Cały ten jazz…

Nawet w tak nieuchwytnej muzyce jaką jest jazz, nie jesteśmy w stanie uciec od pewnego rodzaju uogólnień i rozróżnień. Wydaje mi się, że nadal najciekawszą propozycją (choć bardzo obficie krytykowaną) jest podział na jazz amerykański i europejski. Można wyróżnić jeszcze jazz skandynawski ale ten, w gruncie rzeczy, to tylko pochodna i rodzaj, jak się nietrudno domyślić, jazzu europejskiego.

Amerykanie od zawsze swingują. Wychodzą od ragtime’ów, umówmy się, mocno prymitywnych, by w latach 30tych/40tych stworzyć „rozbujane”, taneczne bigbandy. Glenn Miller, Benny Goodman, Gene Krupa- to właśnie potężne brzmienie ich zespołów nadaje ton ówczesnym modom. Do bigbandów mam sentyment, doceniam ich luzacki urok, jednak dość szybko ich powtarzalność i przewidywalność staje się męcząca. Zauważyła też to amerykańska brać jazzowa, głównie na wschodnim wybrzeżu USA. Legendarny Charlie Parker, Dizzy Gillespie czy w końcu Thelonious Monk. To właśnie ten pianista był pierwszą jazzową rewolucją. Jego charakterystyczny styl frazowania, bogata rytmika i melodyka sprawiają, że jego dźwięki zawieszone są pomiędzy standardem a improwizacją, a co więcej, nawet między genialnym wyczuciem harmonii a wypadaniem z tonacji. „Van Gogh fortepianu”- ta sama wrażliwość i zniekształcenie rzeczywistości… Naturalną koleją rzeczy po bebopie był hardbop. Agresywniejszy, bardziej bluesowy, żywiołowy. Jazz jako prawdziwa muzyka szatana, jak mawiają jej zagorzali przeciwnicy. Art Blakey, Sonny Rollins, Horace Silver, a nad nimi wszystkimi górujący genialny Charles Mingus. Mingus w pigułce? Posłuchajcie jego Moanin’ z Blues & Roots z 1959 roku. Wolność, swoboda, improwizacja bezwzględnie podporządkowana strukturze utworu. Bandleader najwyższej próby.

Niejako na marginesie całego szału na jazz rozwijał się cool. Podręczniki powiedzą, że początkiem tej odmiany jazzu jest  Birth of Cool (1957) Milesa Davisa nagrany „przy pomocy” Gila Evansa. Bardzo dobra płyta (cóż za skład: Lee Konitz, Gerry Mulligan, John Lewis, Max Roach- to tylko niektórzy z „wyjściowej jedenastki”), jednak to nie ona wyznaczyła jazzowe trendy, które pobrzmiewają do dzisiaj. Dave Brubeck i Lennie Tristano- to te dwa nazwiska zelektryzowały jazzową świadomość i pokazały czym tak naprawdę jest cool jazz. Spokojniejsze tempa, wyrachowane i przemyślane partie solowe bogate w inspiracje muzyką klasyczną. Przejście z emocjonalnej jazzowej miłości w intelektualną fascynację stało się faktem…

I to właśnie ten trochę niedoceniany cool jazz stał się trampoliną do rozwoju jazzu w Europie. Recepcja ta jednak nie była szybka i bezbolesna. Lata 60te, 70te a nawet 80te to okres jazzowej posuchy w Europie, rzadko kiedy wzbogacany tak pięknymi rodzynkami jak Krzysztof Komeda, Volker Kriegel czy Peter Broetzmann (jakże uroczy pseudonim tego saksofonisty- Rzeźnik z Wuppertalu). Tak naprawdę jednak na erupcję niepohamowanej jazzowej namiętności trzeba było czekać na lata 90te w Skandynawii. Trio genialnego Esbjorna Svenssona, szokujące Ether trębacza Nilsa Pettera Molvaera, czy pierwsze, jeszcze mocno niedoskonałe, próby norweskiego pianisty Bugge Wesseltofta to tylko nieliczne przykłady wielkości skandynawskiego potencjału. Otwarta forma w często uproszczonej kompozycji, bogate użycie elektroniki, odważne sięganie po coraz to nowsze inspiracje (chociażby ikona deep house Henrik Schwarz i jego nagrania ze wspomnianym już Bugge Wesseltoftem).

To właśnie w Europie bębni serce jazzu. To tutaj nowoczesność łączy się z przeszłością patrząc w przyszłość (polski Skalpel i ich odheroizowanie klasyki jazzu). Swing umarł. Jazz amerykański jest w stagnacji, popadł w marazm kopiowania dawnych mistrzów. Pojawienie się Milesa i Coltrane’a to błogosławieństwo, które zamordowało kreatywność w podejściu do jazzu w tamtym rejonie świata. Wieczne „powielactwo” i przesadny szacunek do tradycji  nie przynoszą twórczych efektów, czego świadomi są europejscy muzycy. Ktoś powie, że to już nie jazz (takie „zarzuty” wobec Tubis Trio, Joepa Bevinga czy polskiego Helatone). Może i to prawda, tylko pytanie co z tego. Jeśli nawet to nie jazz, to na pewno muzyka na miarę naszych czasów.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *