„The Visitor” Neila Younga- Powrót Króla

W roku 2015 Neil Young nagrał chyba najgorszą rzecz w swojej karierze. Płyta The Monsanto Years, bo o tym „dziele” mowa, brawurowo zdetronizowała na pozycji „najgorsza z najgorszych” tak mocne kandydatki jak chociażby Everybody’s Rockin’ (1983) czy Landing on Water (1986). Cóż, od zawsze miałem świadomość, że moja miłość do Neila Younga to uczucie trudne, pełne wzlotów i upadków. Gdy muzyk ten zapowiedział, że płytę The Visitor chce znów nagrać z panami z zespołu Promise of the Real (tak tak, to ci, którzy pomagali mu nagrać wiekopomne The Monsanto Years), rozważałem nawet tak drastyczne kroki jak zakończenie mojego związku z kanadyjskim bardem. Jak powszechnie jednak wiadomo miłość bywa ślepa (przepraszam, w zasadzie głucha), postanowiłem dać więc Neilowi jeszcze jedną szansę. Jak się później okazało, była to naprawdę doskonała decyzja…

Płytę The Visitor otwiera świetne Already Great. Soczysty riff przypomina czemu Neila Younga nazywa się „ojcem chrzestnym garażowego grania”, a muzycy Pearl Jam wymieniają go jako jedną ze swoich głównych inspiracji. Utwór ten przypomina trochę płytę Mirror Ball (1995), nagraną właśnie z pomocą kwintetu z Seattle, na której przesterowane gitary również odgrywały główną rolę. Rockowe chórki, jakby żywcem stworzone przez zespół Crazy Horse, dodają całemu utworowi dziadowskiego sznytu, tak uroczego i typowego dla Neila Younga. Właśnie chyba ta surowość, szorstka wrażliwość i chropowaty romantyzm przenikają każdy utwór na tej płycie. Rewelacyjnie wypada króciutki blues Diggin’ a Hole ze świetnym wokalnym call and response między Youngiem a resztą składu. Ciekawostką jest, że muzyk tak chętnie czerpiący z amerykańskiej tradycji, tak rzadko w swojej karierze sięgał właśnie po bluesa. Bardzo ciężkim, wręcz hardrockowym, numerem jest również Stand Tall. Potęga przesterowanego ryku akordów gitary Younga po raz kolejny daje o sobie znać. Miłośnicy bardziej stonowanej i lirycznej wersji artysty tez jednak znajdą coś dla siebie- śliczne balladki Almost Always czy Change of Heart. Dwoma najciekawszymi kompozycjami na płycie są chyba jednak Carnival i Forever. Obie bardzo długie (łącznie blisko 20 minut muzyki) i obie robiące ogromne wrażenie. Carnival tworzy niesamowity nastrój. Pełen refleksji, tęsknoty nie wiadomo za czym, utraconych szans. Prosty gitarowy motyw, powracający śmiech, specyficzny sposób śpiewania (troszeczkę jak Les Claypool z zespołu Primus) tworzą z tej pieśni rozdzierający lament za tym, co bezpowrotnie utracone. Kończące płytę Forever przypomina mi trochę sposób w jaki inny z wielkich bardów- Bob Dylan, miał w zwyczaju żegnać się na swoich płytach ze słuchaczami. Blisko jedenastominutowa folkowa ballada (u Dylana wystarczy przypomnieć chociażby Sad Eyed Lady of the Lowlands z płyty Blonde on Blonde czy wspaniałe Desolation Row z Highway 61 Revisited) zaśpiewane łamiącym się głosem Younga to coś dla miłośników jego twórczości. 100% zawartości Neila Younga w Neilu Youngu…

The Visitor to płyta godna Mistrza. Dotykająca wielu muzycznych gatunków i wielu ważkich tematów. Tym razem z pełnej pomysłów głowy artysty „wyskoczyło” dzieło przepełnione emocjami, zachowujące tożsamość stylu Younga. Kamień z serca, jeszcze możemy spodziewać się po tym pełnym pasji Kanadyjczyku ciekawych muzycznie przedsięwzięć.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *