W objęciach węża

„W objęciach węża” (2015) Ciro Guerry to film, za którego scenariusz posłużyły dzienniki dwóch podróżników przemierzających wzdłuż i wszerz kolumbijską Amazonię: Niemca Theodora Kocha-Grunberga i Amerykanina Richarda Evansa Schultasa. To także ci dwaj niezwykle odważni naukowcy są bohaterami tej argentyńsko-wenezuelsko-kolumbijskiej koprodukcji. Obaj poszukują półmitycznej rośliny Yakruny, która według lokalnych legend jest remedium na wszystkie choroby tego świata.

Są to niejako dwie odrębne historie (wszak jeden podąża szlakiem drugiego po blisko 40 latach), spojone postacią niejakiego Karamate, szamana, który ponoć jako jedyny zna tajemnicę Yakruny i jest w stanie wskazać miejsce, gdzie ona rośnie. Co ciekawe, w rolę Karamate wcieliło się dwóch różnych aktorów: młodego Karamate gra Nilbio Torres a starego Antonio Bolivar. Moim zdaniem jednak, obaj ci aktorzy są równie przeciętni jak reszta obsady pod względem gry aktorskiej.

„W objęciach węża” to film niejednoznaczny, wymykający się jednoznacznym klasyfikacjom i interpretacjom. W dość zgrabny sposób łączy efektowną, najeżoną przepiz19181288Q,-W-objeciach-weza---rez--Ciro-Guerraęknymi widokami fabułę przygodową z psychologicznym dramatem, odkrywającym najczarniejsze zakamarki duszy ludzkiej. Pojedyncze sceny czy wątki są wstrząsające (jak chociażby pobyt bohaterów w sekciarskiej społeczności, z której z trudem uszli z życiem), jednak niektóre uproszczenia bywają rażące, pojedyncze sceny czy dialogi po prostu zbyt kiczowate dla filmu o tak dużych intelektualnych ambicjach. To film bardzo sprawnie zrealizowany, któremu nie można odmówić wewnętrznej spójności i intelektualnego przesłania. Jednak jego zdecydowanie największym problemem jest wtórność. Podczas oglądania odniosłem wrażenie, że inspiracja opowiadaniem „Jądro Ciemności” Josepha Conrada (a także, choć w mniejszym stopniu, „Czasem Apokalipsy” Francisa Forda Coppoli) balansuje na krawędzi plagiatu. Oba dzieła wykorzystują identyczny pomysł metaforycznej podróży w głąb siebie, w głąb człowieczeństwa jako takiego. Na końcu tej podróży Conrad umieścił ucieleśnienie wszelkiego zła- Kurtza, a Guerra pełnię szczęścia- kwiat Yakruny. W takim narzucającym się porównaniu „W objęciach węża” po prostu nie ma szans. Blednie jego siła przekazu, a same efektowne widoki to chyba jednak za mało… Jednak jest to na pewno film godny obejrzenia, z którego pojedyncze sceny i obrazy pozostaną w pamięci na długo.

Coż, tak jak „Jądro ciemności” jest absolutnym arcydziełem, tak „W objęciach węża” filmem niezłym ale na pewno nie wybitnym.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *