„Reedukacja Cameron Post” – recenzja

Mam ogromną słabość do tzw. filmów coming-of-age, a jednym z nich jest właśnie obraz Desiree Akhavan. Portretują ludzi w jednym z najważniejszych okresów życia, w którym wszystko jest nowe i fascynujące. Te emocje służą sztuce filmowej, służą też urokowi Cameron Post, która…

Jest nastolatką, chodzi do liceum, ma chłopaka, ale tak naprawdę zakochana jest w koleżance – Coley. Podczas balu na zakończenie roku szkolnego dochodzi do zbliżenia Coley i Cameron. Niestety dziewczyny zostają nakryte. W konsekwencji główna bohaterka zostaje wysłana do ośrodka „Boża obietnica” – chrześcijańskiej instytucji mającej u osadzonych zwalczać grzech „pociągu do tej samej płci”. Dalsza część filmu to perypetie Cameron i jej przyjaciół w ośrodku oraz retrospekcje z historii związku dziewczyn.

Temat jest poruszający. Szykanowanie ze względu na przyrodzone cechy zakrawa o okrucieństwo, szczególnie, że mówimy o ludziach młodych, wchodzących w dorosłość, odkrywających swoją seksualność, wrażliwych na wpływy otoczenia, więc podobne działania mogą trwale obniżyć poczucie własnej wartości i spowodować realne skutki w ich psychice. Ale w „Reedukacji…” ten temat jest złagodzony. W środowisku w którym przebywają bohaterowie homoseksualizm jest uznawany za coś zupełnie nie do pomyślenia, co wynika głównie z konserwatywno-chrześcijańskich przekonań społeczności, w związku z czym tytułowa reedukacja nie jest tak szokująca jak dla widzów. Poza tym akcje w samym ośrodku są wyśmiewane przez bohaterów, co tworzy ironiczną, może wręcz pastiszową atmosferę.

Oczywiście istotny jest rozwój głównej bohaterki. Cameron przechodzi różne etapy akceptacji samej siebie, nawet przez moment zdaje się wierzyć, że popełnia grzech i powinna to w sobie zwalczać, na szczęście ostatecznie dochodząc do poprawnych wniosków, co jest zwieńczone symbolicznym wejściem w dorosłość. Sam proces jest dobrze pokazany, może momentami sytuacje są trochę przerysowane, co jednak pasuje do konwencji filmu.

A konwencja jest wyraźna i silna. Gatunkowo jest to trochę kino high-schoolowe, z młodymi, często jednowymiarowymi postaciami, z charakterystycznym światem w którym przyszło im funkcjonować. Zresztą historia została osadzona w latach 90-tych, co jest udanym retro-opakowaniem, przy okazji wzmagając szkolne wrażenie, mimo, że samej szkoły w filmie nie ma. Na szczęście historia jest znacznie lepsza niż zwykle w tego typu produkcjach.

Film jest absolutnie uroczy, głównie za sprawą samej Cameron i wcielającej się w nią aktorki – Chloë Grace Moretz. Jej niepewność, ale również prostota, logika w zachowaniu i wypowiadanych słowach, przy tym nieprzeciętna uroda, sprawiają, że obserwowanie jej na ekranie to czysta przyjemność. Dokładając do tego wszechobecne w filmie pragnienie wolności, pewne zagubienie i poszukiwanie, typowe dla filmów o dorastaniu, dostajemy bardzo estetyczny, ale jednocześnie wiążący emocjonalnie obraz.

„Reedukacja Cameron Post” to obraz o niezwykłym uroku, dzięki tytułowej postaci, ale też udanej stylizacji na lata 90-te i osadzeniu w estetyce filmów o amerykańskiej szkole średniej. Podkreślić należy również wybór ważnego tematu, który jednak nie przytłacza. Bardzo dobry film.

Film widziany na Festiwalu Transatlantyk w Łodzi transatlantyk.org

„Bez daty, bez podpisu” – recenzja

Moja dotychczasowa eksploracja kina irańskiego była dość powierzchowna. Jednak regularnie zdobywane przez irańskich reżyserów nagrody (również autor recenzowanego filmu Vahid Jalivand został już nagrodzony w Wenecji) i moje prywatne doświadczenie pozwalały wierzyć, że „Bez daty, bez podpisu” to dzieło warte uwagi. Czy rzeczywiście?

Na ekranie obserwujemy historię Doktora Narimana, sądowego patologa, który wracając wieczorem do domu potrąca motocykl, na którym przez ojca wieziony jest 8-letni Amir. Nariman załatwia sprawę polubownie – daje rodzinie pieniądze i poleca udać się do najbliższego szpitala. Następnego dnia znajduje Amira w kostnicy. Po sekcji zwłok chłopca stwierdzono zatrucie jadem kiełbasianym, spowodowane przyniesionym przez ojca zepsutym mięsem. Jednak Doktor ma wątpliwości, czy to nie on jest sprawcą śmierci.

W filmie Jalilvanda uderza przede wszystkim ogromny dramat rodziny Amira, w szczególności ojca, który bezpośrednio poczuwa się do odpowiedzialności za wydarzenia. Warto w tym miejscu również docenić doskonały występ aktora wcielającego się w tę rolę – Navida Mohammadzadeha – to zrobiło już Jury festiwalu w Wenecji. Smutek i desperacja Moosy są wręcz namacalne, co budzi u widza autentyczne współczucie.

Po drugiej stronie sytuacji znajdują się moralne rozterki doktora, w którym kiełkuje poczucie winy – jednak jak się wydaje nie z powodu samej śmierci chłopca, a raczej spowodowane niedopełnieniem przepisów, nie zachowaniem się odpowiednio, również mając wzgląd na wykonywaną przez siebie profesję. To niezwykłe, ale nie nierealne zjawisko – irracjonalne poczucie winy, rodzaj przeniesienia, mimo braku logicznych przesłanek. Nariman jakby chciał ponieść karę i mocno do tego dążył. Poczucie sprawiedliwości ceni wyżej niż swój komfort i poziom życia – a stawka jest przecież duża.

Świetnie w „Bez daty, bez podpisu” działa pewien dualizm, antagonizm dwóch bohaterów. Mają różne charaktery – Moosa jest porywczy, Nariman stonowany, kalkulujący, pochodzą z różnych środowisk, są w różnej sytuacji i w inny sposób dążą do jej rozwiązania. To co ich łączy to pragnienie zadośćuczynienia, poniesienia kary, co pozwoliłoby im choć w części odzyskać spokój.

To nie jest lekki film, łatwo przejąć się losami bohaterów. Emocje są silne, potęgowane przez bardzo gęstą atmosferę, powolne tempo, następstwo wydarzeń, przywodzące na myśl grecką tragedię. To intymna historia, zamieszanych jest w nią zaledwie paru bohaterów, a całość skupiona jest na jednej sytuacji i jej konsekwencjach. Swoje dokłada też osadzenie geograficzne – wszędzie obecny irański piasek, wypalenie krajobrazu powodują uczucie surowości, nieprzyjazności co idzie w parze z dramatyczną narracją.

Estetycznie – niewiele się w filmie dzieje. Statyczna kamera, długie kadry, nic specjalnego – ot europejska klasyka. Interesujące są natomiast ujęcia kręcone w samochodzie Narimana, których jest bardzo dużo – między innymi od takiego się zaczyna i na takim kończy się film. W pamięć zapada szczególnie scena rozgrywająca się we wstecznym lusterku, co daje ciekawy efekt skupienia wzroku na bardzo małym wycinku ekranu.

„Bez daty, bez podpisu” to dowód na to, że w kinie ogromnie ważna jest po prostu historia. Nie potrzeba technicznych fajerwerków, popisów aktorskich, dopracowania każdego kadru – z dobrą historią jesteś królem… no może księciem. Koronacja następuje, gdy pozostałe składniki masz na przyzwoitym poziomie, tak jak Vahid Jalilvand.

Film widziany na Festiwalu Transatlantyk w Łodzi transatlantyk.org

„Niepoczytalna” – recenzja

Dobrze widzicie: to jest tekst o amerykańskim filmie. Do tego autorstwa Stevena Soderbergha – człowieka o opinii wymiatacza kina akcji. Na szczęście „Niepoczytalna” nie jest standardowym produktem z Hollywood – nakręcona telefonem, zarówno wizualnie jak i narracyjnie mieszająca świat rzeczywisty z ułudą. Ciekawy to stworek doprawdy.

Sawyer Valentini dopiero co przeprowadziła się do nowego miejsca, znalazła pracę. Przed zmienieniem otoczenia miała pewne problemy ze zdrowiem psychicznym, wyszukuje więc pobliski szpital psychiatryczny i udaje się tam szukając porady. Na miejscu zostaje oszukana i wbrew woli zamknięta w zakładzie na 7 dni. Jak się następnie okazuje sytuację wykorzystuje prześladujący ją mężczyzna, który pod przykrywką dostaje w szpitalu pracę, albo tak tylko Sawyer się wydaje…

I to właśnie na tych niejasnościach opiera się film Soderbergha. Czy Sawyer wymyśliła sobie objawy, czy u psychologa mówi prawdę, w końcu czy to co widzimy na ekranie to świat rzeczywisty, czy produkt jej wyobraźni. Te dylematy są zresztą udanie utrzymywane nie zamieniając się w pytania retoryczne w pierwszej części filmu. Później wątpliwości jest mniej, ale w sumie to też wychodzi na dobre, bo zmiana następuje tuż przed tym (lub tuż po tym – w zależności od indywidualnej percepcji), gdy koncepcja staje się powtarzalna i męcząca.

Film zresztą zgrabnie dozuje napięcie, początkowo prezentując zdarzenia w atmosferze żartu, niewinnej pomyłki, która sama się wyjaśni, by potem wyraźnie sugerując, że bohaterka rzeczywiście ma poważne problemy psychiczne,  wysunąć na pierwszy plan realne zagrożenie, jednocześnie przyspieszając akcję i zagęszczając, zaostrzając narrację. Co prawda to końcowe tempo i częste zwroty akcji mają już bardzo hollywoodzki sznyt… ale w sumie na zdrowie, zezwalam, da się znieść.

Docenić należy również samą postać Sawyer Valentini i występ Claire Foy. Bezkompromisowa, zdecydowanie stawiająca na swoim. Zaradna, mająca problemy, ale ukrywająca je przed światem. Bohaterka wzbudza sympatię, jest zabawna, ale też „pozwala” widzowi na współczucie do siebie. W pamięci zapada szczególnie monolog w izolatce, przede wszystkim przez sposób jego wypowiadania, ale też „grę ciałem” (a przemycę sobie piłkarski termin), czyli to w jaki sposób bohaterka przechodzi z osaczenia do ataku, momentalnie przez ten kontrast sprawiająca wrażenie silnej i zdecydowanej, wręcz fizycznie silnej mimo niskiego przecież wzrostu.

Co do spraw technicznych – to chyba najgłośniejsza cecha filmu – „Niepoczytalna” została nakręcona telefonem. Dokładnie był to iPhone 7 Plus, nagranie zostało zarejestrowane w rozdzielczości 4k oraz zamiast domyślnej aplikacji aparatu użyto takiej pozwalającej na większą ingerencję w parametry nagrywanego obrazu. Nie jest to pomysł nowy, podobnie zrobiono w filmie „Mandarynka”, gdzie użyto wcześniejszego modelu telefonu tej samej marki. Ale jak to wyszło w filmie Soderbergha (który zresztą jest również autorem zdjęć)? Postęp w technologii jest widoczny na pierwszy rzut oka, bo tak jak „Mandarynka” wyglądała nieźle, to jednak praktycznie całość filmu była kręcona w pełnym kalifornijskim słońcu, natomiast „Niepoczytalna” wygląda co najmniej tak samo dobrze mimo zdecydowanie mniej sprzyjających kinematografii warunków – ciasnych pomieszczeń, światła sztucznego lub księżycowego. Widać co prawda, że nie jest to kamera doskonała, ale dość sprytnie imituje to jakby retro filtr, co dodaje obrazowi uroku i pasuje do historii.

Poza samą jakością obrazu, trzeba też zauważyć, że sposób kręcenia również służy narracji – częste są ekstremalne zbliżenia na twarz, obraz często jest rozedrgany. Warto zwrócić uwagę również na kolorystykę, często się zmieniającą, nienaturalną oraz na filtr optyczny tworzący efekt zakrzywienia linii prostych. Sprzyja to atmosferze szaleństwa, zagrożenia, jakby koszmaru sennego, co jest kluczowe dla odbioru filmu.

I taka właśnie jest „Niepoczytalna” – dobrze tworząca atmosferę, z ciekawą bohaterką, dynamiczną narracją, ciekawą, zaskakującą historią. Amerykański film akcji, ale taki który wszystko robi dobrze, używa nietypowych środków formalnych, a któremu bardzo służy pewna formalna skromność – dobre wykorzystanie narzuconych sobie ograniczeń technicznych. Podsumowując – duży plus.

Film widziany na Festiwalu Transatlantyk w Łodzi transatlantyk.org

Sezon drugi

Oficjalnie rozpoczynamy drugi sezon podcastu. Rozszerzamy tematykę, zmieniamy formułę.

Wszystkie odcinki opublikowane po tym wpisie są częścią drugiego sezonu, do odwołania

Lee Chang-Dong

Lee Chang-Dong, czy w zasadzie w układzie europejskim Chang-Dong Lee to reżyser koreański, w ostatnich czasach goszczący na festiwalach, autor zaledwie pięciu filmów. Pomimo tak niewielkiego dorobku, zachwyca widzów, w tym mnie.

Lee, urodzony w Daegu wychował się w rodzinie o zdeklarowanych lewicowych poglądach – jego ojciec był działaczem partii robotniczej, choć sam nigdy nie pracował. Wykształciło to w Lee głęboką niechęć do ojca i szczególne uwielbienie matki, co ma odbicie w wizji kobiet jaką ukazuje w swoich filmach. Nie jest jednym z tych artystów, którzy bronią się przed wypowiadaniem na tematy polityczne, można to zauważyć zarówno w jego drugim dziele – „Miętowym cukierku”, świadczy o tym także fakt, że przez krótki czas pełnił funkcję Ministra Kultury Korei. Lee nie ma wykształcenia stricte filmowego, choć praktycznie od zawsze zajmuje się opowiadaniem historii – był pisarzem. Krąży anegdota, iż ostatecznie zarzucił to zajęcie, gdyż zniszczeniu uległ komputer, na którym przechowywał już gotową powieść. Szlify zdobywał na planie u innego koreańskiego twórcy – Parka Kwang-Su, dla którego napisał dwa scenariusze. Ostatecznie do tworzenia filmów miała go przekonać podróż z wyżej wspomnianym reżyserem na festiwal filmowy w Europie, gdzie uświadomił sobie prostotę przekazu, którą można osiągnąć poprzez kino, imponowała mu również łatwość z jaką filmy są publikowane, a z czym miał problemy przy swoich powieściach.

A jakie jest kino Lee? Można powiedzieć, że przeszło (krótką) ewolucję, w 3 ostatnich filmach osiągając stabilny, bardzo wysoki poziom. Ale pierwsze dwa filmy – „Zielona rybka” i „Miętowy cukierek” również nie mają się czego wstydzić.

„Zielona rybka” to próba przeniesienia filmu gangsterskiego na grunt koreański. Lee pod lupę wziął koreańską mafię – Kkangpae. Film jest w stylu „nowoczesnego noir”, pełny schematów znanych z filmów zachodnich – główny bohater do mafii trafia kompletnie przypadkiem, szef jest groźnym lecz przyciągająco interesującym typem, z piękną dziewczyną, która oczywiście zakochuje się w głównym bohaterze. Współpracuje z organizacją przestępczą, bo chce ocalić rodzinny biznes. W każdym razie fabularnie nic specjalnego, ale Lee sprytnie wplata w historię tematy społeczne i trudności moralne z jakimi muszą się zmagać bohaterowie, pokazuje mechanizm przywiązywania się do organizacji, akceptowania i przyswajania jej zachowań jakkolwiek błędne i niewłaściwe by nie były. Można powiedzieć, że Lee swoim debiutem testował na ile publiczność i krytycy zaakceptują trudny temat i w jakim stopniu może odejść od kina rozrywkowego. Najwyraźniej uznał, że ma spory zapas.

„Miętowy cukierek” to historia innego kalibru. Reżyser chciał pokazać najnowszą historię Korei z perspektywy jednego człowieka, który akurat znajdował się w kluczowych momentach w centrum wydarzeń – gdy strzelano do studentów to główny bohater został powołany do wojska, gdy policja podejmowała nielegalne działania to główny bohater pracował w policji. Wszystko podszyte jest głębokimi emocjami, szczególnie podkreślanymi przez skomplikowaną relację bohaterów. Film jest zrealizowany w ciekawy sposób – w pierwszych scenach oglądamy próbę samobójczą, a reszta obrazu to retrospekcja sukcesywnie cofająca się w czasie do kluczowych wydarzeń. Zachowana jest odwrotna kolejność chronologiczna – godna zainteresowania metodyczność. Warto zauważyć również śmiałość z jaką reżyser rozlicza się z wciąż wtedy świeżymi wydarzeniami w kraju, podkreślając, że tragiczne zdarzenia nie były powodowane tylko ludzkim złem, ale były efektami stresu i pochopnych decyzji, a system władzy pochłaniał również młodych, naiwnych ludzi, którzy w sferze rządowej pracowali przypadkiem.

„Oazą” Lee Chang-Dong zdobył uznanie światowej publiczności – zrobił furorę na festiwalu w Wenecji. Z początkiem filmu główny bohater – Hong Jong-Du wychodzi z więzienia i od razu pakuje się w kłopoty, po kilku minutach orientujemy się, że jest niepełnosprawny intelektualnie. Wszystko co robi jest pochopne, jakby nie był w stanie przewidzieć żadnych konsekwencji. Do więzienia trafił na skutek spowodowania wypadku ze skutkiem śmiertelnym i jedną z pierwszych rzeczy, którą postanawia zrobić po odzyskaniu wolności jest odwiedzenie dzieci ofiary – mężczyzny w średnim wieku i jego siostry. Han Gong-Ju choruje na porażenie mózgowe – nie potrafi się samodzielnie poruszać, potrafi wypowiedzieć jedynie kilka słów, a i wtedy jest ledwo zrozumiała. Gdy Hong Jong-du nachodzi ją w jej mieszkaniu, nie ma złych zamiarów, zostawia jej nawet telefon do siebie, jednak gdy zbliża się do dziewczyny nie może się opanować i próbuje ją zgwałcić. Gong-Ju z przerażenia mdleje, a chłopak panikuje i ucieka. Dziewczyna jednak po paru dniach do niego dzwoni.

„Oaza” przez ten przerysowany przykład bardzo dobrze ukazuje emocje i relacje łączące ludzi. Mówi o potrzebie bycia kochanym i akceptowanym przez drugiego człowieka, potrzebie, która nie zanika wraz z niepełnosprawnością. Gong-ju chce się zadawać z Jong-du, bo jako jedyny okazał jej zainteresowanie – jej brat potrzebuje jej tylko po to, aby otrzymać zasiłek, a gdy akurat nie ma wizyty opieki społecznej to zamyka ją w mieszkaniu samą, płacąc sąsiadom za opiekę. Oni nie przykładają do obowiązków dużej wagi, praktycznie wpadając do kobiety tylko na kilka minut dziennie, bez konsekwencji bo przecież jest praktycznie niemową. Również Jong-du jest ofiarą – nie potrafi kontrolować swoich odruchów, co oczywiście nie stanowi o braku winy w przypadku popełniania przestępstw, jak się jednak okazuje rodzina wykorzystuje jego naiwność i obarcza go winami za czyny których się nie dopuścił.

Trzeci film Lee to w końcu piękna historia miłosna, ukazująca zarówno rodzące się uczucie, to jak się rozwijało, ale również tragiczny finał. I mimo, że jest to historia ze wszech miar dziwaczna – dwoje niepełnosprawnych ludzi, niezdolnych do życia w społeczeństwie, nie będących w stanie ze sobą rozmawiać, to pozostaje rozczulająca i budzi pozytywne emocje. Reżyser przy tym pokazuje,że wystarczy odrobina zainteresowania okazana innej osobie, której tego zainteresowania brakuje, by wywołać w niej bardzo silne przywiązanie. Próba gwałtu, która, trochę paradoksalnie, połączyła bohaterów była przy tym wydarzeniem jakby oczyszczającym. W sprawcy wywołała poczucie winy i chęć opieki nad ofiarą, a w ofierze była pewnego rodzaju gratyfikacją, uznaniem jej człowieczeństwa poprzez postawienie jej w roli obiektu seksualnego.

„Oaza” to również krytyka koreańskiego społeczeństwa i bezduszności systemu opieki społecznej, czy sądownictwa. Opiece społecznej zarzuca opieszałość w wykonywaniu obowiązków i co gorsze brak możliwości zapewnienia bezpośredniej opieki, przerzucając odpowiedzialność na rodziny, co nie zawsze daje pożądany efekt. Systemowi karnemu zarzuca przekupność, która w Korei jest w zasadzie akceptowana – nawet najcięższe zbrodnie mogą być zapomniane o ile ma się wystarczającą ilość pieniędzy i uda się doprowadzić do ugody. Ten sam wątek poruszany jest zresztą w „Poezji”

„Oaza” to film z rodzaju tych, o których bardzo trudno zapomnieć. Głównie za sprawą doskonałej historii, w której zadbano o najdrobniejsze szczegóły i która wywołuje ogromne emocje. Stało się to zresztą jakby znakiem firmowym Lee i można powiedzieć że film był momentem przełomowym dla artysty. Wydaje się, że zakończył fazę eksperymentów i odnalazł własny, unikalny styl, którego trzymał się w kolejnych dziełach.

Czwartym filmem Lee Chang-Donga jest „Sekretne światło”. Lee Shin-Ae po śmierci męża postanawia przeprowadzić się wraz z synem z Seulu do małego miasteczka Miryang (co oznacza właśnie sekretne światło). Jako była pianistka zarabia w roli nauczycielki gry na pianinie. Po miasteczku szybko rozchodzą się (nieprawdziwe) plotki o rzekomym majątku Shin-Ae, w skutek czego dochodzi do porwania jej syna. Jako że kobieta faktycznie nie ma pieniędzy, jej syn zostaje zabity. Oczywiście Shin-Ae wpada w uzasadnioną rozpacz, a pocieszenie odnajduje w chrześcijaństwie. Gorliwie się modląc, w końcu zdobywa się na wybaczenie zabójcy syna, co więcej postanawia poinformować o tym sprawcę. Podczas rozmowy okazuje się że zabójca również się nawrócił i prosił Boga o wybaczenie. W efekcie kobieta czuje się zdradzona przez Boga i religię, która mimo najwyższego poświęcenia które podjęła nie zapewniła jej ulgi czy pocieszenia.

„Sekretne światło” nie jest filmem antyreligijnym, ale sprawnie analizuje mechanizm przyjmowania religii i wykorzystywania jej do własnych celów. Shin-Ae skuszona obietnicą ukojenia, stawia wymagania wobec chrześcijaństwa, których ono nie potrafi spełnić. Wybaczając zabójcy chciała poczuć się lepsza, na wyższym poziomie moralnym. Interpretacja nie jest zresztą do końca zła – w końcu religia powinna pełnić również takie funkcje. Widać jednak, że zmiany jakich dokonała w sobie Shin-Ae są pozorne i płytkie – przecież gdyby naprawdę wybaczyła to nie miałaby problemu z brakiem poczucia winy zabójcy. Bohaterka nie jest za to piętnowana, choć pewnie przez chrześcijańskich fundamentalistów powinna być, w końcu w bestialski sposób, bez żadnego powodu zabito jej syna, czy naprawdę więc powinna dążyć do przebaczenia, a jeśli tak, to czy można ją winić, że nie zdołała tego uczynić.

Przy tym filmie warto również zwrócić uwagę na ukazanie przemocy u Lee. Jest jej dużo, ale nie jest w ogóle prezentowana na ekranie. Tragiczne wydarzenia pojawiają się w rozmowach bohaterów, widzimy działania do nich prowadzące, widzimy pośrednie skutki, ale nie widzimy samego aktu przemocy. To nawet wzmaga okrucieństwo tych zdarzeń, właśnie zwracając uwagę na reakcje bliskich. W końcu to nie sam akt zabójstwa jest zły (zabija się przecież również zwierzęta) ale fakt zakończenia życia ofiary i spustoszenie jakie takie działanie wywołuje w jej otoczeniu. To kwestia raczej filozoficzna – czy fizyczny przejaw działania odpowiada samemu działaniu? Lee udowadnia, że jest możliwe rozdzielenie tych dwóch składników, bez straty na sile przekazu.

Ten sam mechanizm zresztą reżyser zastosował w „Poezji”, która dla mnie jest najbliższym doskonałości dziełem Lee (a jest naprawdę blisko). Główną bohaterką jest Yang Mi-ja, starsza kobieta na co dzień opiekująca się wnukiem i dorabiająca sobie opieką nad chorym mężczyzną. Z wnukiem nie ma zbyt dobrego kontaktu, mimo ciągłych prób poprawy relacji z jej strony chłopak tylko ogląda telewizję i siedzi w swoim pokoju. Pewnego dnia dzwoni do niej ojciec jednego z kolegów wnuka z prośbą o spotkanie. Na miejscu okazuje się że grupa rodziców chce osiągnąć ugodę z matką dziewczynki, która popełniła samobójstwo po zbiorowym gwałcie dokonanym przez chłopców. Mi-Ja, co zrozumiałe, jest w szoku. Musi zmierzyć się z wieloma problemami – musi zdobyć pieniądze, które pozwolą na osiągnięcie ugody, ale przede wszystkim obwinia się o złe wychowanie nastolatka, co pogłębia wciąż ją pouczająca matka chłopca. Największym problemem pozostaje jednak zrozumienie i choćby częściowa akceptacja zdarzenia z którym przyszło jej się mierzyć. Kobieta, z potrzeby serca, zaczyna uczęszczać na zajęcia poezji.

„Poezja” to film bardzo uduchowiony. Jest oparty na motywie konfrontacji sfery sacrum i profanum, poezji i w tym wypadku wyjątkowo przygnębiającej i niewłaściwej rzeczywistości. A w środku tego wszystkiego jest umieszczona niewinna, po prostu dobra staruszka. W beztroski sposób przez matkę chłopca zostaje na nią zrzucona odpowiedzialność, z którą kobieta nie może sobie poradzić. Próbuje z całych sił zebrać pieniądze, choć nie powinna tego robić. Nie informuje o tym córki, częściowo z powodu urażonej dumy, częściowo z powodu głębokiego wstrząsu, który z pewnością ją dotknął.

Piąty obraz Lee to również piękny film pokazujący widzowi niezwykłą siłę sztuki na przykładzie poezji i to w jaki sposób nawet najbardziej żałosne życie może poprawić uwrażliwienie na piękno zwykłych rzeczy. Pokazuje również dużo ważniejszą funkcję poezji, która w tym kontekście okazuje się kluczowa – sztuka pozwala zastanowić się na jakich zasadach działa świat, co w tym świecie jest ważne. Ten aspekt jest podkreślany przez wrzucenie Mi-Ja do otoczenia, które sprawia, że to w czym uczestniczy nie wydaje się realne, mimo że co i rusz o tym przypomina.

Film opowiada również o problemach wychowawczych, jakich zwykle doświadcza się z dziećmi w wieku dojrzewania. Potęguje to różnica pokoleń i kompletne niezrozumienie chłopca, który nie chce dzielić się z problemami ze starszą kobietą. „Poezja” operuje również na płaszczyźnie czysto moralnej. W końcu co myśleć o rodzicach chcących przekupić matkę dziewczynki, która popełniła samobójstwo na skutek tak nieludzkiego czynu. Z drugiej strony to naturalne że chcą bronić swoich dzieci.

Ostatnie dzieło Lee to obraz łączący sprzeczności, ale w bardzo gładki, udany sposób. Film ogląda się z przyjemnością, doceniając kunszt z jakim została napisana ta historia. Zresztą doceniło to również jury festiwalu w Cannes przyznając Lee Złotą Palmę za scenariusz.

I chyba to właśnie scenariusze są tym co podnosi filmy Koreańczyka na tak wysoki poziom. Samo streszczenie filmów dostarcza emocji i pozostawia czytelnika, jak sądzę, w głębokiej konsternacji. Trudno się zresztą dziwić, w końcu Lee przed spróbowaniem sił w sztuce filmowej był wziętym pisarzem. Ale to w kinie te historie ożywają, dopełnione przez bardzo dobre wizualia i dobrą pracę aktorów (która również została doceniona – Moon So-Ri za rolę w „Oazie” dostała nagrodę na festiwalu w Wenecji). Lee dostarcza również mnóstwo symbolizmu poprzez ekran, co byłoby trudno osiągalne słowem pisanym.

Niestety, od premiery „Poezji” minęło już 6 lat i nie ma wieści na temat dalszych planów reżysera. Pozostaje mieć nadzieję że to nie koniec.

Szczerze polecam zapoznanie się z twórczością Lee, to gwarancja niepowtarzalnych wrażeń i silnych emocji. A najlepiej chyba zacząć od „Poezji”, filmu najczystszego w przekazie i zwyczajnie pięknego w swojej wymowie. Ostatnia scena filmu to już prawdziwa uczta pozostawiająca widza w głębokiej melancholii i zadumie na długie godziny po napisach końcowych.

Część biograficzna zainspirowana tekstem Jacka Ziemka zamieszczonym w katalogu 16. Letniej Akademii Filmowej. Zdjęcie reżysera pobrane ze strony asiapacificscreenacademy.com.

 

„Foxtrot” – Taniec wojenny

Ile razy już słyszałem zdziwione (wszyscy to wiedzą, ale każdy powie wiele razy) i pełne kpin głosy na temat przynależności Izraela do Europy, przy okazji wydarzeń sportowych czy Eurowizji (kwestia Australii zresztą jest poruszana jeszcze częściej, a kpina to praktycznie jedyne stanowisko). Dołożę cegiełkę do tego klasyfikacyjno-geograficznego chaosu i powiem, że kino izraelskie to kino europejskie, co udowadnia między innymi „Foxtrot” Samuela Maoza, opowiadający o…

Właściwie o reakcji Dafny i Michaela Feldmanów na przyniesioną przez anonimowego żołnierza wieść o śmierci ich syna- Jonathana. Jest później coś co można nazwać zwrotem akcji, szczegółów nie chcę jednak zdradzać, dominuje jednak właśnie spektrum żalu, smutku, gniewu i zrezygnowania wyrażane przez załamanych rodziców.

I to ta moc emocji, portretowanych z kronikarską dokładnością, ale też pewną chłodną obojętnością powoduje, że film ma bardzo silny wpływ na widza. Istotnym czynnikiem jest też względna powszechność straty i związanych z nią uczuć w życiu człowieka – powoduje to instynktowne utożsamienie się z rodziną, a przynajmniej wywołuje współczucie.

Głównym miejscem akcji jest dom Feldmanów i wydaje się, że nic w nim nie jest przypadkowe, bo wszystko służy wzmożeniu atmosfery w nim panującej, już i tak ciężkiej przez samą powagę sytuacji. Jest gorąco (jak to w tamtej części świata), ale nie odczuwamy tego bezpośrednio, bohaterowie starają się tą temperaturę kontrować zacieniając otoczenie, co współgra z panującymi emocjami. Uderzająca jest również cisza, jak się wydaje naturalna w takiej sytuacji, ale przydająca się narracyjnie, powodująca kontrast przy wybuchach gniewu Michaela.

„Foxtrot” absolutnie urzekł mnie dbałością o symetrię poszczególnych kadrów – każdy z nich to dzieło sztuki, przywodzące na myśl abstrakcję geometryczną. Linie tworzone przez meble, stoły, ściany są najczęściej proste, często powtarza się jakiś ustalony wzór. Przyjemnie się na to patrzy, z każdą sceną dostrzegając więcej tego typu szczegółów. Godne podziwu, a przy tym nienachalnie przemycone.

Ciekawy jest również aspekt militaryzacji izraelskiego społeczeństwa. Wszyscy wiedzą co oznacza przyjście żołnierzy do domu, orientują się w stopniach wojskowych, każdy ma jakieś wspomnienia z armią związane. Reżyser  trochę stara się pokazać, że służba wojskowa młodych ludzi jest nie do końca w porządku, szczególnie w drugiej części filmu… o której do tej pory nie mówiłem i nie zdradzę szczegółów, bo może to zepsuć odbiór. Powiem tylko, że wydaje się trochę niepotrzebna, ale ostatecznie powoduje, że zakończenie ma mocniejszy wydźwięk.

„Foxtrot” to dobry film, potrafiący zachwycić wizualnie, ale mający również silne osadzenie społeczne w intrygującym społeczeństwie. Emocjonalne, ale wyważone formalnie kino. Polecam.

„Made in Hong Kong” – Dekadentyzm i miasto

Kinematografia Hong Kongu była bardzo jasnym punktem ostatniego Festiwalu Pięć Smaków, co mogliście już wywnioskować z mojego podcastowego podsumowania (link). Potwierdza to również „Made in Hong Kong” Fruit Chana, którego wersja odrestaurowana miała swoją premierę na festiwalu… a w tym przypadku było przy tym trochę pracy – film został nakręcony na zebranych z różnych planów filmowych kawałkach taśmy, a nie na jednej czy kilku rolkach jak to się dzieje zwykle. Awangardowe podejście miało więc w końcu wpływ na przemysł filmowy – przynajmniej na jego przedstawicieli obsługujących skaner. Taśma taśmą, ale co właściwie się na niej znalazło?

Moon, uroczy młodzieniec, zajmuje się ściąganiem długów. Przechadza się po mieście i wywiera presję na ludziach dłużnych jego szefowi. Jedną z takich osób jest matka Ping – dziewczyny, w której Moon się zakochuje. Bohater ma kumpla Sylvestra, który, choć niepełnosprawny umysłowo, pomaga mu w interesach. Pewnego dnia znajdują list samobójczy młodej uczennicy, okazuje się, że Ping potrzebuje przeszczepu nerki, a na dodatek sam Moon wplątuje się w porachunki mafijne.

Fabuła pozornie dość skomplikowana, ale film ma właściwie prostą konstrukcję. W centrum wydarzeń jest zawsze główny bohater a wydarzenia zachowują chronologię. To jakby reportaż z życia młodocianego mieszkańca Hong Kongu przez kilka-, kilkanaście następujących po sobie dni. Na szczęście autor zadbał o odpowiednie atrakcje, przez co ani Moon, ani widz nie mogą się nudzić… zresztą chłopak przyznaje to osobiście – jest tu również narratorem.

Wydarzenia filmu, wraz z samą postacią tworzą bardzo silne wrażenie wędrówki, poszukiwania. Moon szuka dla siebie miejsca w świecie w którym funkcjonuje, szuka wolności, ale też miłości. To klasyczna opowieść o byciu młodym i młodzieńczym buncie, ale z większą niż klasycznie dawką refleksji i melancholii. Poza tym, co może najważniejsze, Moon szuka szczęścia – co on, skądinąd całkiem słusznie, pojmuje jako… spełnienie i życie w zgodzie ze swoją moralnością, czy może po prostu poczuciem słuszności czegoś. Oczywiście przy tym nie analizując przyczyn swoich przekonań. Tym samym dostajemy bardzo konkretne wskazanie istoty wartości w życiu, co samo w sobie jest rzadko spotykane.

„Made in Hong Kong” to również film o charakterze mocno dekadenckim. Moon zdaje sobie sprawę (może ze zmienną intensywnością), że jego czyny w ogólności nie dążą do żadnego celu. To czy on sam postąpi słusznie, nie zmieni niczego w jego świecie. Nie pełni żadnej funkcji społecznie potrzebnej, opuszcza go matka, jego dziewczyna – Ping nie może znaleźć ratunku, nawiedza go w wizjach samobójczyni – też opuszczona i samotna. Moon ma poczucie, że może robić to co chce, wybiera jednak walkę o swoje szczęście, z wewnętrznej potrzeby zrobienia czegoś znaczącego, choćby tylko z jego perspektywy. Związane z tym emocje dominują w tej sferze film wraz z poczuciem zrezygnowania głównego bohatera, gdy walka zdaje się być przegrywana. To właśnie te emocje zostają w widzu najdłużej.

Długo zostaje też jednak przed oczami świetna warstwa wizualna filmu – Hong Kong to miasto znane ze swojej industrialnej, uderzającej często w geometryczną abstrakcję urody. W dziele Fruit Chana również to specyficzne piękno można dostrzec – dominują klatki schodowe, korytarze, dachy. Na długo z pewnością zapamiętam również ujęcia z cmentarza na wzgórzach, który poza walorami estetycznymi pełni też ważną rolę fabularnie.

„Made in Hong Kong” to film bardzo dobry. Młodzieńczy, niewinny, wolnościowy duch przypomina wręcz wczesne filmy nowofalowe, ale twórca idzie dalej – przełamując to bardzo pesymistyczną, ostateczną refleksją, co wyróżnia obraz. Powiedziałbym, że uszlachetnia, ale właściwie jest chyba odwrotnie – odebrana zostaje pewna idealność, film zyskuje bardziej realny charakter. Na duży plus również doskonałe zdjęcia, które z pewnością dużo łatwiej docenić dziś, po technicznym odnowieniu. Warto zobaczyć.

„Borg vs. McEnroe” – Tenisowa rywalizacja

Filmy fabularne o sporcie, to zwykle przedsięwzięcia toporne, głupie, proste i nudne. Do głowy przychodzą mi raczej rzeczy piłkarskie, więc pomyślałem, że może jeśli chodzi o tenis będzie lepiej, w końcu z pewnością niejeden z radością przekonałby mnie o wyższości „białego sportu” nad prostackim kopaniem. Zanim jednak zostanę przekonany, pozwolę sobie ocenić materię filmową, którą w tym przypadku jest film o przydługim polskim tytule „Borg vs. McEnroe: Między odwagą a szaleństwem” w reżyserii Janusa Metza.

Björn Borg to legenda tenisa, a film pozwala nam go poznać, gdy był na samym szczycie. Jest rok 1980, zbliża się Wimbledon, Björn wygrał cztery poprzednie edycje tego prestiżowego turnieju i gdyby zwyciężył jeszcze raz, stałby się najbardziej utytułowanym zawodnikiem w historii. Łatwo nie będzie – Szwed jest bez formy, a na drodze stoi jeszcze inny wielki talent John McEnroe, który przy okazji, powierzchownie, jest jego charakterologicznym przeciwieństwem.

I właśnie… „Borg vs. McEnroe” w dużej mierze opiera się na antagonizmach dwóch głównych bohaterów. Jeden opanowany, drugi impulsywny, jeden z biednej rodziny, drugi przeciwnie, jeden wygrał już wszystko, drugi jeszcze nic. To momentami sprawia wrażenia bycia zbyt prostym, schematycznym. Tak jakby sami twórcy ulegli marketingowo- wizerunkowym kampaniom sprzed 40 lat, gdy dwaj tenisiści byli prezentowani jako kompletne przeciwieństwa. Może przesadzam zresztą – w końcu w drugiej części filmu widz jest usilnie przekonywany o tym, że Szwed i Amerykanin mają ze sobą jednak coś wspólnego… wbrew pozorom. Tylko, że dla mnie pozory zbyt nierealne i mające zbyt wątłe podstawy, by dało się w nie uwierzyć.

A co mają wspólnego? Mentalność zwycięzcy. Dzieło Janusa Metza mocno sugeruje, że obaj panowie właśnie dzięki tej cesze są tak dobrymi zawodnikami. Chcą wygrywać za wszelką cenę, co prowadzi ich do ciągłej pracy nad samym sobą. Z filmu można wysnuć wniosek, że istnieje uniwersalny wzór na zwycięzcę, czego przykładem jest zarówno Borg jak i McEnroe. To rzecz ciekawa, nie wiem na ile to przystaje do teorii psychologicznych, które pewnie istnieją, w końcu każdy słyszał o psychologii sportu, która swoją drogą w naturalny sposób jest najlepszym materiałem do filmowania, bo po prostu jedyną niewiadomą w historii sportowców. Całą resztę można zobaczyć w telewizji.

A jeśli chodzi o tenis. Dla tego filmu sceny tenisa, są jak dla romansu sceny seksu. Trochę w tym chaosu i pewnej ezoteryki, romantycznej wizji. To zrozumiałe, w końcu pokazywanie tenisa w formie podstawowej, bez skrótów i pewnej dynamizacji zastosowanych przez twórców, byłoby mało atrakcyjne. A tak mamy dość ciekawe zbitki scen odbijania piłki i reakcji zawodników plus pojawiającą się na ekranie informację o aktualnym wyniku meczu, dość nieliniowo i zaskakująco. Przyjemne i lekkostrawne, a przypomnę, że samo umieszczenie wspomnianych scen było nie do uniknięcia, więc należałoby pochwalić nawet samo to, że nie ma się ich dość.

A i jeszcze… muszę się do czegoś przyznać. Nie wiedziałem jak film się skończy, same nazwiska były mi ledwo znane. Oczywiście pozytywnie wpłynęło to na odbiór fabuły filmu, która jest niezła i dość zaskakująca. Na warsztat wzięto dobry temat, ale i pewne ubarwienia prawdziwych wydarzeń jak i dość szeroka charakterystyka bohaterów (zdecydowanie zresztą szersza w przypadku Borga, nic dziwnego, w końcu film autorów szwedzkich) powodują, że jest tu obecne pewne napięcie. To nie thriller naturalnie, ale chce się śledzić tę historię i jest się ciekawym zakończenia.

„Borg vs. McEnroe” to film skromny i skupiony na postaciach, co naturalnie jest plusem. Dołożyć do tego ciekawą fabułę, kontekst historyczny, trochę psychologii, dobrą realizację i otrzymujemy smaczne danie, nie tylko dla pasjonatów tenisa.

„Kobieta z lodu” – Mors też kobieta

Czeskie kino kojarzy się z komediami. Nie bez powodu – przecież klasyki czeskiej nowej fali to poniekąd był komedie, a w każdym razie było w nich dużo humoru, który często przykrywał treści całkiem poważne i uniwersalne. Podobna konstrukcja wydaje się być również cechą charakterystyczną współczesnej czeskiej kinematografii… a w każdym razie ten komediowy lukier jest ciągle obecny. „Kobieta z lodu” Bohdana Slamy z wierzchu też jest słodka, a w środku?

Fabularnie sprawa wygląda tak: Hana jest starszą panią, jej mąż nie żyje, ona mieszka sama w domu, do którego na uroczyste obiady co jakiś czas przyjeżdżają jej dwaj synowie wraz z rodzinami. Pewnego dnia w ramach opieki nad wnukiem – Ivankiem, podczas spaceru nad rzeką Hana wyławia morsa o imieniu Brona, spokojnie mors w tym kontekście oznacza pasjonata zimnych kąpieli. Z tego spotkania wywiązuje się romans, co skłania Hanę do przewartościowania swojego życia.

Romans starszych ludzi to rzecz rzadko filmowana i w naturalny sposób trochę rozczulająca i urocza. W „Kobiecie z lodu” choć parę razy dostrzeżemy kilka zwrotów w kierunku realizmu i przyziemnej strony takiego przedsięwzięcia, to jednak dominuje narracja zabawna, nakierowana na rozśmieszenie widza i wprowadzenia go w nastrój właśnie pewnego rozczulenia, wręcz może protekcjonalizmu dla nieporadności bohaterów w kontaktach międzyludzkich. Właściwie wychodzi to dobrze, jednak momentami nie sposób pozbyć się uczucia, że to trochę za proste, zbyt naiwne. Da się z tego śmiać, ale żarty są takie sobie, trochę sztuczne i oparte właśnie na wyżej wspomnianym schemacie.

Drugim wątkiem ważnym w obrazie Slamy jest konflikt pokoleń, szczególnie uwydatniany na rodzinnych obiadach organizowanych przez Hanę. Każde spotkanie wywołuje coraz dziwniejsze sytuacje, które z pewnością również mają spełniać funkcję komediową, ale tym razem jest trochę lepiej. Sytuacje są zbudowane w ciekawy, zaskakujący sposób, jest to śmieszne bez poczucia pójścia na łatwiznę. Szkoda, że to raczej mniejsza część obecnych w filmie żartów. Mam przy tym jednak problem z postaciami synów – Ivana i Petra – są trochę za bardzo nierealistyczni, obaj zbyt obsesyjni i psychopatyczni. Służy to jednak budowaniu komedii sytuacyjnej, więc można to wybaczyć.

Jest jeszcze kura Brony, która wprowadza do ciężkiego humoru trochę pozytywnego zamieszania. Znów to może niezbyt wysokich lotów, ale ostatecznie w sumie ożywcze i przyjemne. Zwierzątka zawsze się sprawdzają na wideo – tym razem to nie słodki kot a śmieszna kura.

Wizualnie wszystko jest ok. Dominują szare barwy charakterystyczne dla pory roku w której rozgrywa się akcja. Króluje realizm nawet skłaniający się w stronę naturalizmu, co akurat zaliczam na plus. Warto zauważyć że to nie do końca współgra z akcją filmu, ale w sumie tworzy to ciekawą mieszankę i stając się tą przysłowiową łyżką dziegciu, która tym razem działa na plus – sprawia że całość staje się mniej jednowymiarowa.

Podsumowując… niestety „Kobieta z lodu” to średniak, ale właściwie dość śmieszny, z całą pewnością spełniający więc funkcję rozrywkową. Nie należy się jednak spodziewać niczego pouczającego, uniwersalnego, do czego mogły nas przyzwyczaić osiągnięcia nowofalowe – to prosta komedia, nie siląca się na ukrycie czegoś ciekawszego, a właściwie może i trochę się siląca, lecz z marnym skutkiem.

„Gabriel i góra” – Cień wielkiej góry

Góry wysokie… wspaniały utwór tytułowy z pierwszego albumu Budki Suflera dość dobrze obrazuje pewien romantyzm związany ze zdobywaniem górskich szczytów. Choć Adam Sikorski pisząc „Cień wielkiej góry” przed oczami miał zapewne Tatry, Beskidy lub Bieszczady to niepowstrzymana chęć osiągania wysokości z użyciem siły własnych mięśni dopada ludzi wszystkich krajów i kultur – dopadła również Gabriela Buchmanna, bohatera filmu Felipe Barbosy „Gabriel i góra”.

Gabriel jest brazylijskim studentem, pilnym i ciekawym świata. Jak wielu studentów postanowił zrobić sobie tzw. gap year i wyjechać na rok do Afryki. Jak dowiadujemy się w pierwszych scenach, przygoda została zwieńczona śmiercią bohatera podczas, jak z kolei domyślamy się z tytułu, próby pokonania jednej z afrykańskich gór. Fabuła filmu to retrospekcja wydarzeń, które doprowadziły do tragedii – obserwujemy więc podróż przez kontynent afrykański z perspektywy Brazylijczyka, który za cel obrał sobie w swojej turystyce być jak najmniej turystyczny. Gabriel przywdziewa tradycyjny masajski strój i tradycyjne masajskie buty zrecyklingowane z opony i marszem (no dobra, nie tylko marszem) prze poprzez szereg afrykańskich krajów, zaliczając między innymi rekordowo szybkie wejście na szczyt Kilimandżaro.

Teraz uwaga: Gabriel to postać autentyczna, znajomy reżysera zresztą, która podczas swojej podróży spisała pamiętnik, później został znaleziony przy jego ciele. Felipe Barbosa następnie dotarł do ludzi opisanych w pamiętniku i to oni występują wraz z aktorem grającym Gabriela. Krótko mówiąc prawie wszystkie postacie występujące w filmie to ludzie, których prawdziwy Gabriel Buchmann spotkał na swojej drodze, często mieszkający w naprawdę niedostępnych miejscach. Godne podziwu – po pierwsze ogrom pracy reżysera, po drugie to że… nie zrobił z tego dokumentu, ten film to pełnej krwi fabuła, mająca jeszcze parę zalet poza tą formalną woltą.

Na przykład to, że jest to kino drogi w pełnym znaczeniu tego słowa. Jasne, trochę to narzucone przez sam temat, ale przy tym ogląda się to trochę jak film przygodowy. Sceneria zmienia się często z bohaterem w centrum wydarzeń, bohaterem, który jest wesoły, ale pod spodem melancholijny. Świat się zmienia, a człowiek w nim ciągle taki sam, podróżuje próbując wtopić się w otoczenie. Każdy film drogi to metafora życia, stwierdzenie nie odkrywcze, teraz jeszcze mniej, potwierdzone przez brazylijski obraz. Dotyka też samej podróży, ale w pewnym bardziej uniwersalnym sensie, jakby samej idei podróżowania, turystyki mentalnej. Gabriel jest przykładem wzoru psychicznego nastawienia do podróżowania, w którym ważniejsze od samego bycia w jakimś miejscu jest poznanie miejsca, jego kontekstu i kultury w nim rezydującej, zachowując przy tym otwartość mentalnego aparatu poznania. Przekaz solidny, ale zaserwowany dość subtelnie.

Bardzo dobrze wypada, możnaby wręcz powiedzieć że „robi” cały film, właśnie główny bohater. To nie jest jakaś tam wydmuszka. Gabriel jest inteligentny, ale cierpi na przerost ambicji, jest współczujący, wręcz może lewicowo wrażliwy, a przynajmniej sam tak uważa i udaje mu się do tego przekonać widza. Momentami wychodzi z niego jednak nieprzyzwoity egoizm. To postać skomplikowana moralnie i charakterologicznie o nie do końca jasnych motywacjach. Jest to więc bohater realistyczny, co mocno pomaga w odbiorze filmu. Z czasem zaczyna nam nawet zależeć na Gabrielu, co owocuje choćby bardzo mocnym wydźwiękiem finału.

Nie można też nie pochwalić warstwy wizualnej filmu. Gdyby pozbawić filmu całej fabuły otrzymalibyśmy naprawdę bardzo dobry obraz krajoznawczy. Zdjęcia są na wysokim poziomie, a i z kamerą odwiedzamy miejsca nader ciekawe i różnorodne. Dodatkowo poznajemy Afrykę trochę od strony tubylców, raczej te miejsca mniej turystyczne, a jak turystyczne to i tak z boku, poznając życie lokalnych przewodników.

Podsumowując… „Gabriel i góra” to film ciekawy zarówno ze względu na formę, ale i broniący się treścią – z jednej strony przygoda białego człowieka w Afryce, z drugiej ciekawie wykreowany bohater, refleksja nad życiem, naturą i człowieczeństwem. Polecam szczerze

„Ptaki śpiewają w Kigali” – Rwandyjska trauma

Tak szczerze, to jeśli chodzi o twórczość Joanny Kos-Krauze i Krzysztofa Krauze to mam braki – ominęło mnie w zasadzie wszystko, mimo że za każdym razem szeroko nagradzane i z pewnością bardzo dobre. I co z tego? No cóż, Ptaków śpiewających w Kigali udało mi się nie ominąć i okazał się to film na tyle dobry, że wywołał spore wyrzuty sumienia, że słynną parę reżyserów odkrywam dopiero teraz.

Rzecz opowiada o Annie Keller, z zawodu orintolożce prowadzącej badania nad zmniejszającą się populacją sępów w Rwandzie. Jest lato 1994 roku, do władzy w kraju dochodzi partia związana z plemieniem Hutu i postanawia zabić wszystkich przedstawicieli ludu Tutsi, temat powszechnie znany i co najmniej kilkukrotnie ekranizowany. Anna postanawia (niewątpliwie słusznie zresztą) stamtąd uciec. Udaje jej się przy tym do Polski przemycić córkę swoich rwandyjskich przyjaciół – Claudine. Po pewnych perturbacjach Anna pomaga Claudine również w Polsce – przyjmuje ją pod swój dach, pomaga znaleźć pracę. I wtedy właśnie dzieją się rzeczy dla filmu najważniejsze, kobiety starają się poradzić sobie z traumą i nawzajem się poznać.

 

I właśnie, to nie jest film o ludobójstwie… no, przynajmniej nie bezpośrednio. Tak naprawdę ważne tu jest to jak ludobójstwo dotknęło życia i może przede wszystkim psychiki Anny i Claudine. Ale jest w tym podglądaniu głównych bohaterek coś bardziej uniwersalnego – studium reakcji człowieka na traumę w ogóle, próba wejścia w psychikę osób podobnie poszkodowanych. A przy tym to zdaje się mieć sens – sytuacje są realistyczne, zachowania kobiet z początku niejasne, ale ostatecznie składają się w całość.

Konsekwencją przeniesienia zarówno akcji jak i ciężaru znaczeniowego filmu daleko poza tytułowe Kigali jest ciekawy status okrucieństwa związanego z wydarzeniami roku 1994. Sama świadomość tego co tam się stało skutkuje uczuciem pewnego rodzaju niezręczności, dziwności zarówno pomiędzy bohaterkami jak i pomiędzy filmem a widzem. Coś jakby, nie można było o tym mówić, ale przy tym trzeba się czasem do tego odnieść. Więc choć scen brutalnych raczej w Ptakach… nie ma, to samo widmo okrucieństwa wiszące nad Anną i Claudine i to jak jego wspomnienie na nie działa sprawia, że nabiera ono jakiejś półrealności.

Równie ważny wydaje się być dla autorów również aspekt poznawania się ludzi ze sobą, a za manekiny mające to uwidocznić znów posłużyły główne bohaterki. Sam proces jest przedstawiony ze szczegółami, może trochę przerysowany – w końcu sytuacja jest co najmniej niestandardowa, ale mimo to przedstawione sytuacje pozwalają się do siebie odnieść, zakładam, że wszystkim widzom – w końcu każdy kiedyś kogoś poznał. W każdym razie ciekawie się to obserwuje – dwie praktycznie obce sobie osoby są zmuszone do życia razem, a jedyne co je łączy to najgorsza rzecz jaką każda z nich przeżyła.

A przy okazji: w tej kwestii jak i w samej konstrukcji narracji, obraz małżeństwa reżyserów bardzo przypominał mi „Personę” Bergmana. Tak – tam pozornie chodziło o coś innego, ale nadal dwie kobiety zamknięte w niewielkim domu, początkowo sobie obce, muszą się wzajemnie poznać. To nie zarzut, wspominam bo film genialny, może komuś podsunę, kto nie widział.

W Ptakach… bardzo ważne jest też poczucie obcości, alienacja jaka bije… właściwie z całości dzieła. No bo tak, Claudine wyobcowana w Polsce, Anna wyobcowana bo nie pracuje, a przy tym w oczywisty sposób widać, że obie rzeczywiście do tego świata nie pasują – wszyscy pozostali ludzie w ich otoczeniu odnoszą się do nich z wyraźnym dystansem, kobiety niewiele mówią… no Anna trochę mówi, ale głównie do siebie i zwykle bez sensu.

I z dwójki głównych bohaterek to właśnie Anna zdaje się wybijać na pierwszy plan, to jej życie zdaje się być osią fabuły. Polka jest dokładniej charakteryzowana, gdy Claudine czasem sprawia wrażenie tylko obiektu mającego na nią oddziaływać (czasem w tym przypadku oznacza raz, może dwa razy, a i rzeczone wrażenie może nie występować u wszystkich :D). Anna to kobieta silna, niezależna, dojrzała, samotna, trochę zgorzkniała, choć z życia zadowolona, jej pasją jest nauka. Trochę to bohaterka przypominająca Isabelle Huppert w Co przynosi przyszłość?, ale zdecydowanie więcej w niej bólu i poczucia porażki. Postać dobrze skrojona, ale też dobrze uszyta, w czym udział niewątpliwie miała aktorka się w nią wcielająca – Jowita Budnik.

Godny zauważenia jest również styl estetyczny prezentowany przez „Ptaki śpiewające w Kigali”. W barwach dominuje szarość, pogoda jest zimowo-roztopowa, da się odnieść wrażenie pewnej wilgotności. To co jest natomiast w wizualiach oryginalne i absolutnie mnie urzeka to to jak wyglądają poszczególne kadry. Na większości z nich pierwszy plan jest przysłonięty przez niemające dla sceny znaczenia przedmioty – krzesło, stół, słup itp. I nie jest to osiągane mimochodem, co mogłoby wzmacniać panujący niepodzielnie w filmie realizm, nie – to efekt ewidentnie celowy, aż momentami irytujący, generalnie jednak ciekawy, pasujący do ogólnego wydźwięku filmu i ostatecznie robiący wrażenie. Doceniam również interesujące, abstrakcyjne przerywniki pojawiające się gdzieniegdzie, podbite rodzajem, hmm… ambientowej muzyki.

A właśnie – muzyki w filmie w zasadzie nie ma, poza tymi przerywnikami, a to też niekoniecznie.

Jest trochę wątków polityczno-obyczajowych – w końcu Claudine to uchodźczyni, trochę postkolonializmu w Rwandzie, ale to raczej marginalne kwestie, tak fabularnie jak w odbiorze.

Tyle. „Ptaki śpiewające w Kigali” to film bardzo dobry, głównie o ludzkiej psychice, reakcji na stres, mechanizmy poznawania drugiego człowieka. Na deser bardzo ciekawe zdjęcia, dobre aktorstwo i wyraziste tło historyczne. Warto zobaczyć.

„Butterfly Kisses” – Presja potrzeb

Najnowszy film Rafała Kapelińskiego, mimo zdobycia Kryształowego Niedźwiedzia w Berlinie (który jest przyznawany najlepszemu filmowi dotykającemu problemów młodzieży), pozostaje niepozorny. To film, który rzeczywiście jest o młodzieży, ale przy tym dotykający spraw dla wieku już niecharakterystycznych, odważnie wchodzący w temat niepopularny i na dodatek stawiający w jego ramach kontrowersyjne tezy. Konstrukcja ciekawa, ale czy stabilna?

Główny bohater „Butterfly Kisses” ma na imię Jake, 18 lat i dwóch kumpli: Kyle’a i Jarreda. Dominującym zajęciem chłopców są bezcelowe wędrówki po mieście, przeplatane wizytami w klubie bilardowym. Głównym tematem ich rozmów natomiast jest seks – Jarred chwali się osiągnięciami, Kyle się nimi nie chwali, a Jake ich nie ma – próżno w jego przeszłości szukać jakichkolwiek doświadczeń seksualnych, co w jego otoczeniu jest naturalnie powodem do drwin. Jake w ogóle sprawia wrażenie fajtlapy… jest niezdarny, mówi cicho, jest niezdecydowany – bije od niego brak pewności siebie. Szybko okazuje się, że jego seksualność jest bardziej skomplikowana niż Jarreda czy Kyle’a, ba, realizacja jego popędu nie dość że jest nielegalna, to jeszcze byłaby bardzo źle widziana.

Celowo nie zdradzam o jakiej dewiacji film opowiada, bo… właściwie nie o niej opowiada – wydźwięk jest na szczęście szerszy, bardziej uniwersalny. Obraz Kapelińskiego dotyczy w głównej mierze mechanizmów presji społecznej, szczególnie nasilonego w społeczności nastolatków. Jake bardzo mocno stara się zasymilować, neguje właściwą sobie orientację seksualną i zaczyna uganiać się za dziewczyną. Potrzeba akceptacji, przynależności do grupy jest jedną z kluczowych do funkcjonowania człowieka i bardzo udanie pokazuje to „Butterfly Kisses”. Przy tym ta gra o uznanie w grupie ma na tyle nietypowe i interesujące zasady, że film, przy zachowaniu odpowiedniego poziomu realizmu, śledzi się z zaciekawieniem. Mimo że większość filmów o nastolatkach traktuje poniekąd o akceptacji (łącznie, a może przede wszystkim, z amerykańskim kinem „highschoolowym”), to tu te schematy i mechanizmy nie są ewidentnie jawne, ukryte właśnie przez naturę samej sytuacji, ale też nietypowo… umiejscowione w społeczeństwie.

Rodzice głównych bohaterów, nie należą do ludzi majętnych – ojciec Kyle’a utrzymuje się z zasiłków, przeważnie jednak udaje mu się kupić tylko alkohol, Jake dodatkowo pracuje jako opiekun dzieci. Wszyscy trzej bohaterowie mieszkają w wysokich apartamentowcach, wokół których trudno byłoby znaleźć choćby kawałek zieleni. Dosłownie to zresztą w stu procentach niemożliwe, bo film jest czarno-biały, co jeszcze potęguje mrok – wynikający zarówno z fizycznego otoczenia bohaterów, ale także z charakterystyki samej osi fabularnej. Ciekawe wrażenie sprawia zresztą film zrealizowany w technice monochromatycznej z akcją osadzoną we współczesności.

Paradoksalnie, trochę w podtekście film wydaje się mówić o potrzebie tolerancji, w szczególności orientacji seksualnej drugiego człowieka. Dziwne, przecież Jake jest zmuszany do asymilacji, a gdy prawda wychodzi na jaw to jest szykanowany – tak, ale dobitnie widzimy, że bohater nie ma wpływu na to z jaką orientacją się urodził. Zdaje się więc, że tym samym przekaz filmu podkreśla, że jakiekolwiek kontakty seksualne za obopólną zgodą powinny być w pełni akceptowane społecznie, przeważnie zresztą są podbudowane relacją emocjonalną.

„Butterfly Kisses” to film niewielki – z ciekawą, ale skromną historią, rozgrywający się na niewielkiej przestrzeni, z małą liczbą bohaterów. Jednocześnie jednak bardzo gęsty – w relacje międzyludzkie, mechanizmy społeczne i te rządzące seksualnością człowieka. Nie jest to obraz zostawiający pod wrażeniem na długi czas, ale potrafi skłonić do pewnych wniosków i przemyśleń. Warto zobaczyć.

Miejskość #1

Miasto oczywiście bywa miejscem akcji wielu filmów. Często jednak, staje się wręcz jego bohaterem. Miasto to zresztą bardzo ciekawa struktura sama w sobie – duże skupiska ludzi, dodatkowo nierzadko istniejące przez setki lat, zachowując jakąś pokoleniową ciągłość i wytwarzając charakterystyczną tylko dla tego konkretnego miejsca atmosferę. Mam wrażenie, że mimo iż taki mechanizm zachodzi choćby we wspólnotach narodowych, to w nich te więzi, zwyczaje, krajobraz, są jakby mniej intensywne, słabsze. Czy filmom udaje się uchwycić tą tożsamość poszczególnych miast? A może niektóre dotykają miasta jako ogółu? Zacznijmy ten przegląd od…

Rzymu, sportretowanego w Wielkim Pięknie Paolo Sorrentino.

A co w tym poza samym miastem? Dziennikarz Jep Gambardella jest stary i z rozrzewnieniem wspomina czas, gdy był młody. Nie przeszkadza mu to wieść życia hulaszczego, korzystać z wszelkich atrakcji i dziwactw stolicy Włoch. W jego otoczeniu znajdują się prawie wyłącznie ludzie oryginalni – choćby redaktor naczelna jego dziennika to hippisowska karlica, a sytuacje, które go spotykają – cóż… Jep udaje się na przykład pod jeden z akweduktów, by zdać relację z performance’u lokalnej artystki, który polega na rozpędzeniu się i skoczeniu wprost na kamienny, pamiętający jeszcze starożytność filar konstrukcji rzeczonego zabytku. (niestety lekko głupawych żartów z sztuki współczesnej jest w filmie więcej, ale mniejsza o to). Pobrzmiewają w tym wszystkim echa Słodkiego życia Felliniego. Zresztą w twórczości Sorrentino to częste, dostrzec można choćby inspirację Osiem i pół w Młodości.

Jaki jest Rzym? Na pewno dla wielu odpowiedzią na to pytanie byłby pokaz zdjęć przy akompaniamencie opowieści turystycznych. I tego trochę w filmie Sorrentino jest – zobaczymy kilka znanych (mniej lub bardziej) zabytków, ale ten krajobraz (weduta? film włoski to i słownictwo włoskie) ma w wykonaniu Włocha dużo więcej szczegółów. Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że pełno jest w Rzymie… kamieni. Na zewnątrz wzrok przykuwają: po pierwsze spadki po starożytności, jak choćby wspomniany wcześniej akwedukt, ale również oczywiście budynki renesansowe i późniejsze. Wewnątrz natomiast – marmur, nie wszędzie i pewnie nie zawsze to rzeczywiście jest marmur, ale od czasu do czasu pojawia się jakby uczucie chłodu bijące od kamiennych posadzek, choćby w odwiedzanym nocą muzeum, potęgowane jeszcze przez przestrzeń i ciszę. Ale to w niektórych miejscach.

Bo w innych znowu… Jep praktycznie zawsze jest na jakiejś imprezie. A imprezy odbywają się w klubach. I tego też jest w Wielkim pięknie dużo. Jest głośno, tandetnie i chaotycznie. Ciekawostka – wszyscy mężczyźni, przez cały film, również w rzeczonych klubach ubrani są w szyte na miarę garnitury – godne podziwu, biorąc pod uwagę temperatury. Z drugiej strony, jak mówi jeden z bohaterów Włosi znani są z dwóch rzeczy – mody i pizzy.

Porą dnia uwydatniającą uroki stolicy Włoch jest w oczach Sorrentino albo właśnie noc, albo, hmm… schyłek dnia, ale jeszcze przed zachodem słońca, czas w kinematografii istotny, bo właśnie wtedy występuje szczególnie korzystne dla urody zdjęć światło, co jest skrzętnie w Wielkim pięknie wykorzystywane. W ogóle warstwa estetyczna w dziele Włocha jest bardzo istotna i szczególnie udana – czasem ma się wrażenie, że to po prostu naprawdę ładny obrazek, po którym przechadzają się ludzie.

Choćby Jep Gambardella, który po Rzymie porusza się wolno, to jest zarówno niespiesznie jak i nieograniczenie. Trochę do tego miasta nie pasuje, ale z drugiej strony, podkreśla i uzupełnia jego atmosferę. Jak sam mówi Rzym sprawia, że tracisz czas i jest w filmie jak i w samym mieście wyczuwalna nutka refleksji o sensie powszechnego dziś hedonizmu i właśnie kurczącego się bezustannie czasu.

A po Rzymie może… Los Angeles. Też ciepło i jest akcent włoski. Znacie Gorączkę Michaela Manna?

Jak nie znacie to krótko o co chodzi. Sprawa jest banalna. Mamy konfrontację – jeden gość napada na banki, drugi powstrzymuje napadających na banki. Obaj grani przez (dwóch różnych) aktorów włoskiego pochodzenia – tych najbardziej znanych, przynajmniej w dniu premiery filmu (1995). To jest amerykański film sensacyjny i w swoim gatunku się sprawdza. Dużo się dzieje, atmosfera jest gęsta, co przenosi się również na…

Obraz Los Angeles w Gorączce ukazany. Wydaje się, że w Mieście Aniołów łatwiej się żyje samochodom niż ludziom. Autostrady, drogi ekspresowe, estakady, zjazdy, system skrzyżowań powodujący zawroty głowy. Ludzie poruszający się pieszo wyglądają w tym jak intruzi. Dominuje widok betonu, w charakterystycznym szarym kolorze, podkreślonym jeszcze przez barwę ulicznych latarni, czasem też światło zachodzącego słońca.

Los Angeles w oczach MIchaela Manna to miasto nieprzyjazne. Obraz kontrastujący ze zwyczajowymi obrazami oceanicznych plaż, palm i gwiazd filmowych. Gorączka jakby w ogóle odziera krajobraz miejski z typowej dla niego urody, zostawiając nagą miejską tkankę, przy okazji jeszcze toczoną typowymi miejskimi chorobami, problemami hałasu, przestępczości, poczucia niebezpieczeństwa. Przy tym charakterystyczne jest to, że to co zwykle uznajemy za największą metropolitalną zaletę, tu jest najbardziej odrzucające – anonimowość, pozwalająca żyć w dowolnie wybrany przez siebie sposób, bez ocen otoczenia, tu przeradza się w niedostępny, odpychający industrializm.

Podobnie miasto widzi Emin Alper w Blokadzie.

O której zresztą już kiedyś pisałem. Miasto w filmie Turka to przedmieścia Stambułu. Może mniej w tym samochodów, a więcej wymuszonych tytułową blokadą wędrówek pieszych, ale knucia, gęstej atmosfery, półmroku, dominującej betonowości jest tu pod dostatkiem. Znowu mamy tu to przytłoczenie człowieka przez budynki, a właściwie może samą fizyczną strukturę miasta jako takiego. Trochę w tym dodatkowo estetyki tureckiej (dla niezorientowanych: coś pomiędzy powszechnie pojmowanym orientem, a standardem europejskim, czyli egzotycznie, ale bez przesady), co dodaje do tej mieszanki czegoś ciekawego. Czyli ponownie miasto nieprzyjazne, przypominające wręcz więzienie.

Okazuje się więc, że twórcy dostrzegają też w miastach ich wady i stawiają je na świecznik. Otrzmyany obraz od realizmu trochę co prawda odbiega, ale może ma to swoje źródło w lękach i obawach mieszkańców światowych metropolii. Pozbawione tożsamości, życia zbiory budynków połączone ulicami, wyzute z historii, pozbawione ludzkich uczuć i emocji. Może to wizja przyszłości?

Podobną stworzył już w 1965 roku Jean-Luc Godard w absolutnie świetnym Alphaville.

O i tu tytułowe, sterowane przez komputer futurystyczne miasto to rzeczywiście główny bohater tego obrazu. Pod przykrywką zrobienia reportażu z Terytoriów Zewnętrznych do Alphaville przyjeżdża Lemmy Caution, przy okazji niejako wprowadzając widza w specyfikę funkcjonowania miasta i jego mieszkańców. Gdy dodamy do tego specyficzną oprawę filmu noir z głośno wypowiadanymi myślami detektywa otrzymujemy coś niewątpliwie intrygującego, a przy okazji coś niejako stworzonego do rozważanego dziś tematu.

W warstwie fabularnej Alphaville to film wprost kontestujący kierunek w którym zmierza świat. Ustami bohaterów opowiadający się przeciw industrializacji, scientyfikacji, marginalizowaniu emocji, czego pochodną jest zanikanie sztuki. To film nowofalowy i wprost manifestujący postulaty i idee Nowej Fali, w nietypowym, mniej frywolnym, beztroskim, wolnościowym entourage’u. To film cięższy i bardziej wprost przekazujący założone treści. A przy okazji możecie posłuchać odcinka podcastu, w którym mówiłem między innymi o Alphaville (link, no tak szkalowaliśmy też tam Wesa Andersona…)

Wracając, samo miasto w filmie Francuza to twór dziwaczny, ale wciągający. Alphaville to miasto futurystyczne, ale nie zawsze i nie do końca. Chociażby bohaterowie odziani są w stylu lat 40-tych, co dopełnia wspomnianej atmosfery kina noir. Jednocześnie mamy sekwencję podróży pomiędzy strefami, które są zmontowanymi kolażami, obrazami neonów, dróg, estakad, zawsze w nocy. Zresztą cały film zdaje się rozgrywać w nocy, przy sztucznym świetle. Odczuwalna jest również klaustrofobia – niewielkie, ciemne pomieszczenia, migające żarówki – to wszystko może przytłaczać.

Alphaville to również miasto nieprzyjazne, mroczne, industrialne i niedostępne, ale w przeciwieństwie do poprzedników tą atmosferę budujące bardziej niedopowiedzeniem, bazując na wyobraźni widza. Oczywiście częściowo mogło to wynikać z niedoborów technicznych, ale z drugiej strony ta nowofalowa perełka nie miała z pewnością być efektownym science-fiction, a film moim zdaniem na tym jeszcze zyskał, bo ludzka wyobraźnia zawsze zadziała lepiej niż taśma filmowa. (uff, ale banał)

Efektownym science- fiction natomiast z pewnością miał być film innego Francuza Luca Bessona z roku 1997 – Piąty element

Znane to dość, no ale… przedwieczne zło chce zniszczyć ludzkość, żeby je powstrzymać trzeba połączyć 4 kamienie z piątym elementem – dziewczyną o imieniu Leeloo. Akcja osadzona jest w przyszłości oddalonej o kilkaset lat. Ten film… sam nie wiem, coś w nim jest przyciągającego. Na pewno dużo w tym mojego sentymentu z dzieciństwa, ale jakoś mi się podoba.

A miasto? Zapada w pamięć futurystyczny Nowy Jork, a obrazem najbardziej dlań charakterystycznym są latające samochody, na czele z żółtą taksówką Korbena Dallasa – głównego bohatera granego przez Bruce’a Willisa. To świat trochę bardziej… plastikowy i banalny niż ten przedstawiony choćby w Alphaville. Powiedziałbym, że to estetyka typowa dla lat 90-tych, gdy kasowy przemysł filmowy zachłysnął się bardzo niedoskonałymi wówczas jeszcze efektami komputerowymi, ale ostatecznie da się odnaleźć w tych obrazach pewien naiwny urok.

Nowy Jork w Piątym elemencie zdaje się jednak być dużo bardziej przyjazny i dostępny, mimo wszechogarniającego zgiełku i chaosu. Ulice miasta przypominają wielopoziomową, autostradę, cudem tylko funkcjonującą bezwypadkowo To chyba kwestia użytych barw i efektów wizualnych. Charakterystyczny jest efekt mgły, przesadzone zupełnie rozmywania się widzianego świata wraz ze zwiększającą się odległością. Kolory są szare, ale gdzieniegdzie z jaskrawymi akcentami, co stanowi jakby zaczątek przyjemnego dla oka jarmarku (no dobra, bez przesady, ale patrzy się mimo wszystko przyjemnie).

Czyli również przyszłość, ale widziana w jaśniejszych barwach – dosłownie i w przenośni. Nadal miasto to niedostępna dżungla, w której łatwo zginąć, ale to z Piątego elementu jest dość zachęcające, trochę jak reklamy płatków śniadaniowych w telewizji.

Dobra, wracamy do rzeczywistości i teraźniejszości: Paryż 05:59 Oliviera Ducastela i Jaquesa Martineau

Kolejny film francuski, być może to nie przypadek i to właśnie Francuzi to specjaliści od miast. Paryż 05:59 jest gejowski romans, ale całkiem niezły. Zresztą filmom queerowym wybranie takiego gatunku uchodzi na sucho i są ku temu powody – to segment kinematografii, który z miłości uczynił swój główny temat (nic dziwnego) i w zgrabny sposób odkrywa na nowo idee i emocje związane z miłością przez to, że stawia to uczucie w innym kontekście, jednocześnie je uniwersalizując. W skrócie: dobry romans to taki który nie jest banalny, a romans gejowski jest zawsze mniej banalny niż heteroseksualny. Mówiłem o tym również w podcaście (link). No ale poza wszystkim otrzymaliśmy również bardzo ciekawy obraz miasta – oczywiście Paryża, o konkretnej porze dnia…

nad ranem, gdy część ludzi, udaje się do pracy, jeszcze zaspani, nie w pełni świadomości, jadąc pierwszym metrem Inni udają się dopiero do domów po imprezie, do tych zresztą należy zaliczyć głównych bohaterów. Panowie poruszają się po Paryżu niespiesznym krokiem, często obierając okrężną drogę. Zahaczają choćby o nocną budkę z kebabem, gdzie sprzedawca opowiada im o historii swojego przyjazdu do Francji. Miasto rzeczywiście ma o takiej porze niezwykłą atmosferę, która również stanowi o jego charakterze. Piszę o tym trochę więcej w recenzji (link).

I wygląda na to że to koniec części pierwszej. Z pewnością filmów miejskich jest na świecie jeszcze dużo, sam mam jeszcze kilka w zanadrzu, ale przy pisaniu części drugiej (i myślę że kolejnych) proszę Was o pomoc. Jeśli macie jakieś propozycje filmów, które do takiego zestawienia by pasowały, to dajcie znać w komentarzu, tu czy na Faceooku, na pewno się nimi zainspiruję.

„Powidoki”

„Powidoki” to film ważny przynajmniej z kilku powodów. Po pierwsze to ostatnie dzieło Andrzeja Wajdy – reżysera, którego nie trzeba przedstawiać zarówno publiczności polskiej jak i kinomanom z całego świata. Po drugie traktuje o Władysławie Strzemińskim, malarzu, ale przede wszystkim wielkim teoretyku sztuki, postaci nieznanej szerokiej publiczności, a szkoda, bo mogłaby zainspirować każdego artystę tak jak z pewnością inspirowała reżysera, z wykształcenia będącego przecież właśnie malarzem. Wreszcie jest to film niezwykle ważny dla Łodzian, cementując tożsamość Łodzi filmowej, szczególnie w ostatnich latach, ponownie święcącej triumfy, zarówno poprzez huczną premierę zorganizowaną właśnie w Łodzi, jak i miejsce akcji samej produkcji – pięknie wyróżniające łódzkie kamienice i pałace. Przede wszystkim jednak łódzkiego charakteru nadaje filmowi sama postać głównego bohatera, immanentnie wrośniętego w tożsamość miasta, twórcy najstarszego (do dziś, nawiasem mówiąc, działającego) muzeum sztuki nowoczesnej w Europie, artysty, pioniera awangardy, z Łodzią kojarzonej. No widzicie, nawet ja popadłem w patetyczne tony… czy film dorasta do pokładanych w nim oczekiwań? Poważnej nagrody to bym chyba „Powidokom” nie dał, ale przeciwwskazań do Oscara nie widzę. Zacznijmy jednak od początku…

„Powidoki” rez. Andrzej Wajda
Zdjecia: Pawel Edelman
fotosy: Anna Wloch
www.annawloch.com
anna@annawloch.com

Władysław Strzemiński w przedwojennym świecie awangardy miał niepodważalny status. W momencie rozpoczęcia filmu jest wykładowcą w szkole sztuk plastycznych. Studenci go uwielbiają, jednak po kilku incydentach, które zostały odczytane jako afront przeciw władzy komunistycznej, zostaje zwolniony z pracy. W dalszej części obserwujemy zarówno walkę głównego bohatera o byt, jak i próbę utrwalenia jego dzieła życia.

„Powidoki” to film o wydźwięku społecznym, pozornie może politycznym, ale właściwie uderzający w struny bardziej uniwersalne. Osią przekazu jest tu konfrontacja władzy, w szczególności totalitarnej ze sztuką. Jednak przez wzięcie na warsztat właśnie Strzemińskiego osiągany jest efekt dość jaskrawy. Malarstwo, czy teoria głównego bohatera zupełnie od treści uciekała, nie mogła więc kontestować właściwie idei komunistycznych. Przez takie zaaranżowanie sytuacji główny bohater urasta w oczach widza do roli męczennika w walce z systemem, co samo w sobie może wydawać się trochę zbyt banalne i przesadzone.

„Powidoki” rez. Andrzej Wajda
Zdjecia: Pawel Edelman
fotosy: Anna Wloch
www.annawloch.com
anna@annawloch.com

Na szczęście sama postać nie jest aż tak płaska. Docenić należy udane kreacje, przede wszystkim Bogusława Lindy, ale również Bronisławy Zamachowskiej, grającej Nikę Strzemińską – córkę artysty. Ich trudna, skomplikowana relacja sprawia, że współczujemy malarzowi. Strzemiński jest pokazany jako człowiek, który w zasadzie zrezygnował z rodziny, w pełni poświęcając się sztuce, co z kolei odbierają mu władze. Główny bohater „Powidoków” to człowiek przegrany, doprowadzony do upadku przez własne decyzje.

Andrzej Wajda starał się na taśmie filmowej zawrzeć wydarzenia, czy może przede wszystkim czas, istotny dla historii, tożsamości Polski. Najnowszy film wstrzela się właściwie w okres wcześniej przez niego nie zobrazowany. Zwykle dostrzegaliśmy w dziełach Wajdy głęboki portret społeczny, nie inaczej jest i tym razem. Otrzymujemy gładko, w nienachalny sposób poprowadzony przekrój przez społeczeństwo, od pijanych robotników, przez zindoktrynowanych nauczycieli, przelewających ideologię na podopiecznych, po chroniących się na partyjnych posadach urzędników związanych z poprzednim systemem. Te wątki są poprowadzone w bardzo hmm… oldschoolowy sposób, typowy dla reżysera. Film jednak wydaje się mieć dwa oblicza, jednym jest właśnie ten krajobraz społeczno-polityczny…

A drugim jest wycinek z życia Strzemińskiego, pokazany w bardzo kameralny, intymny sposób. Te fragmenty pozwalają poczuć emocje targające osobami w otoczeniu malarza, ale przede wszystkim jednak nim samym – „Powidoki” to właściwie monodram, główny bohater pojawia się praktycznie w każdej scenie filmu, co wbrew pozorom jest nawet odświeżające, otrzymujemy przez to bardzo subiektywny obraz rzeczywistości, uwaga zostaje skierowana jednak na samą postać, człowieka, co jest zresztą sprytnym sposobem na połączenie dwóch wspomnianych wcześniej oblicz. Zarówno kontekst historyczny jak i postać malarza są zarysowane mocno, ale zostaje zachowany między nimi balans.

Większość akcji filmu odbywa się w zaledwie kilku wnętrzach, przez co pogłębiony jest ten osobisty charakter przedstawianej historii. Od czasu do czasu jednak „wychodzimy” na zewnątrz i wtedy nie sposób nie dostrzec ogromnej pracy jaką wykonali scenografowie i autorzy zdjęć. „Powidoki” wyglądają bardzo dobrze, co mnie jako Łodzianina bardzo cieszy, jako że za plany posłużyły łódzkie plenery.

Wydaje mi się, że „Powidoki” w większości spełniają pokładane w nich oczekiwania. To dobre, klasyczne kino, o wyraźnym temacie przewodnim, co nie jest dziś standardem. Polecam.

 

„Constans”

Każdy z nas ma listę filmów, które chce zobaczyć – listę, pozostającą dręczącym wyrzutem sumienia. U mnie to twór trochę ezoteryczny, właściwie nigdy nie spisana, o nieznanych rozmiarach, w dodatku nieustannie się poszerzająca o nowości lub tytuły powiązane z tymi już na niej widniejącymi. Tym razem, na warsztat wziąłem „Constans” Krzysztofa Zanussiego, który na mojej „liście” widnieje już od dość długiego czasu.

Witek, syn słynnego alpinisty, a sam instruktor tego sportu to człowiek zakochany w górach. Poznajemy go w momencie, gdy kończy technikum, znajomi ojca załatwiają mu pracę w Warszawie, w przedsiębiorstwie zajmującym się organizowaniem wystaw promujących Rzeczpospolitą Ludową zagranicą. Witek szybko orientuje się, że jego współpracownicy i przełożeni nie są uczciwi, a na dodatek spotyka się z korupcją w szpitalu, dokąd trafia jego umierająca matka…

Witek to człowiek idealistycznie uczciwy, przez co sprawia wrażenie niewinnego, a przy tym zagubionego i naiwnego. To co filmowi Zanussiego wychodzi najlepiej to ciągła konfrontacja głównego bohatera z otaczającym go światem. Chłopak jest rzucany w kolejne sytuacje dostając od losu raz po raz „w twarz”. Oczywiście Witek nie jest temu obojętny – jego zachowanie się zmienia, ale nie w sposób prosty, banalny – nie staje się zły dostosowując się do otoczenia, jak można by się spodziewać. Ten proces obserwuje się z naprawdę dużą przyjemnością, a docenić należy, jak sądzę, przede wszystkim literacki kunszt autora, który w scenariuszu potrafił zawrzeć charakterystykę psychologiczną, godną tylko doskonałych obserwatorów ludzkiej natury.

Reżyser nie jest na bakier też z naturą w sensie bardziej… naturalnym. Co jakiś czas na ekranie pojawiają się zdjęcia gór wykonywane z pokładu samolotu. Te momenty pełnią funkcję jakby wytchnienia, a dla samego Witka to ucieczka od świata go otaczającego do rodzaju absolutu. Motyw może się podobać, ma sens fabularny, jak i konceptualny, na dodatek jest świetnie dookreślony znakomitą muzyką Wojciecha Kilara.

Interesujący jest też obecny w filmie koncept przypadku jako absolutu. Wydaje się, że Witek traktuje losowość jak religię. Boleśnie się jednak parzy, gdy spotyka kapłana tego przedziwnego kultu – matematyka na uniwersytecie, na który uczęszcza jako wolny słuchacz. Pomysł fabularnie ciekawy, choć trochę odrealniający.

„Constans” to z całą pewnością również kino społeczne, starające się sportretować stan społeczeństwa w konkretnym czasie i miejscu: PRL-u przełomu lat 70-tych i 80-tych. Portret jest interesujący, ale jednak niezbyt szczegółowy, film zyskuje dużo interpretowany w kontekście psychologii czy metafizyki.

A o co właściwie potencjalnie powiększyła się moja lista? Oczywiście o filmy Zanussiego. „Constans” to film naprawdę bardzo dobry, nie pozostawiający obojętnych miłośników kina psychologicznego.

 

„Chevalier”

Czasem wydaje się, że pewne filmy cię unikają. Mimo wielu okazji i ciągłej chęci zobaczenia danego obrazu ostatecznie nie udaje się i i tak cię omija. Myślałem, że tak skończy grecki „Chevalier” Athiny Rachel Tsangari. Ostatnią deską ratunku na szczęście okazał się Festiwal Kamera Akcja za co w tym miejscu dziękuję. A czym kusi film Greczynki?

Historia jest prosta – kilku mężczyzn wybrało się w rejs jachtem po morzu śródziemnym. W dzień nurkują, wieczorem starają się zabawić oddając się wymyślanym naprędce grom. Pewnego dnia dochodzą do formuły gry ostatecznej – „Najlepszy we wszystko”. Zasady są proste: za każde działanie, stan umiejętności czy fizjonomii osobnika przyznawane są punkty w ustalonej skali. I tak na przykład ocenie zostają poddane głośność chrapania, to czy ktoś pali, czy (oczywiście) rozmiar członka. Nagrodą w tym niezwykłym konkursie jest sygnet najstarszego z panów, nazywany „Chevalier”.

chevalier1

Rzadko można w tak jednoznaczny sposób bezpośrednio odpowiedzieć na pytanie o czym jest dany film. Tu sprawa jest prosta gdyż reżyserka na warsztat wzięła konkretny zestaw cech przypadający pewnej grupie społecznej. „Chevalier” to film o męskości, ale nie tej opiewanej w pieśniach, wręcz przeciwnie, w szczególny sposób dotykany jest tu problem typowego dla mężczyzn dążenia do rywalizacji i potrzeby, pragnienia władzy. Te cechy zostają sportretowane w sposób bardzo sprytny, pod pretekstem gry, która choć idiotyczna, to jak najbardziej realna. Panowie zapominają o otaczającym ich świecie, poświęcając się w pełni zabawie, a poziom determinacji w dążeniu do wygranej jest w pewnym sensie godny podziwu.

chevalier2

Przez indukcję jednak autorka prowokuje dyskusję o ogóle zestawów cech płci kulturowych, sensowności ich utrzymywania oraz chyba przede wszystkim naturalności ich powstawania, „przyrodzoności”. Nic dobrego nie wynika z działań bohaterów dramatu Tsangari, może więc warto by powstrzymywać w sobie cechy, które nie prowadzą do niczego pozytywnego, a często w ogóle są utrzymywane wyłącznie w imię męskości, czy kobiecości. Nikt nic z tego nie uzyska, co zdaje się mówić Greczynka. Symptomatyczne jest zresztą, że film o wydźwięku tak krytycznym wobec męskości zrealizowała kobieta.

Wiadomo jednak, że tak nieskomplikowany koncept jak jakaś gra na pełną historię nie wystarczy. „Chevaliera” ciągną postaci, kilku mężczyzn powiązanych ze sobą dziwnymi relacjami. Są sceny zazdrości, jest męska duma, jest też trochę komedii, która pozwala widzowi tak jak bohaterom filmu oderwać się na chwilę od „Najlepszy we wszystko” i ulżyć trochę stresu.

chevalier-4

Mimo to obraz Tsangari wciąż sprawia wrażenie jednak trochę „niedociągniętego”. Brakuje w tym trochę jakby gęstości. Wydarzeń nie jest dużo, a postaci powstałych luk nie są w stanie wypełnić swoim charakterem. Niedużo brakuje… ale brak jest odczuwalny.

„Chevalier” to niezły film, spokojnie można go polecić widzom spragnionym rozważań natury społecznej, jednak wymaga pewnej odporności na nudę, umiejętności którą polecam nabyć. 🙂

 

 

 

 

 

„Ostatnia rodzina”

O debiucie Jana P. Matuszyńskiego słyszał chyba każdy, na długo przed właściwą premierą. Historia rodziny Beksińskich, to właściwie gotowy materiał na film, który nie wymaga sztucznego wzbogacania. Lecz nawet najszlachetniejszy marmur można obrócić wniwecz ręką niezdolnego rzeźbiarza. Tak się w tym przypadku na szczęście nie stało, o czym oprócz skromnego zdania autora tej recenzji świadczą również nagrody w Locarno i Gdyni.

Film rozpoczyna się od fragmentu rozmowy Zdzisława Beksińskiego z wieloletnim mecenasem artysty Piotrem Dmochowskim. Malarz opowiada o swoich najnowszych fascynacjach i zainteresowaniu technologią. Dość szybko jednak przenosimy się z roku 2005 aż do 1977, gdy syn Zdzisława i Zofii – Tomasz wyprowadza się z mieszkania do… innego mieszkania w bloku oddalonym o kilkaset metrów od dotychczasowego domu, w związku z czym rodzina pozostaje w bardzo bliskich kontaktach. Obraz Matuszyńskiego jest podzielony na pewnego rodzaju epizody, dziejące się w różnych latach, o czym widz jest informowany datą pojawiającą się na ekranie, z których ostatnim jest moment śmierci malarza. Pozwala to więc rzeczywiście obserwować historię tej jednej rodziny od przełomowego dla niej niewątpliwie wydarzenia, aż do jej ostatecznego końca.

or4

Siłą napędową tak fabuły jak i artystycznego wyrazu „Ostatniej rodziny” są postacie, zarówno te rzeczywiste, ludzkie – pierwowzory, jak i same ich odzwierciedlenia w filmie. Na pierwszy plan wybijają się w szczególności dwie, co nie powinno być zaskakujące: Zdzisław i Tomek. Pewna aura tajemniczości, wręcz pewien mistycyzm od dawna był związany z rodziną Beksińskich. Reżyser trochę ich postacie odczarowuje ukazując ojca i syna w sytuacjach codziennych. Jednocześnie udaje mu się przez to zbudować pewne podwaliny do przyczyn takiego a nie innego zachowania, w szczególności Tomka, który jak się wydaje częściowo uginał się pod wpływem wyjątkowo silnej osobowości ojca. Niezwykle ciekawa lecz pozostającą na uboczu postacią jest Zofia – żona Zdzisława a matka Tomka. Choć wydaje się, że nie ma dużego znaczenia i daje się zdominować najbliższym jej mężczyznom, to jednocześnie sprawia wrażenie najważniejszego ich uzupełnienia. Interpretacji działań, zachowań postaci i kierujących nimi motywów może być wiele i warto pochwalić to, że film dostarcza materiału dla wszelkich pasjonatów ludzkiej psychiki czy osobowości.

A takich osób w Polsce jest wiele, co można wywnioskować z wyników sprzedaży książkowych biografii. Nie jest to absolutnie oskarżenie, poniekąd wszystkie historie są o ludziach, ale z różnych powodów to te prawdziwe zyskują większe uznanie publiczności. Powody leżą raczej głębiej w ludzkiej naturze, ale skończmy na banale – życie pisze najlepsze scenariusze. Myślę, że podobny mechanizm decyduje o popularności „Ostatniej rodziny”, podkreślę jednak że od ogółu się nie odcinam i mi również film się podobał, a to że jest dobrze przyjmowany przez publikę nie ma związku z jego jakością.

or3

Poza zaletami wynikającymi z samej treści, pochwalić należy również choćby sprawną, ciekawą narrację. Początkowo dziwne sytuacje w domach bohaterów wydają się widzom zabawne, z czasem jednak ich nagromadzenie zaczyna być niepokojące. Powoduje to zwiększone wrażenie głębi fabularnej i nie pozwala się nudzić.

Dobrze wypada też strona wizualna filmu – scenografia i kostiumy. Tak naprawdę przez przytłaczającą większość czasu oglądamy wnętrze dwóch mieszkań, których wystrój przez kilkadziesiąt lat na dobrą sprawę nie ulega zmianie. Dominują szare, jakby wyblakłe barwy, co pogłębia depresyjną atmosferę obrazu Matuszyńskiego. Choć czasem się wydaje, że trudno osiągnąć inny efekt kręcąc film na blokowisku, to tu z pewnością było to w pełni zamierzone.

Często słyszy się też o aktorskiej nadinterpretacji Dawida Ogrodnika i rzeczywiście jego kreacja jest bardzo wyrazista, ale sam nie uznałbym jej za przesadną. Bezsprzecznie doskonały występ zaliczył za to Andrzej Seweryn, do czego i ja się przychylam.

or6

Świetna jest też ścieżka dźwiękowa, złożona przede wszystkim z utworów znanych polskiej publiczności między innymi dzięki wysiłkom Tomasza Beksińskiego. Można usłyszeć między innymi Moody Blues, Budgie czy Yazoo, więc z pewnością ci, którym te zespoły są znane potwierdzą, że nawet dla niezaznajomionych ich słuchanie to przyjemność.

Wydaje się, że w świadomości społecznej, to raczej Tomek zapisał się mocniej. Choć w przeciwieństwie do ojca, kultury jako takiej nie tworzył, to był znanym propagatorem jej popularnej odnogi. Film jest pomiędzy te dwie postaci podzielony w zasadzie po równo, co może powodować niezadowolenie wśród fanów tylko jednego z Beksińskich.

Film z całą stanowczością mogę polecić. Zadowoli zarówno kinomanów, a przez biograficzny charakter również ludzi zainteresowanych historią tej doprawdy niezwykłej rodziny. Należy „Ostatnią rodzinę” polecić też osobom o Beksińskich nic nie wiedzącym – z pewnością dadzą się zaskoczyć. Dobra realizacja, bardzo dobrej, ciekawej historii.

„Paryż 05:59”

Filmów o tematyce gejowskiej powstaje coraz więcej… i dobrze. Z pewnością jest to spowodowane rosnącym jednak równouprawnieniem, czy może w większym stopniu rosnącą świadomością społeczną. Obraz Oliviera Ducastela i Jaquesa Martineau ma w sobie coś co go z tego gąszczu wyróżnia.

Film rozpoczyna się blisko półgodzinną sceną seksu dwóch głównych bohaterów – Theo i Hugo, w paryskim klubie gejowskim. Podczas aktu miłości rodzi się w nich niezwykła wzajemna fascynacja. Po kilku wymienionych słowach okazuje się, że uprawiali seks bez zabezpieczenia, a Hugo jest nosicielem wirusa HIV. Zgłaszają się do szpitala, gdzie sytuacja w miarę możliwości zostaje opanowana. Hugo mimo początkowych oporów Theo postanawia odprowadzić go do domu, przy okazji fundując widzom podróż przez opustoszały nad ranem Paryż. Na ekranie co jakiś czas pojawiają się „stemple” z godziną, skąd polski tytuł filmu.

p559-2

Otwierająca scena z pewnością jest wizytówką dzieła Francuzów, każdy mówiąc o tym filmie zaczyna od niej, co jak widać i mnie nie ominęło. Zacznijmy od tego, że to rzeczywiście jest pornografia, tzn. szczegóły anatomiczne nie są w jakikolwiek sposób ukrywane. Z pewnością dla widzów szczególnie wrażliwych jest to czynnik dyskwalifikujący cały film, dla pozostałych jednak jest to dzieło samo w sobie. Mimo, że klub jest pełen ludzi to twórcom udaje się osiągnąć niezwykły poziom intymności między bohaterami, o czym zresztą mówią sami zainteresowani. Uczucie fascynacji nie tylko ciałami ale i pewne domniemanie swoich osobowości przenoszą się z Theo i Hugo na widza. Dużą rolę gra półcień, zapewne charakterystyczny dla tego typu miejsc. Ciekawym zabiegiem, choć na pozór tandetnym, jest moment spotkania kochanków. Początkowo przechadzają się po klubie bez konkretnego celu, wokół mając ludzi uprawiających miłość doprawdy mechaniczną. Gdy jednak się spostrzegają dzieje się coś magicznego, technicznie tak naprawdę to zmiana oświetlenia i dźwięków, ale efekt rzeczywiści bardzo udany. Dużo uwagi poświęcam jednej scenie, ale widać, że również o każdy szczegół zatroszczyła się w niej para reżyserów, co jest odzwierciedlone nie tylko w samej jej długości, ale również wysmakowaniu i niesamowitej atmosferze, które udało się osiągnąć w tak naturalistycznej przecież w założeniach sytuacji.

p559-3

A potem „Paryż 05:59” okazuje się jakby odwróconym love story, generalnie w filmie wydaje się panować konwencja, w której szereg skomplikowanych, niejasnych kroków, w całości znany jako romantyczność w finale prowadzi do zbliżenia. Tu od zbliżenia zaczynamy, a swoiste „podchody” następują później. Koncept ciekawy, na pewno zaskakujący, ale realistyczny. Łamanie konwencji zawsze jest mile widziane. Muszę się zresztą przyznać, że szczerą rozmowę, ale też flirt Theo i Hugo oglądałem z przyjemnością, częściowo chyba po prostu odwykły od filmowych romansów, ale nie mogąc też odmówić wdzięku występującym w głównych rolach aktorom.

Wrażenie robi też podróż panów przez Paryż, budzący się do życia, jeszcze zaspany. Atmosfera rzeczywiście ciekawa. Nie chodzi tu zresztą konkretnie o stolicę Francji, choć jest to niewątpliwie piękne miasto. Podobny klimat można poczuć również przemieszczając się po polskich miastach o odpowiedniej godzinie, czego wielu na pewno doświadczyło. W filmie Theo i Hugo spotykają różnych ludzi, których odpowiedniki z powodzeniem można odnaleźć podczas podobnych eskapad w różnych zakątkach świata – kobieta jadąca pierwszą linią metra opowiadająca historię swojego życia, czy właściciel całodobowego baru serwującego specjały kuchni tureckiej, choć wcale nie pochodzący z Turcji. Taka społeczna turystyka jest zrealizowana w filmie Francuzów naprawdę przyjemnie.

p559-5

„Paryż 05:59” to dobry film. Poza robiącą duże wrażenie sceną otwarcia mamy tu naprawdę romantyczną historię dwojga ludzi, zrealizowaną z dużym wdziękiem i urokiem, Theo i Hugo bezustannie balansują na granicy flirtu i rozmowy tak szczerej jak to tylko możliwe. Zupełnie przy tym nie powinno nikomu przeszkadzać, że tym razem nie mamy do czynienia z relacją damsko-męską.

 

„Bez ojca”

Reżyserski debiut Marie Kreutzer (i do tej pory jedyny film w jej dorobku) to pozornie zwyczajna historia – ot rodzinny dramat obyczajowy. To jednak w jaki sposób autorka „poustawiała” okoliczności, w jaki sposób „zbudowała” bohaterów wraz z jeszcze kilkoma szczegółami sprawia, że obraz Austriaczki nabiera szlachetności. Ale po kolei…

W pięknym domu w austriackich Alpach umiera Hans, w związku z czym do domu przyjeżdżają jego dzieci. Niki to lekarz pracujący w Niemczech, najmłodsza siostra MIzzi studiuje w Wiedniu, Vito to typowy lekkoduch, Kyra to córka odrzucona przez ojca, z którą nie kontaktował się przez ostatnie 20 lat. Więzi rodzinne rodzeństwa początkowo budzą w widzu konsternację, dość szybko jednak orientujemy się o co chodzi – w domu Hansa przed dwudziestu laty egzystowała typowa hippisowska komuna  W dalszej części filmu bohaterowie mierzą się z problemami swojej tożsamości spowodowanymi nietypową sytuacją rodzinną, a w retrospekcjach obserwujemy proces rozpadu wspomnianej wspólnoty.

bo1

Spotkanie bohaterów staje się okazją na odkrycie siebie na nowo poprzez przypominanie faktów sprzed lat i emocji im towarzyszących. W udany sposób przy tym obrazuje to reżyserka, najpierw jakby przedstawiając poszczególnych bohaterów, pozwalając im zrobić na widzu pierwsze wrażenie, następnie zdanie obserwatora diametralnie zmieniając. Nie robi to jednak wrażenia sztuczności czy pewnego rodzaju zawoalowania narracyjnego – nastawienie widza zmienia się wraz z nastawieniem postaci dramatu. Niby banalne, a zgrabne i efektowne.

Historia jest zresztą również dobrze osadzona w przestrzeni. Dom pośród alpejskich pastwisk, poza pięknymi widokami zapewnia też odcięcie przebywających w nim osób od reszty świata. Powoduje to uteatralnienie filmu zamieniając piękną posiadłość w rodzaj sceny. Nie jest to oczywiście wadą – dzięki takiemu zabiegowi obraz Kreutzer staje się bardziej intymny i skłania do poświęcenia większej części uwagi rozterkom natury moralnej i psychologicznej niż akcji, jednak…

akcji w „Bez ojca” trochę jest, a skupia się ona wokół niemalże kryminalnego wątku upośledzenia najmłodszej z sióstr. Rozwiązania zagadki naturalnie nie zdradzę, należy jednak powiedzieć, że sam wątek jest interesujący, subtelny, nienachalny, i choć daje o sobie znać dość późno i trochę zaskakuje, to pozostawia widza w niejakim napięciu.

bo5

Ważną rolę odgrywa w filmie Austriaczki też rzeczona komuna, będąca współudziałem tytułowego ojca – niedawno zmarłego Hansa. Historia wspólnoty staje się pretekstem do dyskursu o samej idei wspólnego życia poza okowami norm społecznych. Wnioski nie są jednak oczywiste, widz ma okazję analizować zarówno argumenty za jak i przeciw tego typu rozwiązaniom. Momentami z ekranu bije tęsknota za innymi czasami, idealizmem i idącej z nimi w parze wolnością, uczucie jak wydaje się spersonifikowane w osobie jednego z braci – Vita.

Komunę rozbija wewnętrzna potrzeba własności, co jest wyraźnie pokazane w filmie Kreutzer. Budzi to skojarzenia wręcz marksistowskie, ale to właściwie dobrze, że w filmie są podejmowane tak abstrakcyjne rozważania, które co prawda bezpośredniego przełożenia na życie, ale skłania do wysiłku umysłowego na trochę bardziej podniosłym, abstrakcyjnym poziomie, co zawsze należy chwalić.

bo2

Na pierwszy plan zdaje się jednak wybijać potrzeba więzów rodzinnych, u rodzeństwa obecna i bardzo silna. Bohaterowie filmu zdają się mieć problemy z własną tożsamością, jak sami po czasie stwierdzają, na skutek braku rodziny z prawdziwego zdarzenia. Wydaje się, że autorka poprzez stworzenie postaci o takiej właśnie charakterystyce chciała ostatecznie obalić sen o społeczeństwie bez własności, żyjącym w zgodzie. Jednocześnie śmiało ze sobą dyskutuje znów ustami swoich bohaterów. Wydaje się, że to właśnie postaci są największą zaletą filmu, intrygują, wręcz przyciągają do ekranu.

„Bez ojca” to pozornie film o wydźwięku bardzo lewicowym i to właściwie ciekawe, że w dzisiejszych czasach ktoś zdecydował się na analizę podstaw modelu socjalistycznego nie przez pryzmat upadłych już systemów we wschodniej Europie. Film jednak w zgrabny sposób przeciwstawia się swoim własnym tezom prowadząc do konkluzji różnych od spodziewanych. Najciekawszym wątkiem jest motyw poszukiwania tożsamości w rodzinie po latach rozłąki. W swojej budowie film Kreutzer budzi skojarzenia z „Festen” Vinterberga, co samo w sobie jest powodem do zadowolenia dla autorów. Zdecydowanie polecam.

„Smoleńsk”

„W jakim języku rozmawiają Tusk i Putin? Pewnie po niemiecku”… treść oraz wydźwięk „Smoleńska” dla nikogo zapewne nie będzie zaskoczeniem. Czy warto wydać na niego pieniądze? Trzeba przyznać, że seans dostarcza nie lada wrażeń i emocji. Czy jest dobry? Cóż… nie, aczkolwiek, naszym zdaniem można go zaliczyć do filmów z kategorii „tak złych, że aż dobrych”.

Główna bohaterka to cyniczna dziennikarka Nina, pracująca w telewizji TVMsat 🙂 , która na wieść o katastrofie smoleńskiej rozpoczyna śledztwo w tej sprawie. Nina jest wścibska i zupełnie nieczuła na tragedię. W dalszej części filmu mimo zaciekłego oporu z jej strony daje się przekonać do właściwej według twórców interpretacji wydarzeń.

smolensk7

Strukturalnie dzieło Krauzego to misz-masz, który naprawdę trudno objąć myślą. „Smoleńsk” to film fabularny, z fabułą jak można wywnioskować nawet z krótkiego opisu – niesamowicie drętwą. Nie jest nam dane doświadczyć rozterek Niny, czy choćby rozpaczy rodzin ofiar katastrofy. W zamian mamy tajemniczego Szefa Wszystkich Szefów w garniturze, który kilka minut po katastrofie stojąc we mgle na skraju lasu nakazuje swoim żołnierzom konfiskatę aparatu zagubionego dziennikarza. Ten sam człowiek okazuje się wydawać rozkazy nie mniej demonicznemu szefowi TVMsat. Do tej intrygi dołożone są zainscenizowane chuligańskie wybryki młodzieży pod krzyżem, czy protesty przeciw pogrzebowi prezydenta na Wawelu. Pojedyncze sceny są bardzo krótkie, co nie pozwala zaangażować się w fabułę.

smolensk-6

Obrazu tej żenady dopełnia jeszcze doprawdy niezwykłe użycie materiałów archiwalnych przypominające popularne w internecie parodie. Na przykład, konferencja prasowa komisji Millera jest w filmie pokazana, z tym że… odpowiedzi są prawdziwe, a pytania zadają aktorzy. Obraz miejsca katastrofy – dodano dźwięk dzwoniących telefonów. Dobrze, że materiały archiwalne są w tak słabej jakości, bo można by się pomylić.

Wszystkie postaci to swego rodzaju wydmuszki, ich charakterystyka to właściwie maksimum dwie cechy. Choćby Nina – jej postać określa wyłącznie zestaw cynicznych min i uśmieszków, które serwuje nam niemal przez cały film. Mimo niewątpliwej ubogości jej charakterystyki scenarzystom nadal nie udało się w zestawie cech zmieścić wydaje się dla dziennikarki najważniejszej – Nina jest skrajnie małomówna. Jej wypowiedzi to krótkie, proste zdania, a jej rola sprowadza się do bycia punktem zaczepnym do przekazania widzowi wprost natłoku (treści propag…) informacji na temat katastrofy. Należy też dodać, iż owe Informacje są przekazane w sposób mało subtelny, wręcz biją widza brutalnie po twarzy.

Nina, chcąc się odstresować jedzie do Chicago, by tam ostatecznie dać się przekonać do właściwej wersji wydarzeń. Przekonują ją głosy zagranicznych ekspertów, tak jak, wydaje się, miały przekonać widzów. Można tu dostrzec naprawdę prymitywne odwołanie do autorytetu – wystarczy, że ktoś powie coś po angielsku i jest dużo bardziej wiarygodny. Wystarczy, że pokaże się amerykańskie wieżowce i od razu ludzie w nich mieszkający są mądrzejsi. Przesada? Polscy historycy pokazani w filmie są z miejsca ośmieszani, głównie przez komiczny sposób mówienia i dziwny wygląd, a amerykański profesor – wyważony geniusz, twardo stąpający po ziemi.

smolensk3

Ale da się w filmie również coś pochwalić. Muzyka Michała Lorenca jest całkiem dobra. Jest dramatyczna, dynamiczna i zostaje w głowie. Można nawet powiedzieć, że dobrze ilustruje nastrój obrazu Krauzego – tylko, że nastrój jest tam stały. Przeszkadza też trochę to, że słyszymy ją zbyt często, przez co momentami irytuje.

„Smoleńsk” to film naprawdę bardzo zły. Rozwiązania fabularne przyprawiają o zawrót głowy, technicznie, na czele z grą aktorską przypomina to raczej tanią produkcję telewizyjną. Właściwie najwięcej skojarzeń budzi z rosyjskimi telenowelami, co w tym przypadku jest wyjątkowo zabawne. A pomyśleć, że twórcy filmu, mając w planach realizację tak nieudolnego obrazu, w związku z odmową finansowania przez PISF, zarzucili komisji stronniczość i decyzję polityczną…

 

„Kobieta-diabeł”

Powstały w 1964 roku film Kaneto Shindo to klasyczna japońska opowieść z akcją osadzoną w średniowieczu inspirowana buddyjskimi legendami, ponoć zawierająca odniesienia do koszmaru bomby atomowej. Opisywaliśmy tu już stare filmy, ale zwykle były to uznane klasyki, co mogło być postrzegane jako pewna gwarancja jakości, więc po filmie Japończyka spodziewałem się wszystkiego. Jak się okazało było warto podjąć ryzyko.

Dwie wieśniaczki – młoda kobieta i jej teściowa muszą przeżyć, gdy w kraju panuje wojna, a w której udział bierze również Koichi – mąż młodszej z kobiet. Ich sposobem na przetrwanie jest zabijanie i okradanie z rynsztunku uciekinierów z pola walki. Słabsze fizycznie od przeciętnego żołnierza korzystają z elementu zaskoczenia – organizują zasadzki, co jest ułatwione w miejscu ich zamieszkania. Wszędzie gdzie spojrzą widać jedynie wysoką na kilka metrów trzcinę. Sytuacja zmienia się, gdy do domu wraca sąsiad bohaterek – Hachi, który zdezerterował z trwającej wojny. Twierdzi, że Koichi już nie żyje. Młodzi mają się ku sobie co nie podoba się starszej z kobiet, w końcu jeśli wdowa po jej synu zostawiłaby ją na rzecz Hachiego pozostałaby bez środków do życia. Gdy w nocy do domostwa wchodzi samuraj w przerażającej masce żądając wskazania wyjścia z labiryntu traw, ta podstępem zabija go, a maski używa do przerażenia synowej, gdy udaje się na schadzkę. Wmawia jej przy tym, że to demony karzą ją za grzechy. Jak się później okazuje, maska nie chce zejść z twarzy kobiety, a gdy to się w końcu udaje zostaje oszpecona.

onibaba5

To co w filmie uderza od pierwszych minut, to właśnie niezwykłe otoczenie, w którym przyszło żyć bohaterkom. Falująca trawa sprawiająca wrażenie wręcz morza wprowadza fenomenalną mroczną, aż oniryczną atmosferę. Przez takie obrazy filmu nie sposób zapomnieć przez długie dni po zakończeniu pokazu. Zabieg osadzenia akcji w takim środowisku jest przy tym przemyślany, uzasadnia wątki fabularne i wprowadza efekt zaskoczenia widza – postaci pojawiają się znikąd, poruszając się w trawach potrafią zgubić drogę. Plastycznie za to wprowadza to efekt jakby wyjałowienia, wręcz może budzić skojarzenia z rodzajem sceny teatralnej, gdzie słowa sztuki wypowiadane są na gołych deskach, bez scenografii. Ale to wciąż nie wszystko co film ma do zaoferowania.

„Kobieta-diabeł” to dramat, który może być aktualny również dziś, choć oczywiście w znacznie łagodniejszej formie, w kontekście matek nie chcących wypuszczać dzieci „z gniazda”. Dziś to wydaje się niedorzeczne, ale być może podświadomy powód takich obaw został w filmie Shindo pokazany. Być może matki boją się o swoją egzystencję pozostawione przez dzieci, jasne, nie jest to realne zagrożenie w dobie świadczeń społecznych, państw socjalnych, czy choćby siły mediów, które sprawę pozostawienia starej kobiety na pastwę losu na pewno by nagłośniły, ale taki instynkt mógł gdzieś pozostać w ogromnym zestawie naturalnych uwarunkowań.

onibaba4

Obraz Japończyka właściwie może sprawiać wrażenie typowej umoralniającej baśni o winie i karze. I rzeczywiście fabuła jest inspirowana buddyjską legendą. Kara przy tym w typowy sposób jest adekwatna do popełnionych czynów, kobieta udawała demona, aż w końcu się nim stała. Nie jest to jednak aż tak czarno-białe i prymitywne jak mogłoby się wydawać, dylematy moralne nie są banalne, a i wina starszej kobiety nie jest oczywista. W końcu jeżeli wdowa po Koichim rzeczywiście by ją zostawiła, czekałaby ją pewna śmierć głodowa – nie byłaby w stanie zabijać żołnierzy, a i w przypadku zakończonej wojny nie poradziłaby sobie na roli. Sprowadza się to więc do walki o przetrwanie, a wtedy więcej jest dozwolone. Być może chodzi więc o aspekt religijny – nie strasz demonem, bo ten cię ukarze.

Można również doszukać się tam nie tyle krytyki, ale zwrócenia uwagi na patriarchalny model społeczeństwa, który również dziś szczególnie w Japonii dominuje. Hachi, będąc dezerterem nadal na całej sytuacji wychodzi najlepiej. Podczas gdy kobiety ledwo wiążą koniec z końcem dokonując czynów z całą pewnością niehonorowych, lecz w czasie wojny niezasługujących na jednoznaczne potępienie, on walczy w wojence nie wiadomo właściwie o co. Gdy jednak wraca, to jemu obie kobiety naturalnie się podporządkowują. Zresztą, chyba trochę przesadzam, w końcu akcja filmu jest osadzona w zamierzchłych czasach średniowiecznego japońskiego feudalizmu.

onibaba3

Przesadzona na pierwszy rzut oka wydaje się też „atomowa” interpretacja utworu Shindo. Jednak gdy spróbujemy się temu bliżej przyjrzeć, to nabiera to sensu. W bezpośredni sposób zerwana skóra z twarzy starszej z głównych bohaterek jest aluzją do grupy osób w Japonii zwanych Hibakusha, czyli dosłownie ludzie dotknięci eksplozją – ofiar ataków w Hiroszimie i Nagasaki, którym udało się przeżyć. Właśnie obraz zerwanej skóry z twarzy jest dla Japończyków symbolem takiej osoby. Czy jednak reżyser chciał przekazać jakąś lekcję przez tą metaforę? Wydaje się, że mogło chodzić o ilustrację powiedzenia „Kto mieczem wojuje, od miecza ginie”, a więc było krytyką działań wojennych Cesarstwa Japońskiego, czy też samego przystąpienia do wojny. Z ciekawostek – krytycy interpretują wszystkie filmy Shindo, a stworzył ich kilkadziesiąt, jako pewną analogię odnoszącą się do okropieństwa ataków atomowych. Twórca rzeczywiście mógł osobiście odnosić się do tragedii, gdyż urodził się w Hiroszimie.

„Kobieta-diabeł” to z pewnością obraz wart uwagi. Co prawda historia w nim przedstawiona może początkowo sprawiać wrażenie leciwej, ale film wciąga, oferując fabularną złożoność i niejednoznaczność. To co szczególnie wyróżnia dzieło Shindo to jego niezwykłe wizualia. Falujące trawy powodują, że ma się wrażenie śnienia, i to snem, który pamięta się przez długie godziny po przebudzeniu.

 

„Bang Gang”

Każdy film tak otwarcie pokazujący seksualność jak reżyserski debiut Evy Husson będzie krytykowany – po pierwsze przez wszelakich obrońców obecnego porządku oburzonych rozluźnieniem obyczajów, po drugie przez ludzi węszących w takim przedstawianiu bohaterów filmu sprytnego sposobu na marketing. Pierwszych należy wyśmiać, drudzy mają trochę racji, ale uważam, że autorka miała w tym wszystkim cel.

George, główna bohaterka filmu jest nastolatką. Chodzi do szkoły w małej miejscowości w południowo- zachodniej Francji. Dziewczyna zakochuje się w Alexie, jak początkowo myśli, z wzajemnością. Jednak po szybkiej konsumpcji związku okazuje się, że Alex na kolejnej imprezie nie chce nawet z nią porozmawiać, za to blisko poznaje się z jej najlepszą przyjaciółką. Z rozgoryczenia i chęci zemsty George wymyśla zabawę, którą nazywa Gang Bang – początkowo nastolatki zaczynają grać w butelkę, szybko zmienia się to jednak w regularną orgię.

BangGang-9

Oglądając „Bang Gang” ma się ciągłe wrażenie, że autorka zachowania nastolatków potępia, ale przy tym jest całą historią niezdrowo zafascynowana, co również przenosi się na odczucia widza. Przekłada się to również na sposób realizacji zdjęć do filmu. Orgie są celebrowane, pokazywane w taki sposób, by podkreślić piękno ciał młodych ludzi, nie ma się wrażenia obrzydliwości czy niepoprawności.

I choć tak naprawdę moralitety i refleksje każdy ma już przygotowane przed zobaczeniem filmu, to reżyserka bardzo zręcznie wprowadza nas w pewnego rodzaju trans. Prawdziwie tantryczny, co prawda dość prymitywny, bo w końcu uderzający w podstawowe ludzkie instynkty, ale nikt, na chwilę uwolniony z okowów kultury rozumianej jako przeciwieństwo natury, nie powie że nie jest to przyjemne. Z tego bezmyślnego snu widz budzi się w tym samym momencie co bohaterowie – gdy sprawa staje się jawna dla rodziców bohaterów.

Bang-Gang

Reakcje rodziców są różne. Wydaje się, że Husson chciała wprost pokazać kilka etycznych interpretacji tego co się stało. I rzeczywiście wybór jest spory i różnorodny. Może trochę szkoda, że zostawia to mało miejsca na prawdziwie własne interpretacje, ale z drugiej strony pozwoli każdemu ulepić coś quasi-swojego.

Nie można również nie zauważyć, że pomysł Bang Gangu zrodził się w głowie George, przechodzącej typowe problemy wieku dojrzewania. Reakcja trochę przesadna, bezmyślna i nie prowadząca do żadnego rozwiązania, ale sam problem przez reżyserkę naświetlony jest dokładnie i z klasą, narracja pozbawiona jest często obecnego przy obrazowaniu perypetii młodych ludzi protekcjonalizmu. Dziewczyna przez autorkę jest traktowana z wyrozumiałością i wrażliwością, co bezwzględnie należy pochwalić.

Obraz Evy Husson bez wątpienia miał być skandalizujący – sugeruje to choćby tytuł będący terminem zaczerpniętym z innego rodzaju kinematografii, ale właściwie nie jest to duży grzech. Gdy „wgryziemy” się w dzieło Francuzki to dostrzeżemy nie tylko bardzo dobre wrażenie estetyczne, jakie film po sobie zostawia, ale również to, że film to udana opowieść o dorastaniu. Swoją drogą wpisuje się w to pewien nurt obecny ostatnio w kinie francuskim (choćby opisywane przez nas „Z podniesionym czołem”, czy „Historia Marie”). „Bang gang” to niezły film, a z pewnością więcej niż większość spodziewa się po zapoznaniu się z materiałami promocyjnymi.

„Szukając Kelly”

Wydaje się, że gdy Thomas Bidegain zaczynał pracę nad swoim filmem, nie miał bezpośredniego zamiaru swoim dziełem wypowiadać się w kwestiach politycznych. Siłą rzeczy jednak, biorąc pod uwagę ostatnie wydarzenia w Europie, obraz tak wyraźnie zahaczający o temat terroryzmu islamskiego będzie traktowany jako jasna deklaracja. W przypadku „Szukając Kelly” akcenty są położone na szczęście inaczej i znacznie subtelniej.

Tytułową Kelly poznajemy gdy wraz z rodziną przyjeżdża na festiwal country. Sprawa o tyle dziwna, że impreza odbywa się w podalpejskim rejonie Francji niekojarzonym nawet z hodowlą koni, czy innymi ewidentnymi motywami mogącymi powodować sentyment do czysto amerykańskiej przecież kultury kowbojskiej. I choć rodzice Kelly bawią się tam dobrze, ona sama znika. Jak się później okazuje, ucieka z chłopakiem. Właściwie to nic strasznego i zdarza się często, ale dziewczyna wraz ze swoją miłością Ahmedem postanawiają zwrócić się w stronę radykalnej odmiany islamu i uciekają z kraju. Ojciec Kelly – Alain wraz z jej bratem Kidem są zdeterminowani żeby ją odnaleźć, jednocześnie spychając inne elementy życia na dalszy plan.

sk4

Film Bidegaina stoi w rozkroku między filmem sensacyjnym a dramatem o tematyce rodzinnej. Właściwie można go podzielić na dwie wyraźne części – bardziej dramatyczne poszukiwania Alaina i efektowne, bardziej sensacyjne perypetie Kida. Choć reżyser decyduje się przenieść akcję do Afganistanu oraz wprowadza na plan hollywoodzkiego aktora, co może wydawać się tandetne, to zręcznie kontruje wydawałoby się niedorzeczne sceny ze spokojem panującym na francuskiej prowincji. Również przygody Kida pośród Talibów skutkują rozważaniami subtelniejszymi niż to kogo zastrzelić, skłaniając widza do refleksji na temat tolerancji innych kultur.

sk1

Siłą „Szukając Kelly” pozostaje jednak doskonale ukazana determinacja ojca głównej bohaterki. Reakcja Alaina na, jak on twierdzi, porwanie córki nie jest nienawiść na tle rasowym, religijnym czy jakimkolwiek innym. On po prostu chce ją odnaleźć i zrobi wszystko by to zrobić. Reakcja rzeczywiście ciekawa, prosta w sensie konstrukcji, ale wydaje się, że niezwykle trudna do osiągnięcia w tak stresogennej sytuacji, gdzie często odzewem stają się naturalne, ksenofobiczne instynkty i szukanie winnych. Emocje bohatera są złożone, ale przedstawione realistycznie i zasługa w tym nie tylko grającego Alaina aktora (Francois Damiens), choć rzeczywiście zaliczył dobry występ, ale również sprytnie zbudowanego scenariusza, rzucającego zrozpaczonego ojca w sytuacje w których może się takimi uczuciami „wykazać”.

„Szukając Kelly” to niezły film. Reżyser nie poprzestaje na wypowiedzi o bieżących problemach społeczno-politycznych, te są dla niego tylko pretekstem do analizy głębszego, uniwersalnego, zdecydowanie bardziej intymnego problemu. I choć obraz Bidegaina z pozoru może wydawać się filmem sensacyjnym, to rzeczywiście spektrum ukazanych emocji bohaterów z nadwyżką rekompensuje naprawdę krótkie chwile konsternacji spowodowane odrobinę dziwnym doborem środków artystycznych.

„Kapryśne lato”

„Ten typ lata wydaje mi się zupełnie niefortunny” – tymi słowami wita widzów Antonin Dura (w tej roli znany z „Palacza zwłok” Rudolf Hrusinsky) stojąc odziany w strój kąpielowy w strugach deszczu. Nie sposób nie dostrzec analogii między sytuacją bohatera a tym czego w ostatnich dniach możemy doświadczyć na własnej skórze. A przy okazji tak trafny strzał ironii w preludium filmu od razu przypomniał mi czym stoi kino czeskie.

Drugi pełnometrażowy film Jiriego Menzela (po genialnych „Pociągach pod specjalnym nadzorem”) opowiada historię trzech przyjaciół- majora Hugona, kanonika i wspomnianego wcześniej Antoniego Dury. Panowie spotykają się na jedynym w Krokowych Warach kąpielisku, którego właścicielem jest właśnie Dura. Bohaterowie nie szczędzą sobie docinek, jednak ich przekomarzania sprawiają wrażenie odbywających się niezmiennie od wielu lat. Niespodziewanie jednak do dyskusji włącza się Arnosztek – wędrowny magik, akurat odwiedzający miasteczko. Od razu bierze się za prezentację swoich umiejętności w nagrodę zostaje przez majora poczęstowany serdelkami. Gdy wieczorem trzech przyjaciół pójdzie oglądać przedstawienie iluzjonisty, ich rutynę ostatecznie zamąci piękna asystentka Arnosztka – Anna.

kl3

„Kapryśne lato” zdecydowanie można zakwalifikować jako komedię. Choć humor może wydawać się trochę staroświecki, to jednak poziom abstrakcji na jakim bohaterowie operują wznosi się ponad jakiekolwiek określenia czasu i film śmieszy nawet dzisiaj. Lekkość i przekonanie z jaką bohaterowie wypowiadają niedorzeczne zdania, uprawiając dyskusję właściwie jakby po to żeby się w samej sztuce dyskutowania doskonalić, budzi mój szczery podziw.

Przypomina o sobie również typowa dla czeskiej nowej fali tematyka – obyczajowość zwykłych Czechów. Obserwowanie małomiasteczkowego życia z dowcipną refleksją zauważalną nie tylko bezpośrednio – przez komentarze Antoniego Dury, kanonika czy majora, ale przez sam sposób narracji. Znów (podobnie jak w poprzednim obrazie Menzela) wysoko w hierarchii wartości stawiana jest seksualność, co prawda nie tak bezpośrednio konfrontowana z odwagą jak w „Pociągach…”, ale nadal reżyser śmiało dyskutuje z etosem rycerskości, czy męskości jako takiej. Wydawałoby się, że tak pojmowany stereotyp częściowo choć definiuje męską seksualność, Menzel udowadnia, że niekoniecznie.

kl2

Uniwersalność przesłania „Kapryśnego lata” imponuje – mimo minionego czasu (film powstał w roku 1968, a powieść Vancury, której jest adaptacją w roku 1925) dowcip sytuacyjny śmieszy tak samo, a dzięki wyraźnemu symbolizmowi przedstawianych scen ogół przekazu filmu jest łatwo czytelny nawet dziś.

Nie sposób nie polecić obrazu Menzela – zabawne i mimo prostoty konstrukcji wyrafinowane kino.

„Wróble”

Islandia słynie z piękna tamtejszej przyrody. Reżyser Runar Runarsson przypomina nam jednak, że żyją tam również ludzie opowiadając historię Ariego…

który przeprowadza się od matki mieszkającej w Rejkiawiku do ojca rezydującego na zachodnich fiordach, miejscu które krajobrazowo znajduje się gdzieś pomiędzy postapokaliptycznym pustkowiem a zielenią łąk. Szesnastolatkowi przychodzi mierzyć się z trudami dojrzewania w niesprzyjającym środowisku – ojciec jest alkoholikiem, chłopak ma problemy w kontaktach z rówieśnikami.

Fabularnie na wyróżnienie zasługuje wątek miłosny, potraktowany w filmie z powagą odpowiednią dla emocji targających bohaterami. Relację Ariego i Lary charakteryzuje duża dynamika właściwa rzeczywistym nastoletnim związkom. Reżyser postanowił w filmie umieścić naturalistyczne sceny seksu. Zarówno inicjacja chłopaka jak i końcowa scena to doświadczenie szokujące i… nie jestem przekonany czy we „Wróblach” potrzebne.

Zarzucić można również filmowi wyraźny jego podział. W pierwszej połowie oglądamy potyczki Ariego z ojcem i trudne próby zaaklimatyzowania się w nowym miejscu. W pewnym momencie jednak, ni z tego ni z owego przechodzimy do wspomnianego wątku romantycznego i obserwujemy go do końca filmu, do relacji z ojcem właściwie nie wracając.

wróble3

Nie da się uciec od wrażenia, że to wszystko już kiedyś było. Powstały już dziesiątki filmów na temat dorastających nastolatków (choćby „Z podniesionym czołem” czy „Intruz”) a i motyw ojca alkoholika to nic nowego. I choć reżyser wieloma sposobami próbuje uciec od tej standardowości, to nigdy tak naprawdę mu się to nie udaje, choć podrygi przyznaję znaczne i właściwie przyjemne.

Banałem jest napisanie, że w islandzkim filmie imponują zdjęcia, a właściwie w nim występujące plenery, ale… tak rzeczywiście jest. Bezustannie przypomina o sobie pustka z jaką na co dzień mają do czynienia bohaterowie filmu. Krajobraz miejscami przypomina żwirową pustynię, przeważnie jednak na myśl przywodzi wulkaniczne zbocza (jeśli ktoś uważał na lekcjach geografii, to z pewnością go to nie dziwi). Nie mogłem pozbyć się wrażenia, że reżyser zaserwował widzom autorską wizję kolonizacji Księżyca. Budynki na Księżycu natomiast, zarówno mieszkalne jak i gospodarcze, wydają się reprezentować klasyczną drewnianą architekturę skandynawską.

wróble 2

I osadzenie tej skądinąd również banalnej historii w tak dziwnym środowisku skutkuje… do pewnego stopnia odbanalizowaniem. Standardowa fabuła wrzucona w tak dziwne środowisko nabiera powagi, jakby doniosłości, wynosząc odczuwanie ponad młodość górną i durną. A przy tym pocztówkowe landszafciki nabierają realnego charakteru obcując z ludzkimi problemami.

Warta wspomnienia jest również muzyka. Potęguje wrażenie dziwności i niedostępności już i tak wyraźne dzięki oglądanym krajobrazom.

„Wróble” to film nie wywołujący większych emocji jeśli chodzi o perypetie bohaterów. Bez wątpienia jednak można go polecić zarówno koneserom natury jak i ludziom w filmach szukających pewnego rodzaju doświadczenia. Reżyser w naprawdę zręczny sposób tworzy pewien mikroklimat, atmosferę w której funkcjonują postaci, ale do której również płynnie wciągany jest widz.

„Bachor”

Najnowszy film Sebastiana Silvy to historia, która może sprawiać wrażenie kontrowersyjnej, szczególnie w naszym kraju. Jako, że obraz powstał w innych okolicznościach społeczno-politycznych to reżyserowi nie można zarzucić celowego działania, można natomiast zarzucić mu próbę stworzenia uniwersalnego pretekstu do myślenia o ulotnej naturze ludzkiego życia. Czy ta próba zakończyła się powodzeniem?

Para gejów – Freddie i Mo postanawiają starać się o dziecko z pomocą Polly – przyjaciółki Freddiego. Freddie zajmuje się sztuką eksperymentalną, a jego najnowszym projektem jest tytułowy „Bachor” – przedstawienie karykaturalnej wizji płaczącego dziecka wijącego się po podłodze. Spokojne życie w ich nowojorskim mieszkaniu zakłóca Bishop – chory psychicznie nędzarz, w dodatku homofob. Nie szczędzi bohaterom wyzwisk, a wczesnym rankiem porządkuje liście hałaśliwą dmuchawą pod ich oknem. Osią fabularną filmu są seria nieudanych prób zajścia w ciążę, związany z tym stres, wpływ na życie bohaterów i próby rozwiązania problemu.

nb5

„Bachor” wygląda dobrze, choć sprawia wrażenie filmu zrealizowanego na wpół amatorsko. Ostatecznie efekt jest niezły, film ogląda się przyjemnie. Duża w tym zasługa aktorów, którzy są bardzo naturalni, jak i pięknego otoczenia w którym przyszło im grać.

W oczy rzuca się duża biologiczność działań prowadzących do idealizowanego aktu poczęcia nowego życia. To na pewno brzmi jak banał, ale wydaje się, że na co dzień nie postrzegamy podobnych sytuacji tak jak w filmie Silvy jest to zaprezentowane. Obsesja z jaką, szczególnie Freddie i Polly podchodzą do potencjalnej ciąży wpływa na wszystko czym się zajmują, najlepszym przykładem jest artystyczny projekt Freddiego, nierozłącznie związany z tematem dzieci i uwydatniający właśnie wręcz naturalistyczny wydźwięk starań tria o potomstwo. Mo do sprawy podchodzi z dystansem, ma wątpliwości, nie wie jak się zachować i właściwie ostatecznie to jego decyzja nadaje zdarzeniom odpowiedni tor.

nb3

Ważnym wątkiem filmu jest społeczny odbiór par homoseksualnych, a szczególnie wychowywania przez nie dzieci. Podczas gdy w Nowym Jorku wywołuje to tylko lekkie zdziwienie, a czasem postrzegane jest jako rzecz całkiem normalna, to na prowincji, skąd pochodzi Mo, plany pary wywołują oburzenie. Jednocześnie wyraźne jest, że panowie tworzą udany związek, co jest skontrastowane z parami heteroseksualnymi. W efekcie film sporymi fragmentami może być odczytywany jako manifest zrównania praw mniejszości seksualnych. Swoją drogą ile czasu musi jeszcze minąć by w Polsce powstawały filmy tak otwarcie poruszające społeczne prawa osób homoseksualnych. Coraz więcej, co prawda filmów otwarcie przyznających ich istnienie, a nawet biorące homoseksualistów za głównych, pozytywnych bohaterów (choćby „Płynące wieżowce” czy „W imię…”). Wydaje się jednak, że nadal taki „Bachor” wywołałby ogromne kontrowersje.

nb2

Zakończenie filmu robi ogromne wrażenie uwydatniając przewrotną naturę tworzenia życia. Jednocześnie reżyser pokazuje, że posiadanie potomstwa jest czysto egoistycznym aktem, nieważne jaka ideologia zostaje do tego dorobiona. Oczywiście taka potrzeba jest w pewnym stopniu uwarunkowana ewolucyjnie i instynktownie ludzie starają się podtrzymać istnienie ludzkości jako takiej, ale raczej przy rzeczywistym planowaniu rodziny nikt nie myśli w ten sposób, również nie robią tego bohaterowie „Bachora”.

Najnowsze dzieło Sebastiana Silvy to film zaangażowany poruszający nietypowe problemy społeczne. Jednocześnie jest to obraz lekki, nie męczący widza. Polecam.

 

„Blokada”

Moje serce wypełniła szczera radość na informację o kinowej premierze przedstawiciela mojej ulubionej kinematografii. Zasięgając dalszych informacji okazało się, że „Blokada” to film autorstwa Emina Alpera – o którego „Za wzgórzem” mogliście u nas przeczytać prawie rok temu. Jak się jednak okazało najnowsze dzieło Turka to coś trochę innego…

Innego nie tylko od filmu z 2012 roku, ale również w kontekście klasycznego obrazu Nowego Kina Tureckiego. Alper tym razem zabiera nas na przedmieścia Stambułu, do dzielnicy odciętej przez wojsko i policję z powodu szeroko w niej zakrojonej działalności organizacji terrorystycznej. Kadir przebywa w więzieniu, jednak zostaje mu powierzona misja dostania się do odgrodzonej dzielnicy i rozpracowania siatki przestępców – w zamian ma otrzymać wolność. Wydaje się, że jest odpowiednim kandydatem do takiego zadania – na obszarze działań mieszka jego brat, Ahmet. Jednak spotkanie rodzeństwa nie jest wydarzeniem całkowicie szczęśliwym, gdyż Ahmeta opuściła żona wraz z dwójką dzieci. Kadir po blisko 20 latach rozłąki stara się poznać brata, przy okazji wdrażając się w skomplikowane życie społeczne zamkniętej dzielnicy.

blokada3

Obraz w filmie robi wrażenie. Kolory są ciemne, ujęcia statyczne. Wrażenie robi efekt półmroku jaki udało się osiągnąć. Można aż poczuć gęste, gorące powietrze w zapuszczonej, biednej dzielnicy Stambułu.

Atmosfera filmu jest nietypowa. Właściwie przypomina trochę cyberpunkowy thriller, fabuła to political fiction, ale… w sumie to dobrze, bo do „Blokady” to pasuje. Reżyser przez taki dobór środków artystycznych zręcznie uwydatnia problemy dręczące współczesne społeczeństwa europejskie, a ostatnio zwłaszcza Turcję. Pokazuje, że terroryzm nie dotyczy nigdy całych grup społecznych i mimo że w pewnych rejonach to zjawisko jest nasilone, to nadal nie należy domniemanych cech pewnej ludzkiej zbiorowości przypisywać jednostkom.

„Blokada” dobrze również pokazuje jak otoczenie wpływa na kształtowanie osobowości, ale również na podejmowanie konkretnych decyzji. Bracia wychowywali się w jednym domu, byli ze sobą zżyci. Mimo to, ich drogi się rozeszły, a dla każdego z nich ważne jest co innego, wyznają inne idee. Jednak film przez tak wyraźny symbolizm, traci trochę realizmu, co samo w sobie niekoniecznie jest wadą. Sprawia wręcz wrażenie legendy – było trzech braci, każdy poszedł w inną stronę, z czym Wam się to kojarzy?

blokada2

Trzeba również przyznać, że najnowszy obraz Alpera udanie operuje estetyką snu, czy też właściwie urojeń jednego z braci. Choć podczas tych sekwencji można utracić uwagę, to ostatecznie w odpowiednim momencie udaje się powrócić do właściwej historii. Reżyser w tych fragmentach zdołał zawrzeć również motyw zaburzenia czasu, co wyszło zaskakująco i naprawdę dobrze.

„Blokada” to historia prosta, ale pełna symbolizmu. Wydaje się, że reżyser miał zamiar stworzyć rodzaj moralitetu o problemach nowoczesnych społeczeństw, poruszając temat terroryzmu, ale również motywacji ludzi dołączających do tego typu grup przestępczych. Przez wybrany temat, ale również miejsce akcji film nie jest typowym przedstawicielem Nowego Kina Tureckiego, co nie dziwi. Kinematografia turecka wydaje się przechodzić przez kolejny etap, co właściwie cieszy, gdyż świadczy o ciągłej, niestrudzonej aktywności tamtejszych reżyserów.

„Baby bump”

Najnowszy film Kuby Czekaja to z całą pewnością kino nieszablonowe. Sądzę jednak, że w przeciwieństwie do większości kina tego rodzaju trafi w gusta szerokiej publiczności. Dlaczego?

Mickey House to młody chłopak przechodzący przez okres dorastania. Jego matka jest nadopiekuńcza, wśród kolegów jest w zasadzie pośmiewiskiem, ma problemy z własną tożsamością. W szkole wszyscy jego znajomi biorą narkotyki, oprócz niego samego – on prowadząc ostentacyjnie zdrowy, ekologiczny tryb życia handluje moczem do analizy.

bb3

Fabuła „Baby bump” to niezła historia o dojrzewaniu i problemach z tym procesem związanych. Jest śmiesznie, lekko, ale nie głupawo. Ciekawym zabiegiem jest spersonifikowanie głosu wewnętrznego chłopaka i nadanie mu kształtu kreskówkowej myszki, która do bohatera, jak i do widza przemawia po angielsku. Zresztą wszystkie napisy, które w filmie się pojawiają (reklamy, znaki drogowe itp.) są również na ten język tłumaczone, co właściwie jest spójne z całością estetyki filmu, która…

jest totalnym szaleństwem. Obraz jest utrzymany w nietypowych kolorach, dominujący wydaje się róż. Przywodzi to na myśl amerykańskie reklamy z lat 60-tych. Właściwie to skojarzenie chyba jest właściwe – matka Mickey-ego testuje dziwaczne produkty dostępne w sprzedaży wysyłkowej. Film jest przepełniony trochę dziwną atmosferą seksualności, obrazując właściwie prawdopodobne odczucia głównego bohatera w tej sferze. Postaci są ubrane równie dziwacznie, właściwie sprawiają wrażenie przebranych, kojarzą się (estetycznie) z telewizyjnym serialem kierowanym do nastoletniej widowni.

bb2

Dużą zaletą filmu jest dobór muzyki. Niesamowita mieszanka, głównie utworów alternatywnych, szerszej publiczności nieznanych, ale znalazło się też miejsce dla remiksów utworów starszych. I choć dominuje chyba muzyka elektroniczna, raczej taneczna (uszy od niej na szczęście nie bolą), to można w filmie również usłyszeć, co prawda dziwaczny, ale nadal rap. O dziwo to wszystko tworzy całość, której chce się słuchać nawet po wyjściu z kina.

Właściwie rola muzyki w „Baby bump” jest tak istotna, że nie byłoby nieuzasadnionym stwierdzenie, że najnowsze dzieło Czekaja jest rodzajem teledysku. Trudno momentami stwierdzić, czy muzyka ilustruje obraz, czy obraz muzykę, na pewno w każdym razie obie formy są nierozłączne, ściśle ze sobą połączone.

Jestem tym filmem zachwycony. O ile nie można od niego oczekiwać, że po wyjściu z kina widz będzie roztrząsał losy bohaterów, analizując ich decyzje, czy obejrzane zdarzenia, to z pewnością „Baby bump” pozwoli przez wiele godzin po seansie pozostawać pod wpływem obrazów i dźwięków, którymi reżyser nas raczył. Polecam przekonać się na własnej skórze – co jest ułatwione, bo film można zobaczyć w multipleksach.

A przy okazji warto zaznaczyć, że mamy do czynienia z rzadko spotykaną sytuacją – zwiastun oddaje to co w pełnym dziele najważniejsze. Nieprzekonanym więc polecam zapoznanie się z nim.

„Osiem i pół”

Wiele o tym dziele Felliniego powiedziano. Ba! Napisano nawet kilka książek. To na pewno film legenda, przez wielu uznawany za arcydzieło, traktowany jak bóstwo. Zwykle jednak jedyne co mi z tekstów na temat takich filmów zostaje to… pamięć o jego tytule i może jeszcze pewnego rodzaju wstyd, że takiegoż jeszcze nie widziałem. Więc mimo niewątpliwej legendarności i pomnikowości, udało mi się zachować świeże spojrzenie na „Osiem i pół” i postanowiłem podzielić się moimi wrażeniami, starając się delikwenta traktować jak film premierowy, choć od premiery minęły już 53 lata.

Głównym bohaterem jest Guido – reżyser filmowy pracujący nad swoim magnum opus, autobiograficzną opowieścią o swoim dzieciństwie, swoich miłościach i strachach. W pracy pomaga mu cała armia ludzi: producenci, scenarzyści, aktorzy (w większości bez przypisanych ról), czy osoby zajmujące się wszystkim pozostałym, po prostu załatwiające to, co akurat jest potrzebne. Piachem w trybach tej maszyny jest sam reżyser przeżywający twórczy kryzys. Celem jego zażegnania do kurortu w którym cała rzecz się odbywa zaprasza swoją kochankę, czego trochę żałuje oraz żonę, trochę nieopatrznie, licząc, że odmówi. Zresztą dwie kobiety to tylko jedne z wielu dziwacznych postaci jakie znajdują się w otoczeniu Guido.

oip4

Film ma w sobie pierwiastek jakby niekończącej się zabawy, bardzo długiego przyjęcia, gdzie ludzie są albo odurzeni, albo niespełna rozumu. Bohaterowie przemawiają w kilku językach, ale rzadko ze sobą rozmawiają – są raczej nastawieni na nadawanie komunikatów, jakby chcieli tylko przekazać co sobą reprezentują. Należy w tym miejscu powiedzieć, że wizualnie „Osiem i pół” jest świetne, co widać nawet dziś,a w tamtym czasie musiało robić ogromne wrażenie. Zresztą widać ogromną inspirację tymi fragmentami u współczesnego włoskiego reżysera – Paolo Sorrentino („Młodość”, „Wielkie piękno”)

Film z pewnością jest również satyrą na środowisko twórców filmowych. Pokazując najbarwniej jak to możliwe, przerysowaną postać scenarzysty, jako zadufanego, używającego wyłącznie trudnych słów poetę, o wrażliwości nie tyle nad wyraz wykształconej co na pewno przez niego samego w całości opisanej. Postać aktorki, która występuje zawsze w nienagannym fikuśnym stroju, przemawia z francuskim akcentem, pozwalając wodzić się za nos reżyserowi, również postać producenta, rzucającego pieniędzmi na wszystke strony, byle reżyser był zadowolony. Czy może wreszcie właśnie postać reżysera, który w obliczu kryzysu twórczego szuka fizycznej miłości w ramionach kochanki. A satyra choć wyraźna to nadal zrealizowana ze smakiem i naprawdę zabawna.

oip2

Warto też wspomnieć o koncepcji miłości w filmie prezentowanej. Uczucie jest potraktowane kompleksowo, a bohaterowie przechodzą przez różne jego etapy, po części zdając sobie sprawę z ich istnienia i na bieżąco je analizując. Prezentowane są wreszcie konkretne podejścia do samej idei wiązania się z drugim człowiekiem – od niewinnej zabawy, przez hedonizm, miłość platoniczną, wykorzystywanie drugiego człowieka aż po całkowite jemu oddanie.

Wydaje się również, że obraz jest metaforą procesu twórczego. Mimo jasności zamysłu koncepcja może być wypaczana, tak jak Guido był rozpraszany przez postaci znajdujące się w jego otoczeniu. A gdy wydaje się, że udało się dojść do konsensusu opierając dzieło na dwóch filarach, okazuje się, że właściwym jest ten trzeci…

oip5

Dzieło Felliniego staje się przez to jakby swoim portretem na jakimś metapoziomie. Oglądamy film o tworzeniu filmu, w którym wydarzenia z tego filmowego filmu, odbywają się również w filmie realnym. Trochę to zawiłe i można się w tym labiryncie z łatwością zgubić. Ale właściwie odnalezienie w nim drogi nie powinno być celem – należy napawać się spustoszeniem jakie taki stan rzeczy wywołuje w odbiorcy, ale również w bohaterach filmu. Jednocześnie nie należy się przerażać, nie jest to chaos w stylu Davida Lyncha, znacznie bardziej subtelny i jakby bardziej wyrafinowany.

Zresztą „Osiem i pół” jest po prostu pełne różnych symboli i to uniwersalnych, możliwych do odczytania również współcześnie. Jednocześnie pozostaje zabawne i, choć tempo momentami zwalnia, nie nudzi. Jeżeli ktoś, tak jak do niedawna ja, filmu jeszcze nie widział, to niech wie, że również ja dołączam się do pochwalnych pieśni głoszonych ku czci Felliniego od ponad 50 lat.

„Z podniesionym czołem”

Najnowszy film Emmanuelle Bercot wpisuje się w ostatnio zauważalne zamiłowanie twórców francuskich do podejmowania tematyki ludzi młodych i dorastania (choćby „Oddychaj”, „Życie Adeli”, czy zrealizowany we Francji „Mustang”). Główny bohater filmu jednak od swoich rówieśników trochę się różni…

Malony nigdy nie miał łatwego życia: jego matka jest narkomanką, jego ojciec prawdopodobnie był cholerykiem. W efekcie chłopak od najmłodszych lat był dzieckiem nadpobudliwym, nie chciał chodzić do szkoły przez co pozostawał pod baczną obserwacją opieki społecznej w osobie sędzi Florence (Catherine Deneuve). Gdy jednak Malony dorasta i staje się nastolatkiem, a niewinne wybryki stają się przestępstwami, pani sędzia nie ma wyboru i skazuje głównego bohatera na pobyt w ośrodku poprawczym, gdzie odnajduje szansę na wyjście na prostą.

Malony jest krnąbrny i zawzięty w swoich postanowieniach, decyzje które podejmuje są głupie i pochopne. Reżyser jednocześnie podkreśla wpływ środowiska na stan emocjonalny chłopaka jak i ukazuje jego cechy charakteru, które taki wpływ mogły mieć. Narracja zgrabnie balansuje pomiędzy tymi dwoma filarami, jakby przez cały (no prawie cały) czas trwania filmu nie mogąc się zdecydować kogo oskarżać za zło jakie wyrządza główny bohater. Podsumowując jest to postać złożona, przemyślana przez twórców, sprawiająca wrażenie realnej mimo kilku dziwnych, tak naprawdę nierealnych charakterystyk czy zachowań. Pochwała należy się również aktorowi wcielającemu się w rolę Malony’ego.

Słabo natomiast wypada trochę jednostronne ukazanie opieki społecznej skontrastowanej z uporczywymi występkami ich podopiecznego, które zawsze zostają zrozumiane i raz po raz wybaczane, ale jednocześnie, mimo najwyższego bólu są przez sędzie karane. Zresztą fabuła filmu mogłaby służyć studentom resocjalizacji za instruktaż, choć gdyby chciano zaprezentować go jako jeden z wielu przykładów to mielibyśmy do czynienia z wariantem: „tak się dzieje, gdy wszystko idzie dobrze”. Sędzia Florence jest jak dobra matka (z aparycji już niestety babcia): jest troskliwa, wyrozumiała, ale w razie potrzeby bywa surowa, gdy uważa, że będzie to miało efekty wychowawcze.

lth2

„Z podniesionym czołem” ma jasny przekaz moralny, ale właściwie nie jest to zarzutem. Nie sądzę, żeby autorka miała na myśli kogoś edukować, czy nakierować na konkretne wnioski. Tak po prostu wyszło z sumy tematyki, bohaterów, zakończenia filmu i pewnie jeszcze paru innych czynników.

Podczas oglądania nie mogłem się również pozbyć wrażenia, że film coś mi przypomina: „Mamę” Xaviera Dolana. Otwierające sceny są bardzo podobne, co pewnie jest spowodowane charakterystyką głównych bohaterów obu obrazów. W zasadzie nic w tym dziwnego: w końcu nieczęsto spotyka się w filmie młodych chłopaków z tak daleko posuniętym problemem agresji. Drugim „tropem”, który złapałem jest mniej znana szwajcarska produkcja „Chrieg” Simona Jaquemeta, z którym historia Bercot ma wspólny… wątek romansowy. Dziewczyny są do siebie podobne i w wyglądzie i w zachowaniu. Film nawiasem mówiąc całkiem niezły – z tego miejsca go polecam.

Bohatera tego tekstu również polecam – „Z podniesionym czołem” to dobry, poprawnie zrealizowany film z niebanalnymi postaciami i ciekawą perspektywą na problemy dorastania. Nie jest to żadne wielkie kino, ale jak na prosty, intymny dramat wypełnia swoją rolę więcej niż poprawnie.

„Historia Marie”

Najnowszy film Jean-Pierre’a Améris to prosta historia. Ciekawa, trochę ckliwa. Zwykle oczekiwanym kontrapunktem dla takiej prostoty jest możliwość odniesienia sytuacji filmowej do jakichś prawd uniwersalnych. Czy to się sprawdza w przypadku „Historii Marie”?

Do francuskiego klasztoru zajmującego się głuchoniemymi dziewczynkami pod koniec dziewiętnastego wieku ojciec przywozi Marie Heurtin. Marie została przez los potraktowana znacznie surowiej – jest również niewidoma. Naturalnie rodzice nie byli w stanie komunikować się z dziewczynką, przez co w zachowaniu przypominała raczej dzikie zwierzę niż człowieka – nie pozwalała się dotknąć, a gdy w pobliżu wyczujuła drzewo, natychmiast się na nie wspinała. Choć spotyka się to z niechęcią matki przełożonej siostra Margueritte podejmuje się próby nauczenia Marie języka migowego…

… co się udaje, mam nadzieję że nikogo nie zaskoczyłem. Zresztą film jest oparty na faktach, a sama dziewczynka jest postacią historyczną, w co można uwierzyć. Jednakże fakty na których film jest oparty wydają się tak nieistotne, że dziwi iż w ogóle zostały odnotowane.

hm

Sama historia natomiast, sprawia wrażenie skrojonej ku pokrzepieniu serc, miejscami sprawia wrażenie trochę sztucznej, wręcz tandetnej. Można zauważyć dziwaczny stosunek reżysera do czasu, okres ośmiu miesięcy w filmie trwa kilka minut, po czym następuje sekwencja odtwarzania pojedynczego dnia praktycznie w czasie rzeczywistym. Naturalnie nie postuluję o zachowanie skali na osi czasu, niemniej jednak sugerowałbym usilniejsze do niej dążenie.

Bardzo dobre wrażenie robi obraz związku emocjonalnego pomiędzy Margueritte a Marie. Obraz pełny, złożony i nad wyraz ciekawy. Zażyłość pomiędzy bohaterkami rozwija się niezależnie od postępów czynionych przez dziewczynkę, ale to tak naprawdę przeobrażenia zakonnicy są tu ciekawe. Wychodząc od entuzjazmu i ciekawości w związku z poznaniem niesamowitej, interesującej  osoby, jaką niewątpliwie jest Marie, poprzez rezygnację z powodu braku efektów mimo uporczywych prób, aż po radość w przypadku postępów dziewczynki. Ciekawe jest w końcu poczucie misji, której podporządkowała swoje życie siostra zakonna i szczęście jakie tak karkołomne zadanie może przynieść.

„Historia Marie” ma charakter moralizatorski, wysuwając naprzód maksymy o miłości każdego niezależnie od jego ułomności. Ja jednak przewrotnie zaproponuję rozważania o celach w życiu i szczęściu jakie może dawać ich realizacja, do czego również w wyraźny sposób skłania film Améris.

„Córki Dancingu”

Filmów w typie najnowszego dzieła Agnieszki Smoczyńskiej nie widzi się często. Często natomiast filmy tak bezpośrednio czerpiące z kina gatunków jakby „zapominają” o innych, tak naprawdę podstawowych aspektach dzieła filmowego. Czy tak było i tym razem?

Najistotniejszy wydaje się tu być czas i miejsce akcji – Warszawa lat 80-tych. A dokładniej nocny klub, w którym do rodzinnego zespołu grającego chałturki z okresu dołączają dwie syreny (tak, syreny). Narracja zostaje następnie przestawiona na tory musicalowe, natura syren natomiast jest mieszanką nastoletniej beztroski i przymiotów tym stworzeniom właściwym (przez które niektórzy krytycy nazywają film wręcz horrorem).

cd2

Naprawdę rzadko ogląda się musicale, gatunek charakterystyczny w zasadzie tylko dla Stanów Zjednoczonych. Jeszcze bardziej niespotykane jest osadzenie fabuły w Polsce w czasach poprzedniego ustroju. Ta Polska nie przypomina jednak tej znanej z filmów Wajdy, czy nawet Bareji, jest to przaśny świat przywodzący na myśl raczej „Gorączkę sobotniej nocy”. Całość jest urealniana dancingowymi aranżacjami piosenek z tamtych czasów – próba ambitna, choć raczej nieudana. Wizualnie jednak film prezentuje się świetnie, scenografia jest kolorowa, raczej jaskrawa ale kolory przywołują przyjemne myśli.

Powszechnie wiadomo jednak, że musical stoi piosenkami, a te w „Córkach dancingu” są raczej przeciętne, a momentami słabe. Teksty przypominają trochę amatorską próbę stworzenia musicalu śpiewaną przez prostych ludzi przy alkoholu… no dobra nie jest aż tak źle, ale rzeczywiście było parę momentów przy których się skrzywiłem słysząc toporność słów wyśpiewywanych przez bohaterów. Swoją drogą w napisach początkowych można przeczytać, iż teksty i muzykę zawdzięczamy Balladom i Romansom. Przez chwilę pomyślałem, że chodzi tu o Mickiewicza, jak się jednak okazuje na końcu (a właściwie mając na uwadze to co napisałem można się tego domyślić wcześniej) chodzi o zespół Ballady i Romanse – więc jak kogoś za miałkość literacką winić, to ich.

cd3

Zamyka się to jednak niejako w całość, w końcu film opowiada o syrenach. Wątek fantastyczny jest przyjemny, choć niezbyt rozbudowany. Na pewno godny pochwalenia jest sam koncept zszycia tak odległych stylistycznie światów, a i wyraźnych „szwów” nie widać.

Podsumowując, „Córki dancingu” mnie nie urzekły, ale doceniam i całym sercem pochwalam próbę stworzenia czegoś do tego stopnia oryginalnego. Nic dziwnego, że film odnosi sukcesy na festiwalach, w szczególności nie dziwi fakt, że to właśnie festiwal w Sundance docenił dzieło Agnieszki Smoczyńskiej, bo przecież reżyserka wzięła na warsztat gatunek typowo amerykański. Czy ma to jednak sens w świecie, w którym kino gatunków tak naprawdę przestaje istnieć oddając pola uniwersalnemu kinu autorskiemu? Wydaje się, że tak, choć na pewno nikt nie życzyłby sobie powrotu do tak wyraźnego kiedyś podziału gatunkowego.

„Homar”

„Homar”, który z jakiegoś powodu funkcjonuje w polskiej dystrybucji jako „The Lobster” to pierwszy anglojęzyczny film Yorgosa Lanthimosa. Reżyser po sukcesie „Alp” i „Kła” wyrósł na największą gwiazdę Greckiej Nowej Fali. Często jednak bywa, że debiut na szerokich wodach kinematografii stricte komercyjnej dla twórców europejskich wypada blado. Czy tak było i tym razem?

Częściowo niestety tak… ale po kolei. Akcja „Homara” dzieje się w przyszłości, w tym świecie każdy samotny człowiek przenoszony jest do hotelu, gdzie ma 45 dni na poznanie partnera. W przypadku niepowodzenia zostaje operacyjnie zamieniony w wybrane przez siebie zwierzę. Główny bohater – David (w tej roli Colin Farrell) rozstaje się z żoną i zgodnie z regułami zostaje przeniesiony do hotelu, a jako swoje zwierzę wybiera właśnie homara.

Film jest z wszechmiar dziwny i na pewno był jako taki planowany, bo właśnie to wydaje się być cechą charakterystyczną dzieł Lanthimosa. Tylko niestety mam wrażenie, że temat przez reżysera wybrany nie wystarcza na udźwignięcie tego typu formy, w końcu mamy tu do czynienia ze sprawą dość banalną i rozumianą instynktownie przez wszystkich – sensem zawierania związków i mechanizmem socjobiologicznym temu towarzyszącym. I tak jak w „Alpach” czy „Kle”, przez dużo wyższy ciężar gatunkowy tematu i przez „ciężki” styl estetyczny była zachowana pewna równowaga, to w „Homarze”, przez złagodzenie tematyki konstrukcja trochę się chwieje.

Niemniej jednak sam styl nadal robi wrażenie i jeśli ktoś żadnego filmu Lanthimosa jeszcze nie widział to na pewno warto. Reżyser uwielbia tworzyć nierealne sytuacje z jeszcze bardziej nierealnymi, wypranymi z emocji bohaterami. Nie są to jednak zwykle wyrachowani psychopaci, choć instynktownie z tym się widzowi kojarzą. Wydaje się, że emocje w nich istnieją, ale po prostu nie są manifestowane przez wyraz twarzy czy słowa. I dobrym przykładem jest tu właśnie „Homar”, Postać Davida i jego wybranki serca choć pozornie zachowują się tak samo, to rządzą nimi inne motywacje. Doświadczamy pewnego rodzaju dysonansu gdyż treść wypowiadanych przez bohaterów zdań jest dużo ważniejsza niż ich forma, której u Lanthimosa… właściwie nie ma. Aktorzy w ogóle nie intonują słów, nie uśmiechają się, ręce trzymają przy ciele eliminując gestykulację. Pozwala to postawić wyższe pytanie o sposób tworzenia komunikatu – ile można zabrać z formy, żeby nadal wszystko się zgadzało?

colin-farrell-the-lobster-2-xlarge

Nie można również nie wspomnieć o naprawdę pięknych, niepowtarzalnych kadrach, które serwuje nam „Homar”. Zawdzięczamy to na pewno otoczeniu w jakim został nakręcony – sam hotel położony jest nad brzegiem morza, obok znajduje się las. Wszystko to utrzymane jest w szarej kolorystyce. Reżyser nie oszczędził również powtykiwania tu i ówdzie jakiejś dziwności, co choć jest umotywowane fabularnie, służyło jak się wydaje głównie wizualiom.

Czy warto więc zobaczyć najnowszy obraz Yorgosa Lanthimosa? Szczerze mówiąc miałem wątpliwości, patrząc przez pryzmat poprzednich dokonań reżysera. Ale właściwie to nadal jest bardzo dobry film. Ba, biorąc pod uwagę jego szeroką dystrybucję, w niektórych kinach (multipleksach oczywiście 🙂 ) to na pewno będzie najlepszy film tam wyświetlany.

„El Clan”

Film Pablo Trapero został nagrodzony w Wenecji oraz wygrał nagrodę Goyi dla najlepszego filmu zagranicznego (przyznawaną filmom hiszpańskojęzycznym spoza Hiszpanii – „El Clan” to film argentyński). Muszę od razu jednak stwierdzić, że w mój gust nie trafił…

„El Clan” to czystej maści kino rozrywkowe, w schemacie gangstersko – sensacyjnym. Tytułowy klan to: ojciec Arquimedes – szef, syn Alex – następca tronu, matka Epifania – kura domowa, podtrzymuje ognisko domowe, poza tym dwie córki, które udają że o niczym nie wiedzą, przygłupi syn marnotrawny Maguila (zupełnie w typie Fredo z „Ojca chrzestnego”), najmłodszy syn Guillo, który dowiadując się o działalności ojca postanawia od sprawy się odciąć. A działalnością jest porywanie ludzi dla okupu. Wszystko idzie dobrze, ale delfin Alex poznaje dziewczynę i chce skończyć z przestępstwami. Do tego dochodzi powiązanie Arquimedesa z juntą i przyzwolenie władz ma ten nietypowy biznes.

Nie da się ukryć, że całość jest schematyczna i przewidywalna, ale to w zasadzie nie umniejsza wartości rozrywkowej „El Clan”. Całość ogląda się naprawdę dobrze, nie można nic zarzucić realizacji, aktorom itp. Nie brakuje elementów komediowych, film, trochę paradoksalnie, utrzymany jest w lekkiej atmosferze, ale właściwie już nie takie paradoksy na ekranach kin obserwowaliśmy.

Tak na marginesie, skłania to do refleksji nad tym co buduje atmosferę w filmie i dlaczego taka ilość przemocy nie robi na widzach wrażenia. Niestety jest to głębszy problem, ponieważ w obecnych czasach można nakręcić film o porwaniach i morderstwach w miły, zabawny i przyjemy sposób. Oczywiście nie należy obarczać tymi zarzutami bezpośrednio twórców „El Clan”, to raczej wpływ kultury amerykańskiej (nie tej łacińskiej, raczej germańskiej), która skutecznie przejęła przytłaczającą większość kulturowego przekazu.

clan2

Martwi też bardzo jednoznaczne przedstawienie w filmie junty wojskowej rządzącej Argentyną 1976-82. Absolutnie nie zamierzam bronić działalności tamtej władzy, powinno się jednak oczekiwać trochę bardziej wysublimowanego i refleksyjnego punktu widzenia i pokazać sytuację z różnych stron. A „El Clan” wita nas planszą z napisem, że junta była najgorszą dyktaturą jaką można było sobie wyobrazić. Pewnie zresztą tak rzeczywiście było, ale w zasadzie z całości filmu nie do końca to wynika, co kontrastuje z tymi „założeniami wstępnymi”.

Znowu wyszło na to, że narzekam, bo coś jest zbyt rozrywkowe. Tak więc oświadczam: jeśli szukacie rozrywki to to jest bardzo dobry wybór.

„Wkraczając w pustkę”

Zwykle, gdy zobaczy się film tak dobry jak opisywane wcześniej „Love”, to zaczyna się zgłębiać filmografię reżysera. A poprzednim dziełem w dorobku Gaspara Noe było „Wkraczając w pustkę” z 2009 roku.

Film ten w konstrukcji bardzo przypomina „Love”. Główny bohater – Oscar jest dilerem narkotykowym, w wyniku niedługiej serii wydarzeń zostaje zastrzelony przez policję. Jego duch jednak krąży nad Tokio (bo tam dzieje się akcja filmu), odwiedzając znajomych, czasem wybiegając w przyszłość, czasem wracając do minionych wydarzeń. Gdy Oscar jeszcze żyje oglądamy świat jego oczami, jego postać możemy zobaczyć w lustrze lub okazjonalnie zobaczyć jego plecy. Perspektywa nieco się zmienia gdy obcujemy z jego metafizycznym odpowiednikiem – oglądamy lot nad miastem, duch głównego bohatera przenika przez ściany, i inne fizyczne obiekty.

etv2

Wychodzi to bardzo dobrze, wręcz traci się poczucie fizyczności. Zresztą to właśnie wizualia są największą siłą filmu. Od samego początku obserwujemy po prostu kalejdoskop migających kolorów, a migają nie tylko obiekty przedstawione w filmie, ale również cały obraz często zmienia kolor z częstotliwością właściwie stroboskopową. Cała akcja dzieje się w nocy, co pozwala nie tylko znacznie uatrakcyjnić efekty kolorystyczne przez powstający kontrast, ale również…

Zbudować niepowtarzalny klimat, bo dla bohaterów „Wkraczając w pustkę” noc jest całym życiem. Oscar – jest dilerem, jego siostra Linda jest striptizerką, przyjaciel Alex jest malarzem. Wszystko z czym mają kontakt jest obskurne, wręcz obrzydliwe, bez przerwy pobrzmiewa bardzo męcząca, głośna muzyka charakterystyczna dla nocnych klubów. W podobny sposób jest przedstawiona seksualność (no może poza ostatnimi scenami), której w filmie nie brakuje. Również sama historia, która doprowadziła do śmierci Oscara do przyjemnych nie należy.

Bardzo silnie zaznaczony jest motyw reinkarnacji, bo byt głównego bohatera nie wędruje bez celu, zmierza do znalezienia sobie nowego ciała, a cały proces jest wyjaśniany w pierwszej fazie filmu parafrazą fragmentu tybetańskiej księgi.

Tak jak doceniam jakość filmu szczególnie w sferze czysto wizualnej, konsekwencję i spójność z jaką całość została zbudowana, to muszę powiedzieć, że film jest trudny do oglądania, głównie przez dużą intensywność wrażeń wzrokowych i dźwiękowych. Sam temat jest też niestety niezbyt interesujący, w końcu oglądamy tak naprawdę narkotyczną wizję bohatera, który nie jest zresztą nadzwyczaj ciekawy.

Dogma #4 „Król żyje”

„Król żyje” Kristiana Levringa to czwarty i ostatni film „założycielski” ruchu Dogme 95. Tym razem następuje drastyczna zmiana otoczenia- zamiast zielonej Danii, piask Sahary.

Film opowiada o losach jedenastu przypadkowych ludzi podróżujących autobusem przez pustynię. Kierowca podąża jedynie według elektronicznego kompasu, który, jak się okazuje, zawiesił się. Bohaterowie muszą radzić sobie bez paliwa, 500 mil od prawidłowego kursu, w dawno opuszczonej wiosce pośrodku pustyni. Sytuacja jest beznadziejna, co nie przeszkadza emerytowanemu aktorowi Henry’emu (David Bradley) zaproponować wystawienia szekspirowskiego „Króla Leara” z udziałem towarzyszy.

I chciałoby się powiedzieć, że Szekspir komentuje wydarzenia w filmie tekstem dramatu, ale nie do końca tak jest. Całość dramatu nijak się ma do wydarzeń filmu. Natomiast poszczególne motywy pasują bardzo dobrze i wybrzmiewają dobitnie dzięki dobrej klasy aktorstwu. Są momenty, w których ciarki przechodzą po plecach, szczególnie gdy Henry wypowiada kwestie króla Leara.

Na szczęście poza warstwą symboliczną istnieje dużo bogatsza sfera doczesna. Mamy tu do czynienia z motywem rozbitków na bezludnej wyspie, z tym że rozbitkowie to ludzie z krwi i kości. Mamy Henry’ego, który postanowił w tak dramatycznym momencie zrealizować jakby dzieło ostateczne, prawdopodobnie by rozliczyć się ze swoją przeszłością, która w filmie nie jest specjalnie zgłębiana. Mamy Ginę, która szuka przede wszystkim uwagi i naprawdę wiele jest w stanie poświęcić, by ją zdobyć. Mamy małżeństwo Raya i Liz, którzy nie mogą przestać się kłócić mimo śmierci zaglądającej w oczy. Jest również Charles, który żyje w jakiejś bańce rzeczywistości, przekonany o swojej wyższości zarówno intelektualnej, jak i fizycznej mimo że jest otyłym dziadkiem.

Jako, że to film Dogmy to otrzymujemy to w skrajnie realistycznej paczce  I to nadaje obrazowi Kristiana Levringa nowego znaczenia. Motyw przeniesienia tragedii Szekspira, tak mocno zakorzeniony w filmie zwykle wydawałby się czymś uwydatniającym wizję artysty, który dostrzegł tak ukrytą i niedostępną alegorię. A tu idea wystawienia sztuki w takim momencie od początku do samego końca wydaje się skrajnie głupim pomysłem, na który wpaść mógł tylko zmanierowany, zepsuty przez zachodnie społeczeństwo, nie znający innej pracy niż fach aktora artysta w osobie Henry’ego. Co z tego, że wypowie kilka trafnych słów, jeżeli umrze z głodu i pragnienia. Film zresztą wprowadza widza w pewną pułapkę, pokazując głosy sprzeciwu, wprost zauważające niedorzeczność takich działań. My im zaprzeczamy, bo sami chcemy wpaść w filmowe „szyny” po których jedziemy od samych początków kina.

„Love”

O najnowszym filmie Gaspara Noé głośno było głównie z powodu nieimitowanych scen miłości fizycznej. Takie rzeczywiście były, ba, było ich nawet dużo, ale czy można w tym obrazie znaleźć coś więcej?

Murphy to młody Amerykanin mieszkający w Paryżu. Wychowuje wraz z partnerką syna i nie jest z tego powodu zadowolony. Poznajemy go w momencie gdy odbiera telefon od matki swojej byłej dziewczyny – Elektry. Skłania go to do przemyśleń o płomiennym romansie, co oglądamy przez resztę filmu w ramach retrospekcji.

Historia niby prosta, ale przejmująca, a narracja prowadzona jest w mistrzowski sposób. Retrospekcja, choć praktycznie niepodzielona powrotami do teraźniejszości nie zachowuje porządku chronologicznego. Relacja głównego bohatera ma tutaj jakby postać zwoju, z czasem znajdujemy się coraz bliżej jego środka, docierając do fundamentów naprawdę głębokiego uczucia łączącego głównych bohaterów. Napotykamy też stale nawracające motywy. Brzmi dosyć zawile, ale to raczej mankamenty mojego opisu – ogląda się to dobrze, wątku się nie gubi.

love3

Dużą zasługę w dobrym odbiorze tego filmu ma postać głównego bohatera. Nietrudno się z nim identyfikować. Murphy jest człowiekiem idei, choć sam nie za bardzo wie jakiej. Jest zbuntowany, romantyczny, bardzo młody. Dialogi w filmie prowadzone są po angielsku, ale tylko Murphy zachowuje czystą wymowę. Powoduje to jakby uczucie przebywania razem z bohaterem w obcym świecie.

A same sceny erotyczne… rzeczywiście są naturalistyczne. I rozumiem, że może to kogoś oburzać, ale szczerze mówiąc pasowały do „Love” idealnie. Z początku jesteśmy nimi bombardowani i może się to wydawać męczące. I choć później intensywność nie spada, można dostrzec desperację i impulsywność działań bohaterów prowadzących do samych aktów, co usprawiedliwia tak częste ich występowanie.

love2

I muszę powiedzieć, że w kontekście czysto audiowizualnym film wypada wybitnie. Wspomniane sceny, mogłyby spokojnie być zaklasyfikowane jako pornograficzne, ale są zrobione z klasą. Muzyka również zasługuje na dużą pochwałę. Rzadko zdarza się żeby muzyka gitarowa, zahaczająca o rock dobrze wypadała w filmie, ale w tym przypadku dookreśla charakter głównego bohatera, czyli młodego, porywczego Amerykanina, mającego sentyment do amerykańskiej klasyki kina.

Podsumowując, „Love” to przede wszystkim film o niezwykłej historii miłosnej, zrealizowany w doskonały sposób. Erotyka, którą film tak naprawdę zasłynął, to nieodłączna jego część, bez której opowieść straciłaby wymiar realności, głębię emocji i zachowań. Na pewno nie została „doklejona” do filmu w celu zszokowania widza, co wielu mogłoby zarzucać.

Dogma #1 „Festen”

Pierwszym filmem stosującym się do wymagań stawianych przez „Ślub czystości” było „Festen” jednego z jego sygnatariuszy Thomasa Vinterberga. Oczywiście certyfikat o tym zaświadczający został wystawiony, podpisany między innymi przez samego autora.

Fabuła filmu opowiada o spotkaniu rodzinnym, okrągłej rocznicy urodzin seniora rodu – Helge, odbywającym się w hotelu na duńskiej prowincji. Rodzina jest bardzo duża. Niestety najstarsza siostra popełniła niedawno samobójstwo. Film zdaje się być opowiadany z perspektywy Christiana – najstarszego brata, ale warto również zwrócić uwagę na Michaela, który zawsze był w jego cieniu i za wszelką cenę chciałby go zastąpić w oczach ojca. Rodzina sprawia wrażenie zgranej, poukładanej i dobrze wyglądającej, czy jednak tak jest naprawdę…

Największą rolę w tym filmie grają emocje. Są stopniowane w mistrzowski sposób, a główne wydarzenia filmu mocno zaskakują. Niełatwy temat przedstawiony w filmie, jest przy tym bardzo złożony. Im mroczniejsze sekrety wychodzą na jaw tym lepszą fasadę wystawia Helge (ojciec rodu), tym bardziej broni go jego żona, i niedoceniany wcześniej brat – Michael. Wszystko jest przy tym subtelne i nierzucające się w oczy.

A przy tym film ma jakby wbudowany, fizyczny wskaźnik emocji, trochę jak z burzą w „Dwunastu gniewnych ludzi”. Stan emocjonalny bohaterów wprost współgra z dynamiką całonocnej imprezy, i tak zaczynamy od poznania bohaterów, spokojnych, zdawkowych rozmów, wspomnień z dawnych lat. Jednak z czasem i ilością spożytego alkoholu emocje narastają drastycznie, by w końcu po kilku godzinach snu, rano, przy śniadaniu zmaleć do poziomu przy którym da się je opanować i przedsięwziąć rozsądne działania.

Przed powstaniem tego filmu założenia Dogmy istniały tylko na papierze. Czy przeniesienie ich wprost na taśmę filmową miało sens? Jak najbardziej tak. To czego wymaga Dogma to skrajny realizm i w „Festen” działa to świetnie. Można się wręcz wtopić w atmosferę filmu i zmieniać swój stosunek do poszczególnych bohaterów w tym samym czasie co inne postaci. Technicznie nie można niczego temu filmowi zarzucić. Z całą pewnością był to godny początek, dzieło doskonale ilustrujące założenia Dogmy 95.

Trzeba również dodać, że jest to obraz niełatwy do przetrawienia. Widz przez cały seans czuje się niezręcznie, będąc świadkiem tak nieprzyjemnej sytuacji. Czy warto więc oglądać film, który wywołuje negatywne emocje? Naszym zdaniem każdy obraz wywołujący jakiekolwiek silne emocje jest warty zobaczenia. Świadczy to o autentyczności świata przedstawionego w filmie i uczucia, których doświdczamy pchają nas do dłuższych i intensywniejszych przemyśleń.