatry, Beskidy lub Bieszczady to niepowstrzymana chęć osiągania wysokości z użyciem siły własnych mięśni dopada ludzi wszystkich krajów i kultur – dopadła również Gabriela Buchmanna, bohatera filmu Felipe Barbosy „Gabriel i góra”.

Gabriel jest brazylijskim studentem, pilnym i ciekawym świata. Jak wielu studentów postanowił zrobić sobie tzw. gap year i wyjechać na rok do Afryki. Jak dowiadujemy się w pierwszych scenach, przygoda została zwieńczona śmiercią bohatera podczas, jak z kolei domyślamy się z tytułu, próby pokonania jednej z afrykańskich gór. Fabuła filmu to retrospekcja wydarzeń, które doprowadziły do tragedii – obserwujemy więc podróż przez kontynent afrykański z perspektywy Brazylijczyka, który za cel obrał sobie w swojej turystyce być jak najmniej turystyczny. Gabriel przywdziewa tradycyjny masajski strój i tradycyjne masajskie buty zrecyklingowane z opony i marszem (no dobra, nie tylko marszem) prze poprzez szereg afrykańskich krajów, zaliczając między innymi rekordowo szybkie wejście na szczyt Kilimandżaro.

Teraz uwaga: Gabriel to postać autentyczna, znajomy reżysera zresztą, która podczas swojej podróży spisała pamiętnik, później został znaleziony przy jego ciele. Felipe Barbosa następnie dotarł do ludzi opisanych w pamiętniku i to oni występują wraz z aktorem grającym Gabriela. Krótko mówiąc prawie wszystkie postacie występujące w filmie to ludzie, których prawdziwy Gabriel Buchmann spotkał na swojej drodze, często mieszkający w naprawdę niedostępnych miejscach. Godne podziwu – po pierwsze ogrom pracy reżysera, po drugie to że… nie zrobił z tego dokumentu, ten film to pełnej krwi fabuła, mająca jeszcze parę zalet poza tą formalną woltą.

Na przykład to, że jest to kino drogi w pełnym znaczeniu tego słowa. Jasne, trochę to narzucone przez sam temat, ale przy tym ogląda się to trochę jak film przygodowy. Sceneria zmienia się często z bohaterem w centrum wydarzeń, bohaterem, który jest wesoły, ale pod spodem melancholijny. Świat się zmienia, a człowiek w nim ciągle taki sam, podróżuje próbując wtopić się w otoczenie. Każdy film drogi to metafora życia, stwierdzenie nie odkrywcze, teraz jeszcze mniej, potwierdzone przez brazylijski obraz. Dotyka też samej podróży, ale w pewnym bardziej uniwersalnym sensie, jakby samej idei podróżowania, turystyki mentalnej. Gabriel jest przykładem wzoru psychicznego nastawienia do podróżowania, w którym ważniejsze od samego bycia w jakimś miejscu jest poznanie miejsca, jego kontekstu i kultury w nim rezydującej, zachowując przy tym otwartość mentalnego aparatu poznania. Przekaz solidny, ale zaserwowany dość subtelnie.

Bardzo dobrze wypada, możnaby wręcz powiedzieć że „robi” cały film, właśnie główny bohater. To nie jest jakaś tam wydmuszka. Gabriel jest inteligentny, ale cierpi na przerost ambicji, jest współczujący, wręcz może lewicowo wrażliwy, a przynajmniej sam tak uważa i udaje mu się do tego przekonać widza. Momentami wychodzi z niego jednak nieprzyzwoity egoizm. To postać skomplikowana moralnie i charakterologicznie o nie do końca jasnych motywacjach. Jest to więc bohater realistyczny, co mocno pomaga w odbiorze filmu. Z czasem zaczyna nam nawet zależeć na Gabrielu, co owocuje choćby bardzo mocnym wydźwiękiem finału.

Nie można też nie pochwalić warstwy wizualnej filmu. Gdyby pozbawić filmu całej fabuły otrzymalibyśmy naprawdę bardzo dobry obraz krajoznawczy. Zdjęcia są na wysokim poziomie, a i z kamerą odwiedzamy miejsca nader ciekawe i różnorodne. Dodatkowo poznajemy Afrykę trochę od strony tubylców, raczej te miejsca mniej turystyczne, a jak turystyczne to i tak z boku, poznając życie lokalnych przewodników.

Podsumowując… „Gabriel i góra” to film ciekawy zarówno ze względu na formę, ale i broniący się treścią – z jednej strony przygoda białego człowieka w Afryce, z drugiej ciekawie wykreowany bohater, refleksja nad życiem, naturą i człowieczeństwem. Polecam szczerze

#37 Zapowiedź Soundedit, Ptaki śpiewają w Kigali i Bałdych

Obszerna zapowiedź festiwalu Soundedit 2017, garść nowości w nowej sekcji FLESZ, o Ptaki śpiewają w Kigali małżeństwa Krauze, o płycie Brothers Adama Bałdycha, o albumie Spell zespołu Ryba & The Witches i o filmie Pył czasu Aliego Aydina

Czytaj dalej #37 Zapowiedź Soundedit, Ptaki śpiewają w Kigali i Bałdych

„Ptaki śpiewają w Kigali” – Rwandyjska trauma

Tak szczerze, to jeśli chodzi o twórczość Joanny Kos-Krauze i Krzysztofa Krauze to mam braki – ominęło mnie w zasadzie wszystko, mimo że za każdym razem szeroko nagradzane i z pewnością bardzo dobre. I co z tego? No cóż, Ptaków śpiewających w Kigali udało mi się nie ominąć i okazał się to film na tyle dobry, że wywołał spore wyrzuty sumienia, że słynną parę reżyserów odkrywam dopiero teraz.

Rzecz opowiada o Annie Keller, z zawodu orintolożce prowadzącej badania nad zmniejszającą się populacją sępów w Rwandzie. Jest lato 1994 roku, do władzy w kraju dochodzi partia związana z plemieniem Hutu i postanawia zabić wszystkich przedstawicieli ludu Tutsi, temat powszechnie znany i co najmniej kilkukrotnie ekranizowany. Anna postanawia (niewątpliwie słusznie zresztą) stamtąd uciec. Udaje jej się przy tym do Polski przemycić córkę swoich rwandyjskich przyjaciół – Claudine. Po pewnych perturbacjach Anna pomaga Claudine również w Polsce – przyjmuje ją pod swój dach, pomaga znaleźć pracę. I wtedy właśnie dzieją się rzeczy dla filmu najważniejsze, kobiety starają się poradzić sobie z traumą i nawzajem się poznać.

 

I właśnie, to nie jest film o ludobójstwie… no, przynajmniej nie bezpośrednio. Tak naprawdę ważne tu jest to jak ludobójstwo dotknęło życia i może przede wszystkim psychiki Anny i Claudine. Ale jest w tym podglądaniu głównych bohaterek coś bardziej uniwersalnego – studium reakcji człowieka na traumę w ogóle, próba wejścia w psychikę osób podobnie poszkodowanych. A przy tym to zdaje się mieć sens – sytuacje są realistyczne, zachowania kobiet z początku niejasne, ale ostatecznie składają się w całość.

Konsekwencją przeniesienia zarówno akcji jak i ciężaru znaczeniowego filmu daleko poza tytułowe Kigali jest ciekawy status okrucieństwa związanego z wydarzeniami roku 1994. Sama świadomość tego co tam się stało skutkuje uczuciem pewnego rodzaju niezręczności, dziwności zarówno pomiędzy bohaterkami jak i pomiędzy filmem a widzem. Coś jakby, nie można było o tym mówić, ale przy tym trzeba się czasem do tego odnieść. Więc choć scen brutalnych raczej w Ptakach… nie ma, to samo widmo okrucieństwa wiszące nad Anną i Claudine i to jak jego wspomnienie na nie działa sprawia, że nabiera ono jakiejś półrealności.

Równie ważny wydaje się być dla autorów również aspekt poznawania się ludzi ze sobą, a za manekiny mające to uwidocznić znów posłużyły główne bohaterki. Sam proces jest przedstawiony ze szczegółami, może trochę przerysowany – w końcu sytuacja jest co najmniej niestandardowa, ale mimo to przedstawione sytuacje pozwalają się do siebie odnieść, zakładam, że wszystkim widzom – w końcu każdy kiedyś kogoś poznał. W każdym razie ciekawie się to obserwuje – dwie praktycznie obce sobie osoby są zmuszone do życia razem, a jedyne co je łączy to najgorsza rzecz jaką każda z nich przeżyła.

A przy okazji: w tej kwestii jak i w samej konstrukcji narracji, obraz małżeństwa reżyserów bardzo przypominał mi „Personę” Bergmana. Tak – tam pozornie chodziło o coś innego, ale nadal dwie kobiety zamknięte w niewielkim domu, początkowo sobie obce, muszą się wzajemnie poznać. To nie zarzut, wspominam bo film genialny, może komuś podsunę, kto nie widział.

W Ptakach… bardzo ważne jest też poczucie obcości, alienacja jaka bije… właściwie z całości dzieła. No bo tak, Claudine wyobcowana w Polsce, Anna wyobcowana bo nie pracuje, a przy tym w oczywisty sposób widać, że obie rzeczywiście do tego świata nie pasują – wszyscy pozostali ludzie w ich otoczeniu odnoszą się do nich z wyraźnym dystansem, kobiety niewiele mówią… no Anna trochę mówi, ale głównie do siebie i zwykle bez sensu.

I z dwójki głównych bohaterek to właśnie Anna zdaje się wybijać na pierwszy plan, to jej życie zdaje się być osią fabuły. Polka jest dokładniej charakteryzowana, gdy Claudine czasem sprawia wrażenie tylko obiektu mającego na nią oddziaływać (czasem w tym przypadku oznacza raz, może dwa razy, a i rzeczone wrażenie może nie występować u wszystkich :D). Anna to kobieta silna, niezależna, dojrzała, samotna, trochę zgorzkniała, choć z życia zadowolona, jej pasją jest nauka. Trochę to bohaterka przypominająca Isabelle Huppert w Co przynosi przyszłość?, ale zdecydowanie więcej w niej bólu i poczucia porażki. Postać dobrze skrojona, ale też dobrze uszyta, w czym udział niewątpliwie miała aktorka się w nią wcielająca – Jowita Budnik.

Godny zauważenia jest również styl estetyczny prezentowany przez „Ptaki śpiewające w Kigali”. W barwach dominuje szarość, pogoda jest zimowo-roztopowa, da się odnieść wrażenie pewnej wilgotności. To co jest natomiast w wizualiach oryginalne i absolutnie mnie urzeka to to jak wyglądają poszczególne kadry. Na większości z nich pierwszy plan jest przysłonięty przez niemające dla sceny znaczenia przedmioty – krzesło, stół, słup itp. I nie jest to osiągane mimochodem, co mogłoby wzmacniać panujący niepodzielnie w filmie realizm, nie – to efekt ewidentnie celowy, aż momentami irytujący, generalnie jednak ciekawy, pasujący do ogólnego wydźwięku filmu i ostatecznie robiący wrażenie. Doceniam również interesujące, abstrakcyjne przerywniki pojawiające się gdzieniegdzie, podbite rodzajem, hmm… ambientowej muzyki.

A właśnie – muzyki w filmie w zasadzie nie ma, poza tymi przerywnikami, a to też niekoniecznie.

Jest trochę wątków polityczno-obyczajowych – w końcu Claudine to uchodźczyni, trochę postkolonializmu w Rwandzie, ale to raczej marginalne kwestie, tak fabularnie jak w odbiorze.

Tyle. „Ptaki śpiewające w Kigali” to film bardzo dobry, głównie o ludzkiej psychice, reakcji na stres, mechanizmy poznawania drugiego człowieka. Na deser bardzo ciekawe zdjęcia, dobre aktorstwo i wyraziste tło historyczne. Warto zobaczyć.

#36 Manson, The Square i polski wibrafon

O Highway Tune hardrockowej grupy Greta van Fleet, nowych singlach Marilyna Mansona i króciutko o Evolve Imagine Dragons, o problemach dorastania w niemieckim filmie Decyzja (The state I am in) Christiana Petzolda, o nowej/starej płycie Hitchhiker Neila Younga,nowym wcieleniu Clock Machine, o niemieckim romansie City Below, o płycie Depth of Focus zespołu Electricity i improwizacji na jej temat i o długo wyczekiwanym i nagrodzonym w Cannes dramacie dyrektora sztuki- o filmie The Square Rubena Oestlunda

Czytaj dalej #36 Manson, The Square i polski wibrafon

#34 QotSA, irański Klient, Kedi życie kotów, Fantastic Negritto

O nowej płycie Queens of the Stone Age, singlu Black country Communion, o irańskim nagrodzonym oscarem „Kliencie” Asghara Farhadiego, o nagrodzonej Grammy „Last days of Oakland” Fantastic Negritto, o powrocie chilijskiej grupy Aquaturbia, O filmowym dokumencie „Kedi – sekretne życie kotów”, o polskim duecie The Blues, ragtime’ach Maseckiego i o Bass Astral x Igo.

Czytaj dalej #34 QotSA, irański Klient, Kedi życie kotów, Fantastic Negritto

#31 Życie Jezusa, Kobieta z wydm & Moja szczęśliwa rodzina

O francuskim dramacie Życie Jezusa, nowym projekcie Błażeja Króla Kobieta z Wydm, łódzkiej wystawie & Muzeum Sztuki w Łodzi, najnowszej płycie Millionaire i gruzińskim kinie uwikłanym społecznie Moja szczęśliwa rodzina

Czytaj dalej #31 Życie Jezusa, Kobieta z wydm & Moja szczęśliwa rodzina

#30 White stripes, Możdżer i Sweet Noise

O świeżo wydanych początkach zespołu White Stripes, nietypowej płycie Dylana „Planet waves”, supergrupie Możdzer/Rantala/Wollny, kameralnej płycie Avital meets Avital, parze chilijskich DJów Bitman y Roban i ich płycie „Musica para despues de almuerzo” i o genialnym koncercie Sweet Noise z przystanku woodstock 2002.

#29 Festiwal Transatlantyk

O najciekawszych filmach, które udało nam się zobaczyć na Transatlantyku. Dokładnie: „Party” Sally Potter, „Gniazdo” Teresy Villaverde, „Noc myśliwego” Charlesa Laughtona, „Zwierzęta” Grega Zglińskiego, „W czterech ścianach życia” Philippa van Leeuwa, „Neruda” Pablo Larraina.

Czytaj dalej #29 Festiwal Transatlantyk

#27 O soundedit, wybitnych producentach, kondycji muzyki – rozmowa z Maciejem Werkiem

Ujawniamy gwiazdę Soundedit 2017, rozmawiamy o roli producenta muzycznego, kondycji współczesnej muzyki, sporo o Davidzie Bowiem, Beatlesach, trochę o Dylanie i ciut o disco polo. to wszystko i wiele więcej w rozmowie z Maciejem Werkiem.

Chcesz być na bieżąco? PRZECZYTAJ: http://duzypokoj17.pl/jak-sluchac/

#25 L.Stadt, Xavier Dolan i Nazareth

O nowej trochę surfrockowej płycie L.Stadt, węgierskim eksperymencie metalowym Thy Catafalque, o najnowszym filmie Xaviera Dolana- To tylko koniec świata, o trudach młodości w książce Wzburzenie Philipa Rotha, o czterech przyjaciółkach i ich relacjach w filmie Agatha’s friends, o hardrockowym klasyku zespołu Nazareth.

Czytaj dalej #25 L.Stadt, Xavier Dolan i Nazareth

#24 Graffiti i kłamstwo w towarzystwie

O najnowszej płycie zespołu London Grammar, ascetycznego trio z charyzmatyczną wokalistką, o włoskim świetnym komediodramacie „Dobrze się kłamie w miłym towarzystwie”, polskim filmowym hicie zeszłego roku „Jestem mordercą”, interesującym awangardowym autorze graffiti Keithie Haringu, norweskim zespole Madrugada i szerokim interpretacyjnie francuskim filmie „Opium” Pablo Dury.

Jak słuchać na telefonie: http://duzypokoj17.pl/jak-sluchac/

 

#23 O.S.T.R., znowu Waters, Nieprzespane Noce i coś jeszcze

O świetnym powrocie Rogera Watersa płytą Is this the life we really want?, filmowym portrecie pokolenia 20-latków– Wszystkie Nieprzespane Noce Michała Marczaka, o austriackim dramacie obyczajowym Goetza Spielmana October November, łódzkim bardzie na miarę indiefolkowych czasów- Danielu Spaleniaku, holenderskich odkopanych eksperymentatorach z grupy Focus, o osobistej podróży Ostrego na ostatniej studyjnej płycie Życie po śmierci.

Czytaj dalej #23 O.S.T.R., znowu Waters, Nieprzespane Noce i coś jeszcze

#22 Balthus i Philippe Garrel

O twórczości Balthusa – dwudziestowiecznego malarza francuskiego pochodzenia polskiego, który zasłynął dalece nieodpowiednimi portretami małych dziewczynek, styl raczej realistyczny. O filmie Sieranevada, który można obecnie oglądać w kinach, a który pokazuje spotkanie rodzinne z okazji stypy. O zespole Comet is Coming – ciekawej mieszance jazzu z elektroniką, rockiem, ale utrzymującej strukturę jazzową. O Narodzinach miłości – filmie Philippe’a Garrela, obrazie miłości w oczach dwóch przyjaciół, którzy mimo różnych charakterów i różnej sytuacji obaj są nieszczęśliwi, właśnie z miłości, film stylistyką nawiązujący do Nowej Fali francuskiej, choć dużo późniejszy plus bardzo dobra muzyka Johna Cale’a. O zespole Dr Misio, którego liderem jest Arek Jakubik, a który gra muzykę rockową, momentami punkową z tekstami pisanymi m.in. przez Krzysztofa Vargę.

Czytaj dalej #22 Balthus i Philippe Garrel

#21 Rammstein, Samsara Blues Experiment, potrzeba akceptacji

O znanym polskim artyście popowym, który poszedł w inną stronę, filmie Butterfly Kisses, zespole Samsara Blues Experiment, francuskim rapie z Alliance Ethnik, płycie ostatecznej Herzeleid Rammsteina, Davie van Ronku.

Czytaj dalej #21 Rammstein, Samsara Blues Experiment, potrzeba akceptacji

„Butterfly Kisses” – Presja potrzeb

Najnowszy film Rafała Kapelińskiego, mimo zdobycia Kryształowego Niedźwiedzia w Berlinie (który jest przyznawany najlepszemu filmowi dotykającemu problemów młodzieży), pozostaje niepozorny. To film, który rzeczywiście jest o młodzieży, ale przy tym dotykający spraw dla wieku już niecharakterystycznych, odważnie wchodzący w temat niepopularny i na dodatek stawiający w jego ramach kontrowersyjne tezy. Konstrukcja ciekawa, ale czy stabilna?

Główny bohater „Butterfly Kisses” ma na imię Jake, 18 lat i dwóch kumpli: Kyle’a i Jarreda. Dominującym zajęciem chłopców są bezcelowe wędrówki po mieście, przeplatane wizytami w klubie bilardowym. Głównym tematem ich rozmów natomiast jest seks – Jarred chwali się osiągnięciami, Kyle się nimi nie chwali, a Jake ich nie ma – próżno w jego przeszłości szukać jakichkolwiek doświadczeń seksualnych, co w jego otoczeniu jest naturalnie powodem do drwin. Jake w ogóle sprawia wrażenie fajtlapy… jest niezdarny, mówi cicho, jest niezdecydowany – bije od niego brak pewności siebie. Szybko okazuje się, że jego seksualność jest bardziej skomplikowana niż Jarreda czy Kyle’a, ba, realizacja jego popędu nie dość że jest nielegalna, to jeszcze byłaby bardzo źle widziana.

Celowo nie zdradzam o jakiej dewiacji film opowiada, bo… właściwie nie o niej opowiada – wydźwięk jest na szczęście szerszy, bardziej uniwersalny. Obraz Kapelińskiego dotyczy w głównej mierze mechanizmów presji społecznej, szczególnie nasilonego w społeczności nastolatków. Jake bardzo mocno stara się zasymilować, neguje właściwą sobie orientację seksualną i zaczyna uganiać się za dziewczyną. Potrzeba akceptacji, przynależności do grupy jest jedną z kluczowych do funkcjonowania człowieka i bardzo udanie pokazuje to „Butterfly Kisses”. Przy tym ta gra o uznanie w grupie ma na tyle nietypowe i interesujące zasady, że film, przy zachowaniu odpowiedniego poziomu realizmu, śledzi się z zaciekawieniem. Mimo że większość filmów o nastolatkach traktuje poniekąd o akceptacji (łącznie, a może przede wszystkim, z amerykańskim kinem „highschoolowym”), to tu te schematy i mechanizmy nie są ewidentnie jawne, ukryte właśnie przez naturę samej sytuacji, ale też nietypowo… umiejscowione w społeczeństwie.

Rodzice głównych bohaterów, nie należą do ludzi majętnych – ojciec Kyle’a utrzymuje się z zasiłków, przeważnie jednak udaje mu się kupić tylko alkohol, Jake dodatkowo pracuje jako opiekun dzieci. Wszyscy trzej bohaterowie mieszkają w wysokich apartamentowcach, wokół których trudno byłoby znaleźć choćby kawałek zieleni. Dosłownie to zresztą w stu procentach niemożliwe, bo film jest czarno-biały, co jeszcze potęguje mrok – wynikający zarówno z fizycznego otoczenia bohaterów, ale także z charakterystyki samej osi fabularnej. Ciekawe wrażenie sprawia zresztą film zrealizowany w technice monochromatycznej z akcją osadzoną we współczesności.

Paradoksalnie, trochę w podtekście film wydaje się mówić o potrzebie tolerancji, w szczególności orientacji seksualnej drugiego człowieka. Dziwne, przecież Jake jest zmuszany do asymilacji, a gdy prawda wychodzi na jaw to jest szykanowany – tak, ale dobitnie widzimy, że bohater nie ma wpływu na to z jaką orientacją się urodził. Zdaje się więc, że tym samym przekaz filmu podkreśla, że jakiekolwiek kontakty seksualne za obopólną zgodą powinny być w pełni akceptowane społecznie, przeważnie zresztą są podbudowane relacją emocjonalną.

„Butterfly Kisses” to film niewielki – z ciekawą, ale skromną historią, rozgrywający się na niewielkiej przestrzeni, z małą liczbą bohaterów. Jednocześnie jednak bardzo gęsty – w relacje międzyludzkie, mechanizmy społeczne i te rządzące seksualnością człowieka. Nie jest to obraz zostawiający pod wrażeniem na długi czas, ale potrafi skłonić do pewnych wniosków i przemyśleń. Warto zobaczyć.

#19 Osiedle Swoboda i Bang Gang – z Gościem

O irlandzkim punku, nowym singlu Watersa.  O komiksie Osiedle Swoboda, o płycie Kuby Więcka, o Katarzynie Rosłaniec, o filmie ostatecznym, w którym człowiek idzie przez pustynię, o Daredevilu z refleksją o komiksie superbohaterskim. O artyście islandzkim pseudonimem Bang Gang i filmie francuskim o tym samym tytule z refleksją o erotyce w kinie.

Czytaj dalej #19 Osiedle Swoboda i Bang Gang – z Gościem