Krzyk, pasja i tanie gitary

XXI wiek to złoty czas dla producentów. To oni wychodzą z cienia i stają się głównymi gwiazdami. Mark Ronson, Pharell Williams czy David Guetta to tylko najgłośniejsze nazwiska. Nowoczesne technologie pozwalają na „wykręcenie” w zasadzie każdego rodzaju brzmienia w domowym zaciszu. Nie ma sensu z tym walczyć, co zdają się próbować czynić wszelkiej maści puryści muzyczni, narażając się tym samym na śmieszność. Nie dostrzegają oni bowiem skali możliwości jakie to nowe zjawisko niesie ze sobą. W muzyce generowanej komputerowo to artystyczna wizja i koncepcja odgrywają kluczową rolę, spychając ewentualne niedostatki techniczne (np. warsztatowe) na dużo dalszy plan. To muzyczna rewolucja, z której płodów trzeba czerpać garściami. Nie mam zamiaru jednak, wbrew pozorom, tekstem tym wystawiać lauru pochwalnego producentom muzycznym i twórcom oprogramowań komputerowych. Wręcz przeciwnie, warto również zauważyć drugi biegun podejścia do materii muzycznej. Estetykę lo-fi.

Muzyczne lo-fi (bo nie ma przeciwwskazań do poruszania się na gruncie tego „sposobu myślenia” również w innych formach sztuki) to w zasadzie sposób nagrywania muzyki. Fascynacja amatorskim, garażowym brzmieniem, świadome odrzucanie technologii w celu uzyskania surowszego, bardziej agresywnego i naturalnego brzmienia. Powody mogą być różne. Cięcia budżetowe, brak dostępu do sprzętu lepszej jakości czy po prostu artystyczna wizja. W muzyce jednak sam „kontekst odkrycia” nie ma absolutnie żadnego znaczenia. Liczy się tu i teraz, tylko efekt finalny, który muzycy byli w stanie z siebie wyrzucić.

„Najpiękniejszym”  przykładem takiego rozumienia muzyki z lat 60tych jest chyba zespół The Monks i ich płyta Black Monk Time (1966). Grupka przeciętnie utalentowanych muzycznie Amerykanów tworzy archetyp garażowego grania. Prymitywne kompozycje, skrzeczące gitary i wykrzyczane wokale. Posłuchajcie I Hate You, a przekonacie się czemu brudne hity Nirvany, Soundgarden czy Pearl Jam to przy piosenkach The Monks wypolerowane kompozycje. To samo można powiedzieć o trzy lata później wydanej koncertówce Kick Out the Jams zespołu MC5. Skandal goni skandal. Obsceniczne zachowanie, prowokacyjne teksty, zwierzęce brzmienie. Tym większy szacunek dla dueciku The Presidents of the United States of America, że z największego hitu MC5- Kick Out the Jams potrafili wydobyć jeszcze takie pokłady świeżości. Zespół ten zaskakuje nie tylko swoją specyficzną nazwą, lecz też nietypowym instrumentarium. Przez długie lata był to punkowy zespół co się zowie bez…gitary. Żywy dowód dla niedowiarków: bas, perkusja i wokal mogą stworzyć rockowe trio pełną gębą.

Współcześnie estetyka lo-fi ma się nadal całkiem dobrze. Sprawcami jej zaskakująco dobrej kondycji są wczesne dokonania Black Keys i White Stripes. Pierwsze dwie płyty Black Keys (The Big Come Up i Thickfreakness) to spektakularny renesans muzyki bluesowej. Powolne, potężne, przesterowane riffy okazały się być świetną kanwą do bluesowych podróży. Miłość do transowej prostoty nagrań Juniora Kimbrough tworzy z tych pozornie ogranych schematów wyjątkowo oryginalne dzieła. Warto tu przypomnieć również postać R.L. Burnside’a- weterana hill country bluesa. W 1996 roku nagrał on płytę A Asspocket of Whiskey, na której towarzyszyli mu młodzi i gniewni członkowie zespołu Jon Spencer Blues Explosion. Wczesne dokonania Black Keys i Burnside’a z lat 90tych podążają tą samą ścieżką. Panowie Auerbach i Carney skręcają w pewnym momencie w stronę rocka, podczas gdy Burnside pozostaje trochę bardziej wierny tradycji. Podobnie jak Black Keys swoją „muzyczną misję zbawienia świata” pojmuje chyba Jack White. Robi to jednak w troszeczkę mniej atrakcyjny i bardziej oczywisty sposób…

Nie dajmy się jednak zwieść stereotypom! Lo-fi to nie tylko garażowy rock i surowy blues. To także swoiście rozumiana muzyka taneczna zespołu Death from Above 1979 (o którym więcej w najnowszym odcinku) łącząca dyskotekowy groove z potęgą gitar. Lo-fi trafia również pod jazzowe strzechy. Świetnie pokazuje to płyta Chopin nokturny (2017) Marcina Maseckiego. To Chopin zdekonstruowany, znieważony, pogwałcony i, co najgorsze/najlepsze, zagrany na podrzędnym pianinku. Rzęzi, skrzypi, warczy, a przede wszystkim, czaruje swoim nieokreślonym urokiem.

Powrót do lo-fi to trampolina oryginalności i kreatywności. Nie od dziś przecież wiadomo, że jedną z najlepszych inspiracji jest jakiś rodzaj ograniczenia, czy to technologicznego, czy politycznie narzuconego (przykładowo teksty protest songów z czasów PRL-u). Co jakiś czas nachodzi mnie myśl, że jesteśmy już u krańca eksplorowania estetyki lo-fi. Stres mój trwa jednak tak długo, dopóki nie pojawi się kolejna płyta, która udowodni jak bardzo się myliłem…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.