Homar

„Homar”, który z jakiegoś powodu funkcjonuje w polskiej dystrybucji jako „The Lobster” to pierwszy anglojęzyczny film Yorgosa Lanthimosa. Reżyser po sukcesie „Alp” i „Kła” wyrósł na największą gwiazdę Greckiej Nowej Fali. Często jednak bywa, że debiut na szerokich wodach kinematografii stricte komercyjnej dla twórców europejskich wypada blado. Czy tak było i tym razem?

Częściowo niestety tak… ale po kolei. Akcja „Homara” dzieje się w przyszłości, w tym świecie każdy samotny człowiek przenoszony jest do hotelu, gdzie ma 45 dni na poznanie partnera. W przypadku niepowodzenia zostaje operacyjnie zamieniony w wybrane przez siebie zwierzę. Główny bohater – David (w tej roli Colin Farrell) rozstaje się z żoną i zgodnie z regułami zostaje przeniesiony do hotelu, a jako swoje zwierzę wybiera właśnie homara.

Film jest z wszechmiar dziwny i na pewno był jako taki planowany, bo właśnie to wydaje się być cechą charakterystyczną dzieł Lanthimosa. Tylko niestety mam wrażenie, że temat przez reżysera wybrany nie wystarcza na udźwignięcie tego typu formy, w końcu mamy tu do czynienia ze sprawą dość banalną i rozumianą instynktownie przez wszystkich – sensem zawierania związków i mechanizmem socjobiologicznym temu towarzyszącym. I tak jak w „Alpach” czy „Kle”, przez dużo wyższy ciężar gatunkowy tematu i przez „ciężki” styl estetyczny była zachowana pewna równowaga, to w „Homarze”, przez złagodzenie tematyki konstrukcja trochę się chwieje.

Niemniej jednak sam styl nadal robi wrażenie i jeśli ktoś żadnego filmu Lanthimosa jeszcze nie widział to na pewno warto. Reżyser uwielbia tworzyć nierealne sytuacje z jeszcze bardziej nierealnymi, wypranymi z emocji bohaterami. Nie są to jednak zwykle wyrachowani psychopaci, choć instynktownie z tym się widzowi kojarzą. Wydaje się, że emocje w nich istnieją, ale po prostu nie są manifestowane przez wyraz twarzy czy słowa. I dobrym przykładem jest tu właśnie „Homar”, Postać Davida i jego wybranki serca choć pozornie zachowują się tak samo, to rządzą nimi inne motywacje. Doświadczamy pewnego rodzaju dysonansu gdyż treść wypowiadanych przez bohaterów zdań jest dużo ważniejsza niż ich forma, której u Lanthimosa… właściwie nie ma. Aktorzy w ogóle nie intonują słów, nie uśmiechają się, ręce trzymają przy ciele eliminując gestykulację. Pozwala to postawić wyższe pytanie o sposób tworzenia komunikatu – ile można zabrać z formy, żeby nadal wszystko się zgadzało?

colin-farrell-the-lobster-2-xlarge

Nie można również nie wspomnieć o naprawdę pięknych, niepowtarzalnych kadrach, które serwuje nam „Homar”. Zawdzięczamy to na pewno otoczeniu w jakim został nakręcony – sam hotel położony jest nad brzegiem morza, obok znajduje się las. Wszystko to utrzymane jest w szarej kolorystyce. Reżyser nie oszczędził również powtykiwania tu i ówdzie jakiejś dziwności, co choć jest umotywowane fabularnie, służyło jak się wydaje głównie wizualiom.

Czy warto więc zobaczyć najnowszy obraz Yorgosa Lanthimosa? Szczerze mówiąc miałem wątpliwości, patrząc przez pryzmat poprzednich dokonań reżysera. Ale właściwie to nadal jest bardzo dobry film. Ba, biorąc pod uwagę jego szeroką dystrybucję, w niektórych kinach (multipleksach oczywiście 🙂 ) to na pewno będzie najlepszy film tam wyświetlany.

1 thought on “Homar”

  1. Dziwny jest ten film. Oglądając takie produkcje, moją świadomość nawiedzają następujące myśli:
    1. Jak ja lubię delektować się czcionką napisów początkowych.
    2. Jeśli kandydat na filmowego wizjonera nie rozwali spektakularnie konwencji normalności to nie zaistnieje.
    3. W sumie to wszystko w kinie już było. Jeśli uważasz, że czegoś nie było, to znaczy, że to przegapiłeś.
    4. Może jednak nie wszystko było, ale i tak mnóstwo przegapiłeś.
    5. W sumie to jeśli myślisz, że czegoś w kinie jeszcze nie było, to tylko dlatego, że nie wiesz, że to przegapiłeś. Jeśli jednak zakładasz, że przegapiłeś, to znaczy, że wszystko w porządku.
    6. Do wszystkiego można dorobić mega ideologię. W gotującym wodę czajniku elektrycznym można dostrzec alegorię przemijania lub metaforę przemiany, albo symbol burzliwych emocji, targających ludzkim ciałem, które w większości składa się z wody… Napiłbym się gorącej herbatki z cytryną.
    7. Science fiction o emocjach… Niech pomyślę… „Eternal Sunshine of the Spotless Mind”… Jak ten czas szybko leci! Byłem na tym w kinie z tuzin lat temu! Deja vu, bo przyszło mi do głowy to samo, co wtedy…

    Trzy tysiące myśli później:
    – Dziwny to był film, ale dobrze, że go zobaczyłem. Może to patologiczny nawyk, ale uwielbiam napisy końcowe.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *