Córki Dancingu

Filmów w typie najnowszego dzieła Agnieszki Smoczyńskiej nie widzi się często. Często natomiast filmy tak bezpośrednio czerpiące z kina gatunków jakby „zapominają” o innych, tak naprawdę podstawowych aspektach dzieła filmowego. Czy tak było i tym razem?

Najistotniejszy wydaje się tu być czas i miejsce akcji – Warszawa lat 80-tych. A dokładniej nocny klub, w którym do rodzinnego zespołu grającego chałturki z okresu dołączają dwie syreny (tak, syreny). Narracja zostaje następnie przestawiona na tory musicalowe, natura syren natomiast jest mieszanką nastoletniej beztroski i przymiotów tym stworzeniom właściwym (przez które niektórzy krytycy nazywają film wręcz horrorem).

cd2

Naprawdę rzadko ogląda się musicale, gatunek charakterystyczny w zasadzie tylko dla Stanów Zjednoczonych. Jeszcze bardziej niespotykane jest osadzenie fabuły w Polsce w czasach poprzedniego ustroju. Ta Polska nie przypomina jednak tej znanej z filmów Wajdy, czy nawet Bareji, jest to przaśny świat przywodzący na myśl raczej „Gorączkę sobotniej nocy”. Całość jest urealniana dancingowymi aranżacjami piosenek z tamtych czasów – próba ambitna, choć raczej nieudana. Wizualnie jednak film prezentuje się świetnie, scenografia jest kolorowa, raczej jaskrawa ale kolory przywołują przyjemne myśli.

Powszechnie wiadomo jednak, że musical stoi piosenkami, a te w „Córkach dancingu” są raczej przeciętne, a momentami słabe. Teksty przypominają trochę amatorską próbę stworzenia musicalu śpiewaną przez prostych ludzi przy alkoholu… no dobra nie jest aż tak źle, ale rzeczywiście było parę momentów przy których się skrzywiłem słysząc toporność słów wyśpiewywanych przez bohaterów. Swoją drogą w napisach początkowych można przeczytać, iż teksty i muzykę zawdzięczamy Balladom i Romansom. Przez chwilę pomyślałem, że chodzi tu o Mickiewicza, jak się jednak okazuje na końcu (a właściwie mając na uwadze to co napisałem można się tego domyślić wcześniej) chodzi o zespół Ballady i Romanse – więc jak kogoś za miałkość literacką winić, to ich.

cd3

Zamyka się to jednak niejako w całość, w końcu film opowiada o syrenach. Wątek fantastyczny jest przyjemny, choć niezbyt rozbudowany. Na pewno godny pochwalenia jest sam koncept zszycia tak odległych stylistycznie światów, a i wyraźnych „szwów” nie widać.

Podsumowując, „Córki dancingu” mnie nie urzekły, ale doceniam i całym sercem pochwalam próbę stworzenia czegoś do tego stopnia oryginalnego. Nic dziwnego, że film odnosi sukcesy na festiwalach, w szczególności nie dziwi fakt, że to właśnie festiwal w Sundance docenił dzieło Agnieszki Smoczyńskiej, bo przecież reżyserka wzięła na warsztat gatunek typowo amerykański. Czy ma to jednak sens w świecie, w którym kino gatunków tak naprawdę przestaje istnieć oddając pola uniwersalnemu kinu autorskiemu? Wydaje się, że tak, choć na pewno nikt nie życzyłby sobie powrotu do tak wyraźnego kiedyś podziału gatunkowego.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *