El club (2015)

Film dotykający problemu pedofilii w kościele i sposobu rozliczania się z przestępcami władz kościelnych musi wywoływać emocje. „El club” Pablo Larraina robi to doskonale. Na szczęście to nie jedyna wartość jaką niesie.

Pensjonat nad morzem jest miejscem modlitwy i pokuty dla czterech księży. Każdy z nich został ukarany za innego rodzaju występki- przestępstwa seksualne, defraudację czy handel dziećmi. Choć w placówce panuje surowy rygor, penjonariusze w zasadzie dobrze się bawią, hodują psa wyścigowego i wystawiają go na zawodach czy spacerują nad morzem. Status quo burzy przyjazd kolejnego grzesznika- ojca Lazcano. Praktycznie zaraz po krótkich słowach powitania sprzed domu słychać wykrzykiwane wezwania nowoprzybyłego wypowiadane przez Sandokana. Sandokan to ofiara księdza- pedofila, która ze szczegółami wykrzykuje opis spotkań w zakrystii. Księdzu zostaje wręczony pistolet, by przepędził intruza, zamiast tego Lozcano popełnia samobójstwo. Sytuacja zostaje zauważona przez władze kościelne – zostaje przysłany reformator, jezuita, mający za zadanie zreformować placówkę, a najlepiej ją zamknąć. Dotychczasowi pensjonariusze orientują się w zamiarach przybysza i by je udaremnić planują intrygę.

Największą zaletą „El club”  jest moralna niejednoznaczność tego co widzimy na ekranie, a przynajmniej jej poczucie. Jedyna dobra, właściwie krystalicznie czysta postać budzi najmniejszą sympatię. Widz zdąży polubić zwyrodniałych księży, mimo wyjaśnienia ze szczegółami powodu ich pokuty. Film wprost nie potępia ich działań, nawet tego nie sugeruje, zmusza odbiorcę do ciągłego myślenia i korygowania naturalnych odruchów- widzimy czterech sympatycznych dziadków i młodego karierowicza działającego im naprzeciw. Ten obraz znów kontrastuje z opowieściami Sandokana i obrazem jego psychiki, ztraumatyzowanej przez gwałty ojca Lazcano.

W filmie panuje ciągły półmrok, duża część akcji odbywa się w klaustrofobicznym pensjonacie, nie widzimy ani razu słonecznego nieba. Buduje to bardzo przygnębiającą atmosferę, doskonale współgrającą z fabułą filmu. Obraz który widzimy wydaje się delikatnie zakrzywiony, szczególnie na brzegach ekranu. Krótko mówiąc „El club” wygląda doskonale – zachwyci każdego amatora zdjęć filmowych.

Świetnie napisane są postaci. Każdy z księży jest inny, każdego poznajemy dogłębnie. Ojciec Vidal kocha swojego psa ponad wszystko, a swój homoseksualizm podnosi do rangi największego boskiego dzieła. Ojca Garcię toczy chciwość. Matka Monica służy księżom pomocą w pracach domowych, obstawia za księży zakłady. Jej wiara wydaje się szczera, lecz gdy poczuje zagrożenie, to nie przebiera w środkach. Młody jezuita działa dla dobra kościoła jako instytucji, a jednocześnie odżegnuje się od jej fundamentów.

Dodatkowo film trzyma w napięciu, naprawdę wyczekujemy dalszego rozwoju wydarzeń, a nie musimy długo czekać- film jest krótki (98 minut). Z każdą minutą obraz Pabla Larraina jest coraz lepszy, a wszystko kończy cudowną sekwencją scen końcowych.

„El club” to film południowoamerykański (chilijski), ksiądz reformator to jezuita. Czyżby metafora zmian w kościele po wyborze papieża Franciszka. Chyba nie, ale na pewno ważny komentarz, choć film broni się doskonale również pozbawiony tego kontekstu.

Jak dla mnie po prostu trzeba zobaczyć.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *