„Kobieta z lodu” – Mors też kobieta

Czeskie kino kojarzy się z komediami. Nie bez powodu – przecież klasyki czeskiej nowej fali to poniekąd był komedie, a w każdym razie było w nich dużo humoru, który często przykrywał treści całkiem poważne i uniwersalne. Podobna konstrukcja wydaje się być również cechą charakterystyczną współczesnej czeskiej kinematografii… a w każdym razie ten komediowy lukier jest ciągle obecny. „Kobieta z lodu” Bohdana Slamy z wierzchu też jest słodka, a w środku?

Fabularnie sprawa wygląda tak: Hana jest starszą panią, jej mąż nie żyje, ona mieszka sama w domu, do którego na uroczyste obiady co jakiś czas przyjeżdżają jej dwaj synowie wraz z rodzinami. Pewnego dnia w ramach opieki nad wnukiem – Ivankiem, podczas spaceru nad rzeką Hana wyławia morsa o imieniu Brona, spokojnie mors w tym kontekście oznacza pasjonata zimnych kąpieli. Z tego spotkania wywiązuje się romans, co skłania Hanę do przewartościowania swojego życia.

Romans starszych ludzi to rzecz rzadko filmowana i w naturalny sposób trochę rozczulająca i urocza. W „Kobiecie z lodu” choć parę razy dostrzeżemy kilka zwrotów w kierunku realizmu i przyziemnej strony takiego przedsięwzięcia, to jednak dominuje narracja zabawna, nakierowana na rozśmieszenie widza i wprowadzenia go w nastrój właśnie pewnego rozczulenia, wręcz może protekcjonalizmu dla nieporadności bohaterów w kontaktach międzyludzkich. Właściwie wychodzi to dobrze, jednak momentami nie sposób pozbyć się uczucia, że to trochę za proste, zbyt naiwne. Da się z tego śmiać, ale żarty są takie sobie, trochę sztuczne i oparte właśnie na wyżej wspomnianym schemacie.

Drugim wątkiem ważnym w obrazie Slamy jest konflikt pokoleń, szczególnie uwydatniany na rodzinnych obiadach organizowanych przez Hanę. Każde spotkanie wywołuje coraz dziwniejsze sytuacje, które z pewnością również mają spełniać funkcję komediową, ale tym razem jest trochę lepiej. Sytuacje są zbudowane w ciekawy, zaskakujący sposób, jest to śmieszne bez poczucia pójścia na łatwiznę. Szkoda, że to raczej mniejsza część obecnych w filmie żartów. Mam przy tym jednak problem z postaciami synów – Ivana i Petra – są trochę za bardzo nierealistyczni, obaj zbyt obsesyjni i psychopatyczni. Służy to jednak budowaniu komedii sytuacyjnej, więc można to wybaczyć.

Jest jeszcze kura Brony, która wprowadza do ciężkiego humoru trochę pozytywnego zamieszania. Znów to może niezbyt wysokich lotów, ale ostatecznie w sumie ożywcze i przyjemne. Zwierzątka zawsze się sprawdzają na wideo – tym razem to nie słodki kot a śmieszna kura.

Wizualnie wszystko jest ok. Dominują szare barwy charakterystyczne dla pory roku w której rozgrywa się akcja. Króluje realizm nawet skłaniający się w stronę naturalizmu, co akurat zaliczam na plus. Warto zauważyć że to nie do końca współgra z akcją filmu, ale w sumie tworzy to ciekawą mieszankę i stając się tą przysłowiową łyżką dziegciu, która tym razem działa na plus – sprawia że całość staje się mniej jednowymiarowa.

Podsumowując… niestety „Kobieta z lodu” to średniak, ale właściwie dość śmieszny, z całą pewnością spełniający więc funkcję rozrywkową. Nie należy się jednak spodziewać niczego pouczającego, uniwersalnego, do czego mogły nas przyzwyczaić osiągnięcia nowofalowe – to prosta komedia, nie siląca się na ukrycie czegoś ciekawszego, a właściwie może i trochę się siląca, lecz z marnym skutkiem.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *