Manifest hipstera

 

Dlaczego nie oglądam amerykańskich filmów? Pewnie myślicie, że jestem hipsterem (jeżeli w ogóle ktoś to czyta). Oczywiście to daleko idące uproszczenie, ale ułatwiające życie. Nikt nie lubi oglądać słabych filmów, a przytłaczająca większość filmów zrobionych w Hollywood to wyprodukowany dla pieniędzy chłam. Brzmi jakbym był internetowym hejterem, ale spójrzmy prawdzie w oczy – pieniędzy wydawanych na produkcję filmu w USA wystarczyłoby na 10 filmów europejskich. A możliwe jest wydawanie takich kwot, bo to się zwraca. Ogromna machina marketingowa, mająca za hersztów niezliczoną liczbę hollywoodzkich gwiazdorów. Tam nie liczy się reżyser, liczy się Brad Pitt czy inny George Clooney (pewnie ich gwiazdorstwo nie jest już zresztą aktualne, spieszmy się kochać gwiazdy – tak szybko odchodzą). Multipleksy produkujące tony popcornu, wyświetlające kolejną część bitwy robotów czy kreskówki o mówiących słodkich zwierzątkach. I po co się męczyć i to oglądać? Dlaczego w ogóle w Polsce przyjęło się jedzenie popcornu w kinie? Kiedyś wyprodukowano niejeden film o oglądaniu filmów gdzie popcorn był spożywany – genialny trik do zwiększenia zysków.

A co w Europie? Kinematografia to nie przemysł – to sztuka. Reżyser decyduje o tym co będzie w jego filmie, a nie badania rynku i gwiazdeczki. Piękne historie, ciekawy koncept estetyczny. Francuska nowa fala burząca obowiązujące standardy, włoski naturalizm, polskie kino zaangażowane historycznie, czechosłowacka nowa fala odwołująca się do natury i miałkości istnienia człowieka, czy nowości – nowa fala turecka, rumuńska, grecka. Bergman, Bunuel, Fellini, Kieślowski, Forman, Wajda, Antonioni, Ceylan. Kierunki, nazwiska, mnogość pomysłów, konceptów.

A co w zamian za popcorn? Małe kina, wypełnione pasjonatami, zero chrupania, siorbania. Festiwale pełne aktualnych premier, których w multipleksach nigdy nie uświadczymy. Chyba, że film dostanie Oskara – ostateczne trofeum dla najlepiej sprzedającego się produktu, albo takiego który sprzedaje się gorzej, a dzięki Oskarowi będzie sprzedawać się lepiej. Jakby obok kategoria dla filmów obcojęzycznych, które i tak się nigdy nie sprzedadzą.

Powiecie że podział na Amerykę i Europę jest niesprawiedliwy. Rzeczywiście jest. Są amerykanie kręcący filmy mające sens, ale też europejczycy próbujący dołożyć się do hollywoodzkiego tasiemca. Są w końcu kinematografie spoza tych dwóch kontynentów, często bardzo dobre, których recenzje zresztą można przeczytać na tym blogu.

To o co mi chodzi? O ideę. Czy film został stworzony jako dzieło sztuki, czy produkt. W tym sensie nieoglądanie amerykańskich filmów to uproszczenie. Należałoby jednak rozważyć taką strategię immunizacyjną – statystyki są nieubłagane, to w USA powstaje najwięcej „produktów”. Gdyby nie oglądać żadnego filmu amerykańskiego, zmniejszy się ryzyko obejrzenia jakiejś bzdury. Może z wyłączeniem paru osób, którzy robienie filmów traktują poważnie, w końcu żal nie oglądać Lyncha czy Jarmuscha.

1 thought on “Manifest hipstera”

  1. Uogólniasz. Ale zamysł jest prawidłowy, ograniczając amerykańskie produkcje spada prawdopodobieństwo trafienia na kiepski film i kompletnej straty czasu.
    Można stwierdzić, że Amerykanie tworzą, ekhem, ‚filmy’ po to, żeby ludzie o mniej rozciągliwych mózgach mogli się poczuć lepiej. Móc powiedzieć ‚interesuję się kinem’ to pewnego rodzaju prestiż doceniany przez wszystkich. Tylko głupio jak na jaw wychodzi, że taka chwalipięta nie zna nazwiska np. wspomnianego Jarmuscha, za to widziała 18 razy szybkich i wściekłych (czy cokolwiek tego typu). Dzięki temu wszyscy ludzie mogą oglądać i zachwycać się filmami. My się dogadamy, oni się dogadają, ale my nie dogadamy się z nimi.
    A. i nie ma nic gorszego niż jedzenie w kinie. Nie wiem skąd się to wzięło, ale gardzę i liczę, że ta moda nigdy nie przeniesie się do mniejszych kin.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *