„Reedukacja Cameron Post” – recenzja

Mam ogromną słabość do tzw. filmów coming-of-age, a jednym z nich jest właśnie obraz Desiree Akhavan. Portretują ludzi w jednym z najważniejszych okresów życia, w którym wszystko jest nowe i fascynujące. Te emocje służą sztuce filmowej, służą też urokowi Cameron Post, która…

Jest nastolatką, chodzi do liceum, ma chłopaka, ale tak naprawdę zakochana jest w koleżance – Coley. Podczas balu na zakończenie roku szkolnego dochodzi do zbliżenia Coley i Cameron. Niestety dziewczyny zostają nakryte. W konsekwencji główna bohaterka zostaje wysłana do ośrodka „Boża obietnica” – chrześcijańskiej instytucji mającej u osadzonych zwalczać grzech „pociągu do tej samej płci”. Dalsza część filmu to perypetie Cameron i jej przyjaciół w ośrodku oraz retrospekcje z historii związku dziewczyn.

Temat jest poruszający. Szykanowanie ze względu na przyrodzone cechy zakrawa o okrucieństwo, szczególnie, że mówimy o ludziach młodych, wchodzących w dorosłość, odkrywających swoją seksualność, wrażliwych na wpływy otoczenia, więc podobne działania mogą trwale obniżyć poczucie własnej wartości i spowodować realne skutki w ich psychice. Ale w „Reedukacji…” ten temat jest złagodzony. W środowisku w którym przebywają bohaterowie homoseksualizm jest uznawany za coś zupełnie nie do pomyślenia, co wynika głównie z konserwatywno-chrześcijańskich przekonań społeczności, w związku z czym tytułowa reedukacja nie jest tak szokująca jak dla widzów. Poza tym akcje w samym ośrodku są wyśmiewane przez bohaterów, co tworzy ironiczną, może wręcz pastiszową atmosferę.

Oczywiście istotny jest rozwój głównej bohaterki. Cameron przechodzi różne etapy akceptacji samej siebie, nawet przez moment zdaje się wierzyć, że popełnia grzech i powinna to w sobie zwalczać, na szczęście ostatecznie dochodząc do poprawnych wniosków, co jest zwieńczone symbolicznym wejściem w dorosłość. Sam proces jest dobrze pokazany, może momentami sytuacje są trochę przerysowane, co jednak pasuje do konwencji filmu.

A konwencja jest wyraźna i silna. Gatunkowo jest to trochę kino high-schoolowe, z młodymi, często jednowymiarowymi postaciami, z charakterystycznym światem w którym przyszło im funkcjonować. Zresztą historia została osadzona w latach 90-tych, co jest udanym retro-opakowaniem, przy okazji wzmagając szkolne wrażenie, mimo, że samej szkoły w filmie nie ma. Na szczęście historia jest znacznie lepsza niż zwykle w tego typu produkcjach.

Film jest absolutnie uroczy, głównie za sprawą samej Cameron i wcielającej się w nią aktorki – Chloë Grace Moretz. Jej niepewność, ale również prostota, logika w zachowaniu i wypowiadanych słowach, przy tym nieprzeciętna uroda, sprawiają, że obserwowanie jej na ekranie to czysta przyjemność. Dokładając do tego wszechobecne w filmie pragnienie wolności, pewne zagubienie i poszukiwanie, typowe dla filmów o dorastaniu, dostajemy bardzo estetyczny, ale jednocześnie wiążący emocjonalnie obraz.

„Reedukacja Cameron Post” to obraz o niezwykłym uroku, dzięki tytułowej postaci, ale też udanej stylizacji na lata 90-te i osadzeniu w estetyce filmów o amerykańskiej szkole średniej. Podkreślić należy również wybór ważnego tematu, który jednak nie przytłacza. Bardzo dobry film.

Film widziany na Festiwalu Transatlantyk w Łodzi transatlantyk.org

„Bez daty, bez podpisu” – recenzja

Moja dotychczasowa eksploracja kina irańskiego była dość powierzchowna. Jednak regularnie zdobywane przez irańskich reżyserów nagrody (również autor recenzowanego filmu Vahid Jalivand został już nagrodzony w Wenecji) i moje prywatne doświadczenie pozwalały wierzyć, że „Bez daty, bez podpisu” to dzieło warte uwagi. Czy rzeczywiście?

Na ekranie obserwujemy historię Doktora Narimana, sądowego patologa, który wracając wieczorem do domu potrąca motocykl, na którym przez ojca wieziony jest 8-letni Amir. Nariman załatwia sprawę polubownie – daje rodzinie pieniądze i poleca udać się do najbliższego szpitala. Następnego dnia znajduje Amira w kostnicy. Po sekcji zwłok chłopca stwierdzono zatrucie jadem kiełbasianym, spowodowane przyniesionym przez ojca zepsutym mięsem. Jednak Doktor ma wątpliwości, czy to nie on jest sprawcą śmierci.

W filmie Jalilvanda uderza przede wszystkim ogromny dramat rodziny Amira, w szczególności ojca, który bezpośrednio poczuwa się do odpowiedzialności za wydarzenia. Warto w tym miejscu również docenić doskonały występ aktora wcielającego się w tę rolę – Navida Mohammadzadeha – to zrobiło już Jury festiwalu w Wenecji. Smutek i desperacja Moosy są wręcz namacalne, co budzi u widza autentyczne współczucie.

Po drugiej stronie sytuacji znajdują się moralne rozterki doktora, w którym kiełkuje poczucie winy – jednak jak się wydaje nie z powodu samej śmierci chłopca, a raczej spowodowane niedopełnieniem przepisów, nie zachowaniem się odpowiednio, również mając wzgląd na wykonywaną przez siebie profesję. To niezwykłe, ale nie nierealne zjawisko – irracjonalne poczucie winy, rodzaj przeniesienia, mimo braku logicznych przesłanek. Nariman jakby chciał ponieść karę i mocno do tego dążył. Poczucie sprawiedliwości ceni wyżej niż swój komfort i poziom życia – a stawka jest przecież duża.

Świetnie w „Bez daty, bez podpisu” działa pewien dualizm, antagonizm dwóch bohaterów. Mają różne charaktery – Moosa jest porywczy, Nariman stonowany, kalkulujący, pochodzą z różnych środowisk, są w różnej sytuacji i w inny sposób dążą do jej rozwiązania. To co ich łączy to pragnienie zadośćuczynienia, poniesienia kary, co pozwoliłoby im choć w części odzyskać spokój.

To nie jest lekki film, łatwo przejąć się losami bohaterów. Emocje są silne, potęgowane przez bardzo gęstą atmosferę, powolne tempo, następstwo wydarzeń, przywodzące na myśl grecką tragedię. To intymna historia, zamieszanych jest w nią zaledwie paru bohaterów, a całość skupiona jest na jednej sytuacji i jej konsekwencjach. Swoje dokłada też osadzenie geograficzne – wszędzie obecny irański piasek, wypalenie krajobrazu powodują uczucie surowości, nieprzyjazności co idzie w parze z dramatyczną narracją.

Estetycznie – niewiele się w filmie dzieje. Statyczna kamera, długie kadry, nic specjalnego – ot europejska klasyka. Interesujące są natomiast ujęcia kręcone w samochodzie Narimana, których jest bardzo dużo – między innymi od takiego się zaczyna i na takim kończy się film. W pamięć zapada szczególnie scena rozgrywająca się we wstecznym lusterku, co daje ciekawy efekt skupienia wzroku na bardzo małym wycinku ekranu.

„Bez daty, bez podpisu” to dowód na to, że w kinie ogromnie ważna jest po prostu historia. Nie potrzeba technicznych fajerwerków, popisów aktorskich, dopracowania każdego kadru – z dobrą historią jesteś królem… no może księciem. Koronacja następuje, gdy pozostałe składniki masz na przyzwoitym poziomie, tak jak Vahid Jalilvand.

Film widziany na Festiwalu Transatlantyk w Łodzi transatlantyk.org

„Niepoczytalna” – recenzja

Dobrze widzicie: to jest tekst o amerykańskim filmie. Do tego autorstwa Stevena Soderbergha – człowieka o opinii wymiatacza kina akcji. Na szczęście „Niepoczytalna” nie jest standardowym produktem z Hollywood – nakręcona telefonem, zarówno wizualnie jak i narracyjnie mieszająca świat rzeczywisty z ułudą. Ciekawy to stworek doprawdy.

Sawyer Valentini dopiero co przeprowadziła się do nowego miejsca, znalazła pracę. Przed zmienieniem otoczenia miała pewne problemy ze zdrowiem psychicznym, wyszukuje więc pobliski szpital psychiatryczny i udaje się tam szukając porady. Na miejscu zostaje oszukana i wbrew woli zamknięta w zakładzie na 7 dni. Jak się następnie okazuje sytuację wykorzystuje prześladujący ją mężczyzna, który pod przykrywką dostaje w szpitalu pracę, albo tak tylko Sawyer się wydaje…

I to właśnie na tych niejasnościach opiera się film Soderbergha. Czy Sawyer wymyśliła sobie objawy, czy u psychologa mówi prawdę, w końcu czy to co widzimy na ekranie to świat rzeczywisty, czy produkt jej wyobraźni. Te dylematy są zresztą udanie utrzymywane nie zamieniając się w pytania retoryczne w pierwszej części filmu. Później wątpliwości jest mniej, ale w sumie to też wychodzi na dobre, bo zmiana następuje tuż przed tym (lub tuż po tym – w zależności od indywidualnej percepcji), gdy koncepcja staje się powtarzalna i męcząca.

Film zresztą zgrabnie dozuje napięcie, początkowo prezentując zdarzenia w atmosferze żartu, niewinnej pomyłki, która sama się wyjaśni, by potem wyraźnie sugerując, że bohaterka rzeczywiście ma poważne problemy psychiczne,  wysunąć na pierwszy plan realne zagrożenie, jednocześnie przyspieszając akcję i zagęszczając, zaostrzając narrację. Co prawda to końcowe tempo i częste zwroty akcji mają już bardzo hollywoodzki sznyt… ale w sumie na zdrowie, zezwalam, da się znieść.

Docenić należy również samą postać Sawyer Valentini i występ Claire Foy. Bezkompromisowa, zdecydowanie stawiająca na swoim. Zaradna, mająca problemy, ale ukrywająca je przed światem. Bohaterka wzbudza sympatię, jest zabawna, ale też „pozwala” widzowi na współczucie do siebie. W pamięci zapada szczególnie monolog w izolatce, przede wszystkim przez sposób jego wypowiadania, ale też „grę ciałem” (a przemycę sobie piłkarski termin), czyli to w jaki sposób bohaterka przechodzi z osaczenia do ataku, momentalnie przez ten kontrast sprawiająca wrażenie silnej i zdecydowanej, wręcz fizycznie silnej mimo niskiego przecież wzrostu.

Co do spraw technicznych – to chyba najgłośniejsza cecha filmu – „Niepoczytalna” została nakręcona telefonem. Dokładnie był to iPhone 7 Plus, nagranie zostało zarejestrowane w rozdzielczości 4k oraz zamiast domyślnej aplikacji aparatu użyto takiej pozwalającej na większą ingerencję w parametry nagrywanego obrazu. Nie jest to pomysł nowy, podobnie zrobiono w filmie „Mandarynka”, gdzie użyto wcześniejszego modelu telefonu tej samej marki. Ale jak to wyszło w filmie Soderbergha (który zresztą jest również autorem zdjęć)? Postęp w technologii jest widoczny na pierwszy rzut oka, bo tak jak „Mandarynka” wyglądała nieźle, to jednak praktycznie całość filmu była kręcona w pełnym kalifornijskim słońcu, natomiast „Niepoczytalna” wygląda co najmniej tak samo dobrze mimo zdecydowanie mniej sprzyjających kinematografii warunków – ciasnych pomieszczeń, światła sztucznego lub księżycowego. Widać co prawda, że nie jest to kamera doskonała, ale dość sprytnie imituje to jakby retro filtr, co dodaje obrazowi uroku i pasuje do historii.

Poza samą jakością obrazu, trzeba też zauważyć, że sposób kręcenia również służy narracji – częste są ekstremalne zbliżenia na twarz, obraz często jest rozedrgany. Warto zwrócić uwagę również na kolorystykę, często się zmieniającą, nienaturalną oraz na filtr optyczny tworzący efekt zakrzywienia linii prostych. Sprzyja to atmosferze szaleństwa, zagrożenia, jakby koszmaru sennego, co jest kluczowe dla odbioru filmu.

I taka właśnie jest „Niepoczytalna” – dobrze tworząca atmosferę, z ciekawą bohaterką, dynamiczną narracją, ciekawą, zaskakującą historią. Amerykański film akcji, ale taki który wszystko robi dobrze, używa nietypowych środków formalnych, a któremu bardzo służy pewna formalna skromność – dobre wykorzystanie narzuconych sobie ograniczeń technicznych. Podsumowując – duży plus.

Film widziany na Festiwalu Transatlantyk w Łodzi transatlantyk.org

Nigdy nie będzie takiego lata

0

24.06.2018

Bądź mną

wracaj z żoną późnym wieczorem z dwutygodniowego urlopu w Bieszczadach

byłeś odcięty od cywilizacji

nie miałeś internetu, telewizora

urlop był świetny, więc nie były potrzebne

ciężka droga, bo ciągle pada deszcz

pewnie bez powodzi się nie obędzie

Borelo Ravela i inne hity, które sobie zgrałeś umilają Ci jazdę

wjedź na stację kupić piwo, jakoś mało ludzi

dojedź do domu, wypij piwo i spać, bo zmęczony.

Czytaj dalej Nigdy nie będzie takiego lata

Sezon drugi

Oficjalnie rozpoczynamy drugi sezon podcastu. Rozszerzamy tematykę, zmieniamy formułę.

Wszystkie odcinki opublikowane po tym wpisie są częścią drugiego sezonu, do odwołania

Lee Chang-Dong

Lee Chang-Dong, czy w zasadzie w układzie europejskim Chang-Dong Lee to reżyser koreański, w ostatnich czasach goszczący na festiwalach, autor zaledwie pięciu filmów. Pomimo tak niewielkiego dorobku, zachwyca widzów, w tym mnie.

Lee, urodzony w Daegu wychował się w rodzinie o zdeklarowanych lewicowych poglądach – jego ojciec był działaczem partii robotniczej, choć sam nigdy nie pracował. Wykształciło to w Lee głęboką niechęć do ojca i szczególne uwielbienie matki, co ma odbicie w wizji kobiet jaką ukazuje w swoich filmach. Nie jest jednym z tych artystów, którzy bronią się przed wypowiadaniem na tematy polityczne, można to zauważyć zarówno w jego drugim dziele – „Miętowym cukierku”, świadczy o tym także fakt, że przez krótki czas pełnił funkcję Ministra Kultury Korei. Lee nie ma wykształcenia stricte filmowego, choć praktycznie od zawsze zajmuje się opowiadaniem historii – był pisarzem. Krąży anegdota, iż ostatecznie zarzucił to zajęcie, gdyż zniszczeniu uległ komputer, na którym przechowywał już gotową powieść. Szlify zdobywał na planie u innego koreańskiego twórcy – Parka Kwang-Su, dla którego napisał dwa scenariusze. Ostatecznie do tworzenia filmów miała go przekonać podróż z wyżej wspomnianym reżyserem na festiwal filmowy w Europie, gdzie uświadomił sobie prostotę przekazu, którą można osiągnąć poprzez kino, imponowała mu również łatwość z jaką filmy są publikowane, a z czym miał problemy przy swoich powieściach.

A jakie jest kino Lee? Można powiedzieć, że przeszło (krótką) ewolucję, w 3 ostatnich filmach osiągając stabilny, bardzo wysoki poziom. Ale pierwsze dwa filmy – „Zielona rybka” i „Miętowy cukierek” również nie mają się czego wstydzić.

„Zielona rybka” to próba przeniesienia filmu gangsterskiego na grunt koreański. Lee pod lupę wziął koreańską mafię – Kkangpae. Film jest w stylu „nowoczesnego noir”, pełny schematów znanych z filmów zachodnich – główny bohater do mafii trafia kompletnie przypadkiem, szef jest groźnym lecz przyciągająco interesującym typem, z piękną dziewczyną, która oczywiście zakochuje się w głównym bohaterze. Współpracuje z organizacją przestępczą, bo chce ocalić rodzinny biznes. W każdym razie fabularnie nic specjalnego, ale Lee sprytnie wplata w historię tematy społeczne i trudności moralne z jakimi muszą się zmagać bohaterowie, pokazuje mechanizm przywiązywania się do organizacji, akceptowania i przyswajania jej zachowań jakkolwiek błędne i niewłaściwe by nie były. Można powiedzieć, że Lee swoim debiutem testował na ile publiczność i krytycy zaakceptują trudny temat i w jakim stopniu może odejść od kina rozrywkowego. Najwyraźniej uznał, że ma spory zapas.

„Miętowy cukierek” to historia innego kalibru. Reżyser chciał pokazać najnowszą historię Korei z perspektywy jednego człowieka, który akurat znajdował się w kluczowych momentach w centrum wydarzeń – gdy strzelano do studentów to główny bohater został powołany do wojska, gdy policja podejmowała nielegalne działania to główny bohater pracował w policji. Wszystko podszyte jest głębokimi emocjami, szczególnie podkreślanymi przez skomplikowaną relację bohaterów. Film jest zrealizowany w ciekawy sposób – w pierwszych scenach oglądamy próbę samobójczą, a reszta obrazu to retrospekcja sukcesywnie cofająca się w czasie do kluczowych wydarzeń. Zachowana jest odwrotna kolejność chronologiczna – godna zainteresowania metodyczność. Warto zauważyć również śmiałość z jaką reżyser rozlicza się z wciąż wtedy świeżymi wydarzeniami w kraju, podkreślając, że tragiczne zdarzenia nie były powodowane tylko ludzkim złem, ale były efektami stresu i pochopnych decyzji, a system władzy pochłaniał również młodych, naiwnych ludzi, którzy w sferze rządowej pracowali przypadkiem.

„Oazą” Lee Chang-Dong zdobył uznanie światowej publiczności – zrobił furorę na festiwalu w Wenecji. Z początkiem filmu główny bohater – Hong Jong-Du wychodzi z więzienia i od razu pakuje się w kłopoty, po kilku minutach orientujemy się, że jest niepełnosprawny intelektualnie. Wszystko co robi jest pochopne, jakby nie był w stanie przewidzieć żadnych konsekwencji. Do więzienia trafił na skutek spowodowania wypadku ze skutkiem śmiertelnym i jedną z pierwszych rzeczy, którą postanawia zrobić po odzyskaniu wolności jest odwiedzenie dzieci ofiary – mężczyzny w średnim wieku i jego siostry. Han Gong-Ju choruje na porażenie mózgowe – nie potrafi się samodzielnie poruszać, potrafi wypowiedzieć jedynie kilka słów, a i wtedy jest ledwo zrozumiała. Gdy Hong Jong-du nachodzi ją w jej mieszkaniu, nie ma złych zamiarów, zostawia jej nawet telefon do siebie, jednak gdy zbliża się do dziewczyny nie może się opanować i próbuje ją zgwałcić. Gong-Ju z przerażenia mdleje, a chłopak panikuje i ucieka. Dziewczyna jednak po paru dniach do niego dzwoni.

„Oaza” przez ten przerysowany przykład bardzo dobrze ukazuje emocje i relacje łączące ludzi. Mówi o potrzebie bycia kochanym i akceptowanym przez drugiego człowieka, potrzebie, która nie zanika wraz z niepełnosprawnością. Gong-ju chce się zadawać z Jong-du, bo jako jedyny okazał jej zainteresowanie – jej brat potrzebuje jej tylko po to, aby otrzymać zasiłek, a gdy akurat nie ma wizyty opieki społecznej to zamyka ją w mieszkaniu samą, płacąc sąsiadom za opiekę. Oni nie przykładają do obowiązków dużej wagi, praktycznie wpadając do kobiety tylko na kilka minut dziennie, bez konsekwencji bo przecież jest praktycznie niemową. Również Jong-du jest ofiarą – nie potrafi kontrolować swoich odruchów, co oczywiście nie stanowi o braku winy w przypadku popełniania przestępstw, jak się jednak okazuje rodzina wykorzystuje jego naiwność i obarcza go winami za czyny których się nie dopuścił.

Trzeci film Lee to w końcu piękna historia miłosna, ukazująca zarówno rodzące się uczucie, to jak się rozwijało, ale również tragiczny finał. I mimo, że jest to historia ze wszech miar dziwaczna – dwoje niepełnosprawnych ludzi, niezdolnych do życia w społeczeństwie, nie będących w stanie ze sobą rozmawiać, to pozostaje rozczulająca i budzi pozytywne emocje. Reżyser przy tym pokazuje,że wystarczy odrobina zainteresowania okazana innej osobie, której tego zainteresowania brakuje, by wywołać w niej bardzo silne przywiązanie. Próba gwałtu, która, trochę paradoksalnie, połączyła bohaterów była przy tym wydarzeniem jakby oczyszczającym. W sprawcy wywołała poczucie winy i chęć opieki nad ofiarą, a w ofierze była pewnego rodzaju gratyfikacją, uznaniem jej człowieczeństwa poprzez postawienie jej w roli obiektu seksualnego.

„Oaza” to również krytyka koreańskiego społeczeństwa i bezduszności systemu opieki społecznej, czy sądownictwa. Opiece społecznej zarzuca opieszałość w wykonywaniu obowiązków i co gorsze brak możliwości zapewnienia bezpośredniej opieki, przerzucając odpowiedzialność na rodziny, co nie zawsze daje pożądany efekt. Systemowi karnemu zarzuca przekupność, która w Korei jest w zasadzie akceptowana – nawet najcięższe zbrodnie mogą być zapomniane o ile ma się wystarczającą ilość pieniędzy i uda się doprowadzić do ugody. Ten sam wątek poruszany jest zresztą w „Poezji”

„Oaza” to film z rodzaju tych, o których bardzo trudno zapomnieć. Głównie za sprawą doskonałej historii, w której zadbano o najdrobniejsze szczegóły i która wywołuje ogromne emocje. Stało się to zresztą jakby znakiem firmowym Lee i można powiedzieć że film był momentem przełomowym dla artysty. Wydaje się, że zakończył fazę eksperymentów i odnalazł własny, unikalny styl, którego trzymał się w kolejnych dziełach.

Czwartym filmem Lee Chang-Donga jest „Sekretne światło”. Lee Shin-Ae po śmierci męża postanawia przeprowadzić się wraz z synem z Seulu do małego miasteczka Miryang (co oznacza właśnie sekretne światło). Jako była pianistka zarabia w roli nauczycielki gry na pianinie. Po miasteczku szybko rozchodzą się (nieprawdziwe) plotki o rzekomym majątku Shin-Ae, w skutek czego dochodzi do porwania jej syna. Jako że kobieta faktycznie nie ma pieniędzy, jej syn zostaje zabity. Oczywiście Shin-Ae wpada w uzasadnioną rozpacz, a pocieszenie odnajduje w chrześcijaństwie. Gorliwie się modląc, w końcu zdobywa się na wybaczenie zabójcy syna, co więcej postanawia poinformować o tym sprawcę. Podczas rozmowy okazuje się że zabójca również się nawrócił i prosił Boga o wybaczenie. W efekcie kobieta czuje się zdradzona przez Boga i religię, która mimo najwyższego poświęcenia które podjęła nie zapewniła jej ulgi czy pocieszenia.

„Sekretne światło” nie jest filmem antyreligijnym, ale sprawnie analizuje mechanizm przyjmowania religii i wykorzystywania jej do własnych celów. Shin-Ae skuszona obietnicą ukojenia, stawia wymagania wobec chrześcijaństwa, których ono nie potrafi spełnić. Wybaczając zabójcy chciała poczuć się lepsza, na wyższym poziomie moralnym. Interpretacja nie jest zresztą do końca zła – w końcu religia powinna pełnić również takie funkcje. Widać jednak, że zmiany jakich dokonała w sobie Shin-Ae są pozorne i płytkie – przecież gdyby naprawdę wybaczyła to nie miałaby problemu z brakiem poczucia winy zabójcy. Bohaterka nie jest za to piętnowana, choć pewnie przez chrześcijańskich fundamentalistów powinna być, w końcu w bestialski sposób, bez żadnego powodu zabito jej syna, czy naprawdę więc powinna dążyć do przebaczenia, a jeśli tak, to czy można ją winić, że nie zdołała tego uczynić.

Przy tym filmie warto również zwrócić uwagę na ukazanie przemocy u Lee. Jest jej dużo, ale nie jest w ogóle prezentowana na ekranie. Tragiczne wydarzenia pojawiają się w rozmowach bohaterów, widzimy działania do nich prowadzące, widzimy pośrednie skutki, ale nie widzimy samego aktu przemocy. To nawet wzmaga okrucieństwo tych zdarzeń, właśnie zwracając uwagę na reakcje bliskich. W końcu to nie sam akt zabójstwa jest zły (zabija się przecież również zwierzęta) ale fakt zakończenia życia ofiary i spustoszenie jakie takie działanie wywołuje w jej otoczeniu. To kwestia raczej filozoficzna – czy fizyczny przejaw działania odpowiada samemu działaniu? Lee udowadnia, że jest możliwe rozdzielenie tych dwóch składników, bez straty na sile przekazu.

Ten sam mechanizm zresztą reżyser zastosował w „Poezji”, która dla mnie jest najbliższym doskonałości dziełem Lee (a jest naprawdę blisko). Główną bohaterką jest Yang Mi-ja, starsza kobieta na co dzień opiekująca się wnukiem i dorabiająca sobie opieką nad chorym mężczyzną. Z wnukiem nie ma zbyt dobrego kontaktu, mimo ciągłych prób poprawy relacji z jej strony chłopak tylko ogląda telewizję i siedzi w swoim pokoju. Pewnego dnia dzwoni do niej ojciec jednego z kolegów wnuka z prośbą o spotkanie. Na miejscu okazuje się że grupa rodziców chce osiągnąć ugodę z matką dziewczynki, która popełniła samobójstwo po zbiorowym gwałcie dokonanym przez chłopców. Mi-Ja, co zrozumiałe, jest w szoku. Musi zmierzyć się z wieloma problemami – musi zdobyć pieniądze, które pozwolą na osiągnięcie ugody, ale przede wszystkim obwinia się o złe wychowanie nastolatka, co pogłębia wciąż ją pouczająca matka chłopca. Największym problemem pozostaje jednak zrozumienie i choćby częściowa akceptacja zdarzenia z którym przyszło jej się mierzyć. Kobieta, z potrzeby serca, zaczyna uczęszczać na zajęcia poezji.

„Poezja” to film bardzo uduchowiony. Jest oparty na motywie konfrontacji sfery sacrum i profanum, poezji i w tym wypadku wyjątkowo przygnębiającej i niewłaściwej rzeczywistości. A w środku tego wszystkiego jest umieszczona niewinna, po prostu dobra staruszka. W beztroski sposób przez matkę chłopca zostaje na nią zrzucona odpowiedzialność, z którą kobieta nie może sobie poradzić. Próbuje z całych sił zebrać pieniądze, choć nie powinna tego robić. Nie informuje o tym córki, częściowo z powodu urażonej dumy, częściowo z powodu głębokiego wstrząsu, który z pewnością ją dotknął.

Piąty obraz Lee to również piękny film pokazujący widzowi niezwykłą siłę sztuki na przykładzie poezji i to w jaki sposób nawet najbardziej żałosne życie może poprawić uwrażliwienie na piękno zwykłych rzeczy. Pokazuje również dużo ważniejszą funkcję poezji, która w tym kontekście okazuje się kluczowa – sztuka pozwala zastanowić się na jakich zasadach działa świat, co w tym świecie jest ważne. Ten aspekt jest podkreślany przez wrzucenie Mi-Ja do otoczenia, które sprawia, że to w czym uczestniczy nie wydaje się realne, mimo że co i rusz o tym przypomina.

Film opowiada również o problemach wychowawczych, jakich zwykle doświadcza się z dziećmi w wieku dojrzewania. Potęguje to różnica pokoleń i kompletne niezrozumienie chłopca, który nie chce dzielić się z problemami ze starszą kobietą. „Poezja” operuje również na płaszczyźnie czysto moralnej. W końcu co myśleć o rodzicach chcących przekupić matkę dziewczynki, która popełniła samobójstwo na skutek tak nieludzkiego czynu. Z drugiej strony to naturalne że chcą bronić swoich dzieci.

Ostatnie dzieło Lee to obraz łączący sprzeczności, ale w bardzo gładki, udany sposób. Film ogląda się z przyjemnością, doceniając kunszt z jakim została napisana ta historia. Zresztą doceniło to również jury festiwalu w Cannes przyznając Lee Złotą Palmę za scenariusz.

I chyba to właśnie scenariusze są tym co podnosi filmy Koreańczyka na tak wysoki poziom. Samo streszczenie filmów dostarcza emocji i pozostawia czytelnika, jak sądzę, w głębokiej konsternacji. Trudno się zresztą dziwić, w końcu Lee przed spróbowaniem sił w sztuce filmowej był wziętym pisarzem. Ale to w kinie te historie ożywają, dopełnione przez bardzo dobre wizualia i dobrą pracę aktorów (która również została doceniona – Moon So-Ri za rolę w „Oazie” dostała nagrodę na festiwalu w Wenecji). Lee dostarcza również mnóstwo symbolizmu poprzez ekran, co byłoby trudno osiągalne słowem pisanym.

Niestety, od premiery „Poezji” minęło już 6 lat i nie ma wieści na temat dalszych planów reżysera. Pozostaje mieć nadzieję że to nie koniec.

Szczerze polecam zapoznanie się z twórczością Lee, to gwarancja niepowtarzalnych wrażeń i silnych emocji. A najlepiej chyba zacząć od „Poezji”, filmu najczystszego w przekazie i zwyczajnie pięknego w swojej wymowie. Ostatnia scena filmu to już prawdziwa uczta pozostawiająca widza w głębokiej melancholii i zadumie na długie godziny po napisach końcowych.

Część biograficzna zainspirowana tekstem Jacka Ziemka zamieszczonym w katalogu 16. Letniej Akademii Filmowej. Zdjęcie reżysera pobrane ze strony asiapacificscreenacademy.com.

 

„The Visitor” Neila Younga- Powrót Króla

W roku 2015 Neil Young nagrał chyba najgorszą rzecz w swojej karierze. Płyta The Monsanto Years, bo o tym „dziele” mowa, brawurowo zdetronizowała na pozycji „najgorsza z najgorszych” tak mocne kandydatki jak chociażby Everybody’s Rockin' (1983) czy Landing on Water (1986). Cóż, od zawsze miałem świadomość, że moja miłość do Neila Younga to uczucie trudne, pełne wzlotów i upadków. Gdy muzyk ten zapowiedział, że płytę The Visitor chce znów nagrać z panami z zespołu Promise of the Real (tak tak, to ci, którzy pomagali mu nagrać wiekopomne The Monsanto Years), rozważałem nawet tak drastyczne kroki jak zakończenie mojego związku z kanadyjskim bardem. Jak powszechnie jednak wiadomo miłość bywa ślepa (przepraszam, w zasadzie głucha), postanowiłem dać więc Neilowi jeszcze jedną szansę. Jak się później okazało, była to naprawdę doskonała decyzja…

Płytę The Visitor otwiera świetne Already Great. Soczysty riff przypomina czemu Neila Younga nazywa się „ojcem chrzestnym garażowego grania”, a muzycy Pearl Jam wymieniają go jako jedną ze swoich głównych inspiracji. Utwór ten przypomina trochę płytę Mirror Ball (1995), nagraną właśnie z pomocą kwintetu z Seattle, na której przesterowane gitary również odgrywały główną rolę. Rockowe chórki, jakby żywcem stworzone przez zespół Crazy Horse, dodają całemu utworowi dziadowskiego sznytu, tak uroczego i typowego dla Neila Younga. Właśnie chyba ta surowość, szorstka wrażliwość i chropowaty romantyzm przenikają każdy utwór na tej płycie. Rewelacyjnie wypada króciutki blues Diggin' a Hole ze świetnym wokalnym call and response między Youngiem a resztą składu. Ciekawostką jest, że muzyk tak chętnie czerpiący z amerykańskiej tradycji, tak rzadko w swojej karierze sięgał właśnie po bluesa. Bardzo ciężkim, wręcz hardrockowym, numerem jest również Stand Tall. Potęga przesterowanego ryku akordów gitary Younga po raz kolejny daje o sobie znać. Miłośnicy bardziej stonowanej i lirycznej wersji artysty tez jednak znajdą coś dla siebie- śliczne balladki Almost Always czy Change of Heart. Dwoma najciekawszymi kompozycjami na płycie są chyba jednak Carnival i Forever. Obie bardzo długie (łącznie blisko 20 minut muzyki) i obie robiące ogromne wrażenie. Carnival tworzy niesamowity nastrój. Pełen refleksji, tęsknoty nie wiadomo za czym, utraconych szans. Prosty gitarowy motyw, powracający śmiech, specyficzny sposób śpiewania (troszeczkę jak Les Claypool z zespołu Primus) tworzą z tej pieśni rozdzierający lament za tym, co bezpowrotnie utracone. Kończące płytę Forever przypomina mi trochę sposób w jaki inny z wielkich bardów- Bob Dylan, miał w zwyczaju żegnać się na swoich płytach ze słuchaczami. Blisko jedenastominutowa folkowa ballada (u Dylana wystarczy przypomnieć chociażby Sad Eyed Lady of the Lowlands z płyty Blonde on Blonde czy wspaniałe Desolation Row z Highway 61 Revisited) zaśpiewane łamiącym się głosem Younga to coś dla miłośników jego twórczości. 100% zawartości Neila Younga w Neilu Youngu…

The Visitor to płyta godna Mistrza. Dotykająca wielu muzycznych gatunków i wielu ważkich tematów. Tym razem z pełnej pomysłów głowy artysty „wyskoczyło” dzieło przepełnione emocjami, zachowujące tożsamość stylu Younga. Kamień z serca, jeszcze możemy spodziewać się po tym pełnym pasji Kanadyjczyku ciekawych muzycznie przedsięwzięć.

„Foxtrot” – Taniec wojenny

Ile razy już słyszałem zdziwione (wszyscy to wiedzą, ale każdy powie wiele razy) i pełne kpin głosy na temat przynależności Izraela do Europy, przy okazji wydarzeń sportowych czy Eurowizji (kwestia Australii zresztą jest poruszana jeszcze częściej, a kpina to praktycznie jedyne stanowisko). Dołożę cegiełkę do tego klasyfikacyjno-geograficznego chaosu i powiem, że kino izraelskie to kino europejskie, co udowadnia między innymi „Foxtrot” Samuela Maoza, opowiadający o…

Właściwie o reakcji Dafny i Michaela Feldmanów na przyniesioną przez anonimowego żołnierza wieść o śmierci ich syna- Jonathana. Jest później coś co można nazwać zwrotem akcji, szczegółów nie chcę jednak zdradzać, dominuje jednak właśnie spektrum żalu, smutku, gniewu i zrezygnowania wyrażane przez załamanych rodziców.

I to ta moc emocji, portretowanych z kronikarską dokładnością, ale też pewną chłodną obojętnością powoduje, że film ma bardzo silny wpływ na widza. Istotnym czynnikiem jest też względna powszechność straty i związanych z nią uczuć w życiu człowieka – powoduje to instynktowne utożsamienie się z rodziną, a przynajmniej wywołuje współczucie.

Głównym miejscem akcji jest dom Feldmanów i wydaje się, że nic w nim nie jest przypadkowe, bo wszystko służy wzmożeniu atmosfery w nim panującej, już i tak ciężkiej przez samą powagę sytuacji. Jest gorąco (jak to w tamtej części świata), ale nie odczuwamy tego bezpośrednio, bohaterowie starają się tą temperaturę kontrować zacieniając otoczenie, co współgra z panującymi emocjami. Uderzająca jest również cisza, jak się wydaje naturalna w takiej sytuacji, ale przydająca się narracyjnie, powodująca kontrast przy wybuchach gniewu Michaela.

„Foxtrot” absolutnie urzekł mnie dbałością o symetrię poszczególnych kadrów – każdy z nich to dzieło sztuki, przywodzące na myśl abstrakcję geometryczną. Linie tworzone przez meble, stoły, ściany są najczęściej proste, często powtarza się jakiś ustalony wzór. Przyjemnie się na to patrzy, z każdą sceną dostrzegając więcej tego typu szczegółów. Godne podziwu, a przy tym nienachalnie przemycone.

Ciekawy jest również aspekt militaryzacji izraelskiego społeczeństwa. Wszyscy wiedzą co oznacza przyjście żołnierzy do domu, orientują się w stopniach wojskowych, każdy ma jakieś wspomnienia z armią związane. Reżyser  trochę stara się pokazać, że służba wojskowa młodych ludzi jest nie do końca w porządku, szczególnie w drugiej części filmu… o której do tej pory nie mówiłem i nie zdradzę szczegółów, bo może to zepsuć odbiór. Powiem tylko, że wydaje się trochę niepotrzebna, ale ostatecznie powoduje, że zakończenie ma mocniejszy wydźwięk.

„Foxtrot” to dobry film, potrafiący zachwycić wizualnie, ale mający również silne osadzenie społeczne w intrygującym społeczeństwie. Emocjonalne, ale wyważone formalnie kino. Polecam.

Krzyk, pasja i tanie gitary

XXI wiek to złoty czas dla producentów. To oni wychodzą z cienia i stają się głównymi gwiazdami. Mark Ronson, Pharell Williams czy David Guetta to tylko najgłośniejsze nazwiska. Nowoczesne technologie pozwalają na „wykręcenie” w zasadzie każdego rodzaju brzmienia w domowym zaciszu. Nie ma sensu z tym walczyć, co zdają się próbować czynić wszelkiej maści puryści muzyczni, narażając się tym samym na śmieszność. Nie dostrzegają oni bowiem skali możliwości jakie to nowe zjawisko niesie ze sobą. W muzyce generowanej komputerowo to artystyczna wizja i koncepcja odgrywają kluczową rolę, spychając ewentualne niedostatki techniczne (np. warsztatowe) na dużo dalszy plan. To muzyczna rewolucja, z której płodów trzeba czerpać garściami. Nie mam zamiaru jednak, wbrew pozorom, tekstem tym wystawiać lauru pochwalnego producentom muzycznym i twórcom oprogramowań komputerowych. Wręcz przeciwnie, warto również zauważyć drugi biegun podejścia do materii muzycznej. Estetykę lo-fi.

Muzyczne lo-fi (bo nie ma przeciwwskazań do poruszania się na gruncie tego „sposobu myślenia” również w innych formach sztuki) to w zasadzie sposób nagrywania muzyki. Fascynacja amatorskim, garażowym brzmieniem, świadome odrzucanie technologii w celu uzyskania surowszego, bardziej agresywnego i naturalnego brzmienia. Powody mogą być różne. Cięcia budżetowe, brak dostępu do sprzętu lepszej jakości czy po prostu artystyczna wizja. W muzyce jednak sam „kontekst odkrycia” nie ma absolutnie żadnego znaczenia. Liczy się tu i teraz, tylko efekt finalny, który muzycy byli w stanie z siebie wyrzucić.

„Najpiękniejszym”  przykładem takiego rozumienia muzyki z lat 60tych jest chyba zespół The Monks i ich płyta Black Monk Time (1966). Grupka przeciętnie utalentowanych muzycznie Amerykanów tworzy archetyp garażowego grania. Prymitywne kompozycje, skrzeczące gitary i wykrzyczane wokale. Posłuchajcie I Hate You, a przekonacie się czemu brudne hity Nirvany, Soundgarden czy Pearl Jam to przy piosenkach The Monks wypolerowane kompozycje. To samo można powiedzieć o trzy lata później wydanej koncertówce Kick Out the Jams zespołu MC5. Skandal goni skandal. Obsceniczne zachowanie, prowokacyjne teksty, zwierzęce brzmienie. Tym większy szacunek dla dueciku The Presidents of the United States of America, że z największego hitu MC5- Kick Out the Jams potrafili wydobyć jeszcze takie pokłady świeżości. Zespół ten zaskakuje nie tylko swoją specyficzną nazwą, lecz też nietypowym instrumentarium. Przez długie lata był to punkowy zespół co się zowie bez…gitary. Żywy dowód dla niedowiarków: bas, perkusja i wokal mogą stworzyć rockowe trio pełną gębą.

Współcześnie estetyka lo-fi ma się nadal całkiem dobrze. Sprawcami jej zaskakująco dobrej kondycji są wczesne dokonania Black Keys i White Stripes. Pierwsze dwie płyty Black Keys (The Big Come Up i Thickfreakness) to spektakularny renesans muzyki bluesowej. Powolne, potężne, przesterowane riffy okazały się być świetną kanwą do bluesowych podróży. Miłość do transowej prostoty nagrań Juniora Kimbrough tworzy z tych pozornie ogranych schematów wyjątkowo oryginalne dzieła. Warto tu przypomnieć również postać R.L. Burnside’a- weterana hill country bluesa. W 1996 roku nagrał on płytę A Asspocket of Whiskey, na której towarzyszyli mu młodzi i gniewni członkowie zespołu Jon Spencer Blues Explosion. Wczesne dokonania Black Keys i Burnside’a z lat 90tych podążają tą samą ścieżką. Panowie Auerbach i Carney skręcają w pewnym momencie w stronę rocka, podczas gdy Burnside pozostaje trochę bardziej wierny tradycji. Podobnie jak Black Keys swoją „muzyczną misję zbawienia świata” pojmuje chyba Jack White. Robi to jednak w troszeczkę mniej atrakcyjny i bardziej oczywisty sposób…

Nie dajmy się jednak zwieść stereotypom! Lo-fi to nie tylko garażowy rock i surowy blues. To także swoiście rozumiana muzyka taneczna zespołu Death from Above 1979 (o którym więcej w najnowszym odcinku) łącząca dyskotekowy groove z potęgą gitar. Lo-fi trafia również pod jazzowe strzechy. Świetnie pokazuje to płyta Chopin nokturny (2017) Marcina Maseckiego. To Chopin zdekonstruowany, znieważony, pogwałcony i, co najgorsze/najlepsze, zagrany na podrzędnym pianinku. Rzęzi, skrzypi, warczy, a przede wszystkim, czaruje swoim nieokreślonym urokiem.

Powrót do lo-fi to trampolina oryginalności i kreatywności. Nie od dziś przecież wiadomo, że jedną z najlepszych inspiracji jest jakiś rodzaj ograniczenia, czy to technologicznego, czy politycznie narzuconego (przykładowo teksty protest songów z czasów PRL-u). Co jakiś czas nachodzi mnie myśl, że jesteśmy już u krańca eksplorowania estetyki lo-fi. Stres mój trwa jednak tak długo, dopóki nie pojawi się kolejna płyta, która udowodni jak bardzo się myliłem…