„Borg vs. McEnroe” – Tenisowa rywalizacja

Filmy fabularne o sporcie, to zwykle przedsięwzięcia toporne, głupie, proste i nudne. Do głowy przychodzą mi raczej rzeczy piłkarskie, więc pomyślałem, że może jeśli chodzi o tenis będzie lepiej, w końcu z pewnością niejeden z radością przekonałby mnie o wyższości „białego sportu” nad prostackim kopaniem. Zanim jednak zostanę przekonany, pozwolę sobie ocenić materię filmową, którą w tym przypadku jest film o przydługim polskim tytule „Borg vs. McEnroe: Między odwagą a szaleństwem” w reżyserii Janusa Metza.

Björn Borg to legenda tenisa, a film pozwala nam go poznać, gdy był na samym szczycie. Jest rok 1980, zbliża się Wimbledon, Björn wygrał cztery poprzednie edycje tego prestiżowego turnieju i gdyby zwyciężył jeszcze raz, stałby się najbardziej utytułowanym zawodnikiem w historii. Łatwo nie będzie – Szwed jest bez formy, a na drodze stoi jeszcze inny wielki talent John McEnroe, który przy okazji, powierzchownie, jest jego charakterologicznym przeciwieństwem.

I właśnie… „Borg vs. McEnroe” w dużej mierze opiera się na antagonizmach dwóch głównych bohaterów. Jeden opanowany, drugi impulsywny, jeden z biednej rodziny, drugi przeciwnie, jeden wygrał już wszystko, drugi jeszcze nic. To momentami sprawia wrażenia bycia zbyt prostym, schematycznym. Tak jakby sami twórcy ulegli marketingowo- wizerunkowym kampaniom sprzed 40 lat, gdy dwaj tenisiści byli prezentowani jako kompletne przeciwieństwa. Może przesadzam zresztą – w końcu w drugiej części filmu widz jest usilnie przekonywany o tym, że Szwed i Amerykanin mają ze sobą jednak coś wspólnego… wbrew pozorom. Tylko, że dla mnie pozory zbyt nierealne i mające zbyt wątłe podstawy, by dało się w nie uwierzyć.

A co mają wspólnego? Mentalność zwycięzcy. Dzieło Janusa Metza mocno sugeruje, że obaj panowie właśnie dzięki tej cesze są tak dobrymi zawodnikami. Chcą wygrywać za wszelką cenę, co prowadzi ich do ciągłej pracy nad samym sobą. Z filmu można wysnuć wniosek, że istnieje uniwersalny wzór na zwycięzcę, czego przykładem jest zarówno Borg jak i McEnroe. To rzecz ciekawa, nie wiem na ile to przystaje do teorii psychologicznych, które pewnie istnieją, w końcu każdy słyszał o psychologii sportu, która swoją drogą w naturalny sposób jest najlepszym materiałem do filmowania, bo po prostu jedyną niewiadomą w historii sportowców. Całą resztę można zobaczyć w telewizji.

A jeśli chodzi o tenis. Dla tego filmu sceny tenisa, są jak dla romansu sceny seksu. Trochę w tym chaosu i pewnej ezoteryki, romantycznej wizji. To zrozumiałe, w końcu pokazywanie tenisa w formie podstawowej, bez skrótów i pewnej dynamizacji zastosowanych przez twórców, byłoby mało atrakcyjne. A tak mamy dość ciekawe zbitki scen odbijania piłki i reakcji zawodników plus pojawiającą się na ekranie informację o aktualnym wyniku meczu, dość nieliniowo i zaskakująco. Przyjemne i lekkostrawne, a przypomnę, że samo umieszczenie wspomnianych scen było nie do uniknięcia, więc należałoby pochwalić nawet samo to, że nie ma się ich dość.

A i jeszcze… muszę się do czegoś przyznać. Nie wiedziałem jak film się skończy, same nazwiska były mi ledwo znane. Oczywiście pozytywnie wpłynęło to na odbiór fabuły filmu, która jest niezła i dość zaskakująca. Na warsztat wzięto dobry temat, ale i pewne ubarwienia prawdziwych wydarzeń jak i dość szeroka charakterystyka bohaterów (zdecydowanie zresztą szersza w przypadku Borga, nic dziwnego, w końcu film autorów szwedzkich) powodują, że jest tu obecne pewne napięcie. To nie thriller naturalnie, ale chce się śledzić tę historię i jest się ciekawym zakończenia.

„Borg vs. McEnroe” to film skromny i skupiony na postaciach, co naturalnie jest plusem. Dołożyć do tego ciekawą fabułę, kontekst historyczny, trochę psychologii, dobrą realizację i otrzymujemy smaczne danie, nie tylko dla pasjonatów tenisa.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *