Dogma #4 Król żyje

„Król żyje” Kristiana Levringa to czwarty i ostatni film „założycielski” ruchu Dogme 95. Tym razem następuje drastyczna zmiana otoczenia- zamiast zielonej Danii, piask Sahary.

Film opowiada o losach jedenastu przypadkowych ludzi podróżujących autobusem przez pustynię. Kierowca podąża jedynie według elektronicznego kompasu, który, jak się okazuje, zawiesił się. Bohaterowie muszą radzić sobie bez paliwa, 500 mil od prawidłowego kursu, w dawno opuszczonej wiosce pośrodku pustyni. Sytuacja jest beznadziejna, co nie przeszkadza emerytowanemu aktorowi Henry’emu (David Bradley) zaproponować wystawienia szekspirowskiego „Króla Leara” z udziałem towarzyszy.

the-king-is-alive2

I chciałoby się powiedzieć, że Szekspir komentuje wydarzenia w filmie tekstem dramatu, ale nie do końca tak jest. Całość dramatu nijak się ma do wydarzeń filmu. Natomiast poszczególne motywy pasują bardzo dobrze i wybrzmiewają dobitnie dzięki dobrej klasy aktorstwu. Są momenty, w których ciarki przechodzą po plecach, szczególnie gdy Henry wypowiada kwestie króla Leara.

Na szczęście poza warstwą symboliczną istnieje dużo bogatsza sfera doczesna. Mamy tu do czynienia z motywem rozbitków na bezludnej wyspie, z tym że rozbitkowie to ludzie z krwi i kości. Mamy Henry’ego, który postanowił w tak dramatycznym momencie zrealizować jakby dzieło ostateczne, prawdopodobnie by rozliczyć się ze swoją przeszłością, która w filmie nie jest specjalnie zgłębiana. Mamy Ginę, która szuka przede wszystkim uwagi i naprawdę wiele jest w stanie poświęcić, by ją zdobyć. Mamy małżeństwo Raya i Liz, którzy nie mogą przestać się kłócić mimo śmierci zaglądającej w oczy. Jest również Charles, który żyje w jakiejś bańce rzeczywistości, przekonany o swojej wyższości zarówno intelektualnej, jak i fizycznej mimo że jest otyłym dziadkiem.

the-king-is-alive3

Jako, że to film Dogmy to otrzymujemy to w skrajnie realistycznej paczce  I to nadaje obrazowi Kristiana Levringa nowego znaczenia. Motyw przeniesienia tragedii Szekspira, tak mocno zakorzeniony w filmie zwykle wydawałby się czymś uwydatniającym wizję artysty, który dostrzegł tak ukrytą i niedostępną alegorię. A tu idea wystawienia sztuki w takim momencie od początku do samego końca wydaje się skrajnie głupim pomysłem, na który wpaść mógł tylko zmanierowany, zepsuty przez zachodnie społeczeństwo, nie znający innej pracy niż fach aktora artysta w osobie Henry’ego. Co z tego, że wypowie kilka trafnych słów, jeżeli umrze z głodu i pragnienia. Film zresztą wprowadza widza w pewną pułapkę, pokazując głosy sprzeciwu, wprost zauważające niedorzeczność takich działań. My im zaprzeczamy, bo sami chcemy wpaść w filmowe „szyny” po których jedziemy od samych początków kina.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *